Zaufaj mi, jestem doktórem
– Witajcie, kochani, na pierwszej lekcji czaroznawstwa! – zakrzyknął z głębokim entuzjazmem Henryk Górczyk i klasnął z uciechą w dłonie, szukając wzrokiem wszelkich przejawów radości wśród zebranych uczniów.
Feliks
pomyślał, że nauczyciel wygląda uroczo. Był karzełkowaty, lekko okrągły;
posiadał pełną, rumianą twarz i oczy okalane gęstymi rzęsami. Gdyby ubrać go w
czerwony kubraczek i czapkę z pomponem, mógłby robić w supermarkecie za
najbardziej przekonywającego Świętego Mikołaja na świecie.
– Pewnie zastanawiacie
się, czym to całe czaroznawstwo jest, albo raczej, jak mówi młodzież, „z czym
to się je’? – Górczyk zachichotał, jakby powiedział jakiś wyśmienity dowcip. –
Otóż od kilku lat zgłębiacie tajniki czarów i zaklęć, ale jak dotąd nie
byliście świadomi tego, jak działa ta wspaniała moc, jaką zostaliście
obdarzeni. Przez wieki czarodzieje próbowali rozwiązać zagadkę; czym jest
magia? Jak to się dzieje, że potrafimy dostosować rzeczywistość do swoich
potrzeb? Czemu tylko niewielki ułamek ludzi potrafi czarować?
Feliks
zabębnił opuszkami palców w blat biurka. Właściwie, monolog profesora
zainteresował go na tyle, że stracił cierpliwość trochę później niż zazwyczaj,
zresztą, zgodnie z poleceniem Ignacego.
– Górczyk to
chyba najbardziej tolerancyjny nauczyciel w szkole – powiedział Twardowski przed lekcją – więc postaraj się nie zniechęcić go do
siebie. Może chociaż on cię polubi.
W porządku,
Ignaś, staram się!
Ale
najwidoczniej samo staranie się nie wystarczyło. Feliks zaczął wiercić się na
krześle, obejmując wzrokiem chyba wszystkich z wyjątkiem samego nauczyciela. A
kiedy już obejrzał dokładnie całą salę, przypomniał sobie, jak mało spał w nocy
i z miejsca poczuł się zmęczony.
– …i tak na
przykład transmutacja w dużej mierze polega na przemianach jądrowych, jednak,
co bezsprzecznie zachwyca, jest to proces wyłamujący się spod prawa zachowania
masy i niewymagający dostaw energii. Jak zapewne wiecie, mugole również próbują
swoich sił w zmianie natury rzeczy, ale w większości przypadków są to procesy
silnie egzo- lub endoenergetyczne, wymagające stałej kontroli. Tymczasem w
naszym przypadku zarówno skutkiem, jak i rezultatem, jest, cóż, magia!
Za. Dużo.
Mądrych. Słów.
Feliks lubił
mądre słowa, ale tylko takie, które mają sens. „Anihilacja” była w porządku, ale
„aminokwasy” nie znaczyły nic. Feliks wychodził z założenia, że jeśli nie da
się czegoś wyjaśnić w maksymalnie trzech słowach, to nie ma to racji bytu.
Po co w ogóle
próbować wyjaśniać magię? No bo… przecież to magia, tak? Taka bliska i daleka
jednocześnie, wydaje się, że można ją obłaskawić, ale jest całkowicie
nieokiełznana. Istnieją setki zasad, ale gdy przychodzi co do czego, okazuje
się, że każdą w jakiś sposób można złamać.
– …przypatrzmy
się wykresowi Charlesa Lemaire’a. Doskonale obrazuje zależność między budową
metali a łatwością ich transmutowania. Lemaire próbował udowodnić, że magia
jest tylko kolejną, całkowicie wymierną siłą fizyczną wpływającą na
funkcjonowanie naszego świata, a podążając tym tropem, możemy dojść do
fascynującego wniosku, że…
Och, jasne.
Przeróbmy termometry, żeby wykrywały magiostopnie. Dzisiaj mamy pięć
magiostopni, nie poleca się wychodzić na dwór bez parasolki. Na Mazurach z
jezior wyparowało dwadzieścia litrów magii i w związku z tym można spodziewać
się obfitych wyładowań magicznych.
– Rany, co za
bzdury – szepnął do siedzącego obok Niko, chyba tylko po to, by się odezwać.
Nie
przewidział jednego – Górczyk miał świetny słuch. Poruszył wąsami i spojrzał z
szczerym zdziwieniem na Wołoszyna.
– Naprawdę
tak sądzisz… hm… przypomnij, jak masz na imię?
Feliks
doskonale widział, jak Ignacy pokręcił głową i doskonale usłyszał „lepiej
powiedz, że nie” Niko.
– Feliks – przedstawił
się i dopiero wtedy przypomniał sobie, że wypadałoby wstać. – I… eee… tak,
myślę, że tak, panie profesorze.
Przez krótki
moment panowała cisza.
– I słusznie,
ponieważ teoria Lemaire’a została ostatecznie obalona. – Górczyk rozpromienił
się wyraźnie. – Zapamiętajcie, dzieci; w przypadku czaroznawstwa intuicja jest
cennym narzędziem mierniczym! A Feliks zasłużył na pierwszego plusa w tym roku
szkolnym, prawda? – Dalej uśmiechając się szeroko, sięgnął po dziennik.
– Dziękuję –
bąknął Feliks i usiadł.
*
– To
czaroznawstwo to całkiem sensowna rzecz – osądził Feliks, gdy wszyscy
wychodzili z klasy.
Z niewiadomych
przyczyn Niko wydawał się tym stwierdzeniem rozbawiony, a Ignacy jakby
zirytowany.
– Jutro mamy
pierwszą lekcję alchemii – poinformował Twardowski – i jestem ciekawy, jak tam
sobie poradzisz.
– Zdam się na
mój czarodziejski instynkt!
Na korytarzu
panował tłok. Uczniowie gęsto zgromadzili się przy obrazie Damy z Szynszylą,
rozmawiając ze sobą z podnieceniem w głosie. Feliks, przeczuwając jakąś aferę,
wyrwał się do przodu (zapewne celem upewnienia się, czy to on jakimś cudem nie
spowodował tego zamieszania), Ignacy z poczucia obowiązku ruszył za nim, a Niko
stanął z tyłu, czekając, aż tłum trochę się rozrzedzi.
Dama schowała
się gdzieś w tle, najwyraźniej pogrążona w ciężkiej depresji, podczas gdy
wyrwana z jej objęć szynszyla korzystała z chwil wolności, biegając po całym
obrazie i czasem z rozpędu wyskakując poza ramy do innych portretów. Zaraz
jednak wracała z dzikim piskiem, celebrując swój powrót zgrabnym piruetem w
powietrzu.
Gdy tylko
Feliks stanął przed płótnem, poczuł na sobie kilka oskarżycielskich spojrzeń.
– To nie ja –
zastrzegł, ze zdumieniem obserwując pląsy szynszyli. – Słowo, że jej nie
ruszałem!
Dama załkała
głośno.
– Próbujemy
ją przekonać, żeby wyjaśniła, co się stało, ale ona tylko płacze – powiedziała
Emilka Madejska.
– Większość
obrazów zachowuje się dziwnie – dodał Vladimir Cagašik.
– No –
wtrącił z szerokim uśmiechem Mariusz Pękała – tym prawie gołym grubaskom z
piętra ktoś zwinął ten kawałek chusteczki, czy czym one się tam opatuliły i
teraz widać im…
Ale nie powiedział,
co im widać, bo Agnieszka stojąca tuż za nim syknęła głośno.
Szynszyla
przystanęła na moment, stanęła na tylnich łapkach i spojrzała pytająco na swoją
właścicielkę. Dama wytarła nos w rękaw grubej, czarnej sukni.
– Taki wstyd
– wyszeptała. – W życiu nikt mnie tak nie znieważył!
Wśród uczniów
poniósł się szmer. Ktoś zaczął szybko uciszać szkolnych kolegów, nie chcąc
zniechęcić Damy do wyznań. Faktycznie, sportretowana przez chwilę wyglądała
tak, jakby chciała się ponownie rozpłakać, ale udało jej się powstrzymać łzy.
– Ten gbur
nazwał moje fimfi-rimfi zmokłym pudlem – poskarżyła się żałosnym tonem. – A
wcześniej tak mnie komplementował, całował rączki, bajki opowiadał… ach, głupia
byłam! Jak tylko nadarzyła się okazja, chwycił moją kolię i tyle go
widziałaaaaam!
Ostatnia
sylaba utonęła w morzu łez. Co lepsi obserwatorzy wypatrzyli rzeczywisty brak
kolii na szyi Damy.
Oczywiście,
zaraz zaczęto zadawać pytania. Niestety, Dama nie wiedziała, kim jest
tajemniczy złodziej ani po co mu była jej kolia, nie potrafiła powiedzieć,
kiedy dokładnie doszło do tego przykrego zdarzenia i czy ktokolwiek mógł być
świadkiem kradzieży. Wkrótce korytarz zaczął się wyludniać – prawie wszyscy
uznali sprawę zaginionej ozdoby za z góry przegraną.
– I jak ja
się pokażę bez kolii? – pisnęła Dama, zorientowawszy się, że nikt nie chce jej
pomóc. – Nie przeżyję, jeśli ktoś zasugeruje, że nie jestem oryginałem!
– Jeśli się
nie znajdzie, zawsze można wezwać restauratora zabytków – spróbował pocieszyć
ją Ignacy, ale nie przyniosło to zamierzonego skutku.
Feliks
przyjrzał się dokładnie ramom obrazu, ścianie, podłodze i nawet oknom, ale nie
znalazł żadnej poszlaki.
– Dziwna
sprawa – powiedział, gdy już wracali do swojego pokoju.
– Prawda? Po
co jakiś obraz miałby okradać inny? – zastanowił się na głos Niko. – Mam na
myśli to, że ta kolia nikomu na nic by się nie przydała.
– Może Feliks
ze swoim instynktem coś na to poradzi – odezwał się Ignacy, najwyraźniej ciągle
niezadowolony.
Wołoszyn na
te słowa zatrzymał się raptownie i odwrócił do przyjaciela.
– A żebyś
wiedział, zazdrośniku! – Wycelował w niego palcem. – Tak ci trudno uwierzyć, że
jestem w czymś lepszy od ciebie? To obserwuj narodziny największego detektywa
tego stulecia!
Ignacy i Niko
przyglądali się mu z niemym zdziwieniem, ale wszystko wskazywało na to, że
Feliks wcale nie żartuje. W jego ślepiach płonęła determinacja, jakiej do tej
pory nie widzieli.
– Znajdę
złodzieja kolii i to sam, bez niczyjej pomocy – dodał za zakończenie Wołoszyn. –
Chodź, Niko!
– Jeśli
pójdziesz z Niko, to nie będzie to już taka samodzielna praca – zaoponował Twardowski.
– A właśnie
że nie, nawet Sherlock miał swojego Watsona – zaperzył się Feliks. – Doktórze,
czas na nas!
Niko wzruszył
ramionami i poszedł za Feliksem.
W zasadzie,
Ignacemu jak najbardziej odpowiadało to, że został sam. Mógł zaszyć się w swoim
pokoju, wyciągnąć podręcznik do czaroznawstwa i dokładnie zapoznać się z
tematami przyszłych lekcji, a co za tym idzie, uzyskać merytoryczną przewagę
nad Wołoszynem.
Bo ten się
śmieje, kto się śmieje ostatni!
*
Feliks uznał,
że musi koniecznie zadbać o swój image. Pożyczył od którejś z dziewczyn fikuśny
kapelusz i nawet wybłagał od Franka lupę.
– Widzisz,
Doktórze – odezwał się z nonszalancją. – Profesjonalny wygląd to podstawa. O,
chodź, przesłuchamy Ojca Dyrektora!
Ojcem
Dyrektorem nazywano samego Karola Radziwiłła, ogromny portret zawieszony w
auli. Postawny, strojnie odziany wąsaty mężczyzna rzadko opuszczał ramy obrazu;
przez większość czasu po prostu stał dostojnie, dumnym wzrokiem obserwując
kwiat polskiej młodzieży. Czasem tylko zdarzało się mu wymykać do pewnego
pejzażyku, na którym uwieczniono jakąś starą winnicę i potem trochę się
awanturował.
Uczniowie
jednak udawali, że nic nie wiedzą o jego wybrykach z czystej sympatii do
założyciela szkoły, a kadra nauczycielska, choć uważała, że Radziwiłł
demoralizuje młodzież, nie miała innej możliwości, jak tolerować szlachetnego protoplastę
szkolnej familii.
– Witam pana
wojewodę! – zawołał Feliks, parodiując (choć chyba nieświadomie) dworski ukłon.
– Ejże, toć
to sam pan Wołoszyn! – Rozpromienił się Radziwiłł, po czym zlustrował
spojrzeniem Niko. – A tego młokosa chyba nie poznaję…
– Bo to nie
Lechita – wyjaśnił z uśmiechem Feliks. – Tylko ugrofińskie dziecię.
– Nikodemus Suutari-Jääskö
– przedstawił się z pewną rezerwą Niko. Z jakiegoś powodu nie przepadał za
dyskusjami z obrazami.
– Suutari-Jääskö…
Znajome nazwisko – Karol poskubał wąsa z namysłem. – Ach, tak, znałem ja ci
twego prapraprapradziadka. Mężny człowiek, panie kochanku, razem żeśmy opływali
Afrykę. Ni słowa rozumiałem z tego, co mówi, ale przyjaciela w nim, panie
kochanku, miałem oddanego. Gdym własnymi rękoma dusił buchorożca, wszyscy
uciekli, a on wiernie ocierał pot z mego czoła…
– Naprawdę? –
zapytał chyba tylko z grzeczności Niko.
– Nijak nie
mogę odżałować jego tragicznej śmierci w siedemdziesiątym dziewiątym –
zakończył z prawdziwym smutkiem w głosie Radziwiłł. – Jak to się mówi, Polak,
Węgier, dwa bratanki…
– Pochodzę z
Finlandii – wtrącił nieśmiało Niko.
– Nieładnie
przerywać starszym! – oburzył się pan starosta. – Jak to się mówi, Polak,
Węgier, dwa bratanki, ale jednak Fin Polakowi bliższy…
– Tak
naprawdę chcieliśmy zapytać, czy nie działo się tu coś podejrzanego –
powiedział w końcu Feliks, przekrzywiając bajerancko swój nowy kapelusz. –
Damie z Szynszylą skradziono kolię.
– Coś
podobnego! – zagrzmiał gniewnie Radziwiłł. – W moim zamku? – Dobył szabli. –
Złodziejaszek nie nacieszy się dłużej swoim łupem!
Nim
którykolwiek z uczniów zdążył zareagować, Karol ze zręcznością nieprzystającą
do swej tuszy przeskoczył do innego obrazu i stąd też pognał w świat.
Chłopcy
chwilę przyglądali się pustemu tłu. Niko spojrzał dość dziwnie na Feliksa,
jakby chciał zapytać, jaki był sens całych tych odwiedzin.
– Wszystko
zgodnie z planem – stwierdził Feliks, pocierając podbródek. – Radziwiłł ruszył
w pościg za złodziejem, a my teraz… my teraz… mamy sposobność, by… by
kontynuować śledztwo.
– Może
poszlibyśmy na obiad? – zaproponował z rezygnacją Niko.
– Myślę, że
złodziej chciałby, żebyśmy poszli na obiad. A on w tym czasie… ej, Niko, tym
tłuściochom z tamtego obrazu widać…
Jego słowa
zagłuszył pisk niewiast o rubensowskich kształtach, gdy przez malowidło
przetoczył się Radziwiłł, który nie wiadomo skąd zdobył rączego rumaka. Kobiety
pochowały się za drzewami, głośno ubolewając nad swoją niedolą.
Po godzinie śledztwo
nie poruszyło się ani o krok. Karol Stanisław
Radziwiłł siał wśród obrazów takie samo zniszczenie, jak tajemniczy złodziej, a
do Feliksa dotarło, że ominięcie obiadu nie było jego najgenialniejszym
posunięciem. Co prawda, zawsze mógł skorzystać ze swoich niezwykle dobrych
relacji z ubożętami, ale nie chciał nadużywać ich gościnności – wczoraj spóźnił
się już na śniadanie i kolację i naprawdę nie chciał, by stworzenia te się na
niego pogniewały.
Teraz
śledztwo polegało na błąkaniu się po zamku bez żadnego konkretnego celu. Feliks
co chwilę zerkał na Niko, doszukując się w jego twarzy pierwszych oznak
irytacji.
– Chyba
jednak kiepski ze mnie detektyw – przyznał w końcu, ściągając kapelusz. – Ale Ignaś
będzie miał ubaw. Zakład, że powie „a nie mówiłem” jeszcze z trzy razy w ciągu
dnia?
– Dwa mu
chyba w pełni wystarczą – odpowiedział Niko, po czym zmarszczył brwi. –
Myślałem o tym i wiesz, wpadło mi do głowy, że gdzieś w zamku mógł po prostu
wisieć portret jakiegoś złodzieja. Wtedy kradłby tylko po to, by kraść, ale
gdyby to była prawda, to dlaczego robi to dopiero teraz?
– Może to
jakiś nowy portret? – zastanowił się Feliks.
– Ale kto
mógłby go namalować? Chyba nikt z nauczycieli.
– To musiał
być ktoś naprawdę złośliwy.
– I ktoś, kto
potrafi malować. W końcu udało mu się poderwać Damę z Szynszylą, a ona jest
strasznie przeczulona na punkcie sztuki. W życiu nie chciałaby prowadzić się z
bohomazem.
Chwilę dumali
nad tym problemem, ale nikt pasujący do profilu psychologicznego sprawcy nie
przyszedł im do głowy. Nie chcąc dłużej marnować czasu, wrócili do swojego
pokoju i już od progu zauważyli coś dziwnego.
Ignacy jakby
zląkł się na ich widok i szybko wrzucił jakąś książkę od poduszkę.
– A co tam
masz? – zainteresował się Feliks.
– Nieważne –
odparł lekceważącym tonem Ignacy. – Powiedz lepiej, jak poszło ci dochodzenie.
– Widziałem,
to był podręcznik do czaroznawstwa! Górczyk nic nie zadawał, więc po co się
uczysz, hę?
– Dla zasady –
odciął się Ignacy. – Wzorowa średnia nie bierze się znikąd, wiesz?
– Ucz się ile
chcesz! – Feliks uśmiechnął się z tryumfem. – Ale i tak nie dorównasz mi
intuicją magiczną!
Ignacy
mruknął coś, co zabrzmiało jak „jeszcze się przekonamy”. Niko, który
podejrzewał, że jego intuicja magiczna ogromnie obniża średnią całej klasy,
westchnął głęboko i usiadł na łóżku.
*
Następnego
dnia Feliks stanął twarzą w twarz ze śmiercią. Właśnie niewinnie wchodził sobie
po schodach z myślą udania się na śniadanie, kiedy ktoś z impetem na niego
wpadł.
Nie miał
większego pola do reakcji. W odruchu bezwarunkowym chwycił się najbliższego
obiektu (którym był tajemniczym wpadacz) i razem z wrzaskiem spadli w dół. Przeturlali
się przez kilka stopni i nieszczęśliwym trafem to właśnie Feliks padł pierwszy
na podłogę, podczas gdy drugi osobnik mógł cieszyć się nieco zamortyzowanym
uderzeniem.
Obaj chwilę
leżeli bez dechu. Feliks bał się ruszyć; miał wrażenie, że jego czaszka zaraz
eksploduje z bólu.
Pierwszy poruszył
się sprawca całego wypadku. Najpierw jęknął głośno i jakby dopiero teraz zdał
sobie sprawę z tego, że leży na Feliksie. Poderwał się szybko do pozycji
pionowej.
–
Ochnieochnieochnie! – zawołał, wskroś poruszony. – Przepraszam, przepraszam,
przepraszam!
Wokół miejsca
wypadku zebrał się już mały tłum, ale jakoś nikt nie garnął się do reanimacji
Feliksa.
– Co się
dzieje? – Wołoszyn usłyszał głos, który z całą pewnością należał do Ignasia.
– Ja… chyba
go zabiłem – załkał nieznajomy.
– Niby kogo
za… FELIKS?!
Właściwie
Feliks był przekonany, że już nie żyje, a wszystko, co wokół się rozgrywa, to
tylko zapis jego ostatnich chwil. Martwił go tylko brak światełka w tunelu.
– Hej, dobrze
się czujesz? – To był chyba Niko.
– DLACZEGO ON
SIĘ NIE RUSZA?!
– Ignacy…
– CO TY MU
ZROBIŁEŚ?!
–
Przepraszam, przepraszam, przepraszam!
– Przejście
dla nauczyciela! Przejście dla nauczyciela!
– Feliks,
słyszysz mnie?
– TWARDOWSKI,
NATYCHMIAST PUŚĆ TEGO CHŁOPCA!
– Nein, nein,
zasłużyłem! O Boże, mój Boże, tak przepraszam!
– JEŚLI GO
ZABIŁEŚ, TO JA CIĘ…!
– TWARDOWSKI!
– Niech ktoś
wezwie pielęgniarkę!
– O Boże, o
Boże, co ja powiem jego matce…!
– Odsuńcie
się, ja wiem, jak udzielać pierwszej pomocy! – To zdecydowanie była Agnieszka Piechówka,
jej głosu Feliks nie pomyliłby z niczym innym. – Jeśli nie oddycha, trzeba
będzie spróbować metody usta-usta i…
Feliks
poderwał się do biegu, ale zakręciło mu się w głowie i byłby upadł, gdyby w
porę nie złapał go Niko.
– Dzięki, Aga
– bąknął. – Ale nie trzeba.
Ignacy puścił
nieznajomego chłopca, a nauczyciel astronomii, Seweryn Gombrowicz, puścił
Ignacego. Schodowy zbrodniarz zapłakał z ulgą i osunął się bezwładnie na ziemię.
Agnieszka
chyba się obraziła. Odwróciła się i ze złością wycofała poza tłumek gapiów.
– No dobrze –
podsumował Gombrowicz. – Obydwaj do gabinetu pielęgniarki proszę.
*
– No już,
już. – Klementyna Gorczak poklepała zapłakanego chłopca po głowie. – Do wesela
się zagoi.
Feliks, który
oberwał nieporównywalnie mocniej, poczuł się trochę urażony, że to wokół podłego
zamachowcy skoncentrowała się cała uwaga. Siedział więc na kozetce z miną
wyrażającą absolutne oburzenie, przyciskając do guza wielkości pomidora okład z
jakiegoś śmierdzącego eliksiru.
– Ja naprawdę
myślałem… – załkał blondynek. – Że ja go… że on… przepraszam, naprawdę
przepraszam!
– Jeśli
jeszcze raz przeprosisz, to też ci nabiję takiego guza – zagroził ponurym tonem
Feliks.
– O ile mam
tu coś jeszcze to powiedzenia, to nie życzę sobie żadnych poobijanych głów do
końca tygodnia – oświadczyła stanowczo pielęgniarka. – Jeśli kręciłoby ci się w
głowie, Feliksie, albo wzięło cię na mdłości, to masz się tu natychmiast
zgłosić, jasne?
– Oookej –
mruknął Feliks.
– I żadnych
szaleństw. Masz dmuchać na zimne, zrozumiane?
– Na niego
pani trochę pokrzyczy, to w końcu jego wina – odparł buńczucznie Feliks.
– Wstydź się,
nie widzisz, że mu przykro?!
– No widzę. –
Ton Feliksa wskazywał na to, że to w żaden sposób nie usprawiedliwia chłopca.
Pielęgniarka
westchnęła.
– No, to
wszystko. Jeśli nie czujecie się na siłach, nie musicie iść na lekcje, wystaram
się o zwolnienie dla was.
Feliks nagle
poczuł się bardzo nie na siłach.
Na korytarzu Wołoszyna
olśniło. Chwilę przyglądał się swojemu oprawcy, po czym pstryknął palcami.
– Ja cię
znam! – poinformował. – Ty jesteś tym Niemcem z siódmej „D”!
– Gerhard Ehrlichmann
– przedstawił się chłopiec, wciąż nieco roztrzęsionych głosem. – A ty jesteś
Feliks Wołoszyn, prawda?
Feliks
przytaknął.
– Naprawdę
bardzo, bardzo mi przykro – powiedział cicho Gerhard.
– W porządku,
rozgrzeszam. – Feliks machnął ręką. – Tak w ogóle, to gdzie ci się tak
spieszyło?
Niemiec
zrobił nagle bardzo dziwną minę. Splótł ręce z tyłu i przestąpił z nogi na
nogę. Feliks nabrał podejrzeń.
– Co, to
jakaś tajemnica? – zainteresował się.
– Chyba…
chyba nie. I tak niedługo wszystko wyjdzie na jaw.
– Ale co?
Gerhard
rozejrzał się, zanim powiedział:
– Chodzi o
tego obrazowego rozrabiakę.
Feliks niemal
nie podskoczył w miejscu.
– To twoja
sprawka?
– Och, nie! –
przestraszył się Gerhard. – Tylko… przyjaciela. Obiecałem mu pomóc, ale za
bardzo nie wiem, jak.
Wkrótce
chłopiec streścił Feliksowi całą historię. Okazało się, że tajemniczego złodzieja
powołał do życia niejaki Gustaw Uryszek, używając świeżo zakupionych
czarodziejskich farb. Niestety, nie spodziewał się, że gdy zawiesi obraz w
swojej sypialni, sportretowany rzezimieszek wykorzysta okazję i ucieknie.
Biedni
chłopcy próbowali bezskutecznie złapać łotrzyka, ale nijak nie mogli nakłonić
go do powrotu do swojego płótna. Sprawa wydawała się poważna i – niestety –
nierozwiązywalna. Z tego co Feliks zdołał zrozumieć, Gerhard obawiał się, że
gdy któryś z nauczycieli napotka intruza, usunie go z obrazu jednym ruchem
różdżki.
– A on wcale
nie jest złym obrazem – powiedział Niemiec smutnym tonem. – Po prostu nie
zdążyliśmy jeszcze go wychować.
*
Feliks zaprowadził
Gerharda do swojego pokoju i razem czekali tam na koniec lekcji. I prawdę
mówiąc, Wołoszyn nawet się nie spodziewał, że jego widok wywoła u Niko i Ignacego
tyle emocji. Fin dopytywał się o stan zdrowia przyjaciela, podczas gdy
Twardowski niezwykle oburzył się obecnością niedoszłego mordercy Feliksa.
Chwilę trwało, zanim chłopcy uspokoili się na tyle, by można było wyjaśnić im
całą sytuację.
Niestety, żaden
z nich też nie miał pomysłu, jak obłaskawić dzieło Gustawa. Przeglądali w
milczeniu podręczniki, szukając jakiejś wskazówki, ale jak zwykle w takich
chwilach najbliższe źródło wiedzy okazało się bezużyteczne.
A potem
Feliks wpadł na pomysł.
*
Ze śmiechem
wyskoczył za ramę do następnego obrazu i już miał kontynuować ucieczkę, kiedy
nagle poczuł, jak traci równowagę. Wyciągnął ręce przed siebie, chcąc
zamortyzować uderzenie, ale i tak dość dotkliwie odczuł upadek.
Poderwał się
do pionu, złorzecząc pod nosem. Na ziemi zaroiło się od skradzionych
przedmiotów, których nie zdążył schować w swojej kryjówce. Przed pozbieraniem
ich chciał jednak zobaczyć, co było przyczyną jego niepowodzenia.
Odwrócił się
i zobaczył plamę. Dziwaczną, szarą plamę. Obszedł ją dookoła, zbadał dłońmi jej
fakturę. Miał wrażenie, jakby dotykał chłodną skałę, ale poza kolorem zjawisko
to w ogóle nie przypominało kamienia.
Spojrzał w
bok na Żywy Świat. Zobaczył tego śmiesznego blondynka, który za nim biegał cały
dzień i trójkę nieznajomych młodzieńców. Jeden z nich, ten najniższy, trzymał
paletę z farbami w jednej ręce i pędzel w drugiej.
– Dobrze ci
radzę, lepiej wracaj do domu – powiedział, maczając pędzel w barwniku.
– Tak? A co
mi zrobisz?
Chłopiec
szybkim ruchem nadgarstka pomazał biednego rzezimieszka. Namalowany ze
zdziwieniem stwierdził, że nie może się poruszyć. Wierzgnął się gwałtownie, ale
nie wskórał nic poza tym, że się przewrócił. Przy każdym ruchu słyszał
skrzypienie lin, chociaż to, co oplatało go ciasno, wydawało się tylko iluzją
liny. Ot, brązowe pasma farby.
Nie zmieniało
to faktu, że działały zupełnie jak lina.
– Trzymajcie
się, chłopaki – zawołał chłopiec z farbą do pozostałych mieszkańców obrazu. Ci
jak na komendę chwycili się mocno drzew.
Najwyższy,
ciemnowłosy chłopak zdjął obraz ze ściany i przechylił go lekko. Rzezimieszek
zsunął się bezwładnie do mniejszego płótna, trzymanego przez tego irytującego
Niemca.
– Witaj w
domu – ucieszył się blondynek, po czym spojrzał na pozostałą trójkę. – Och,
danke! Jestem naprawdę zobowiązany! A teraz przepraszam, lepiej oddam go
Gustawowi… – I oddalił się pospiesznie.
– Trzymaj
się, Gerd! – zawołali za nim.
*
– No dobrze –
przyznał pod koniec Ignacy, chociaż minę miał mało szczęśliwą. – Może i masz
całą tę intuicję.
Feliks
rozpromienił się wyraźnie.
– A jużci! –
zawołał Karol Radziwiłł, przejeżdżając na pobliskim pejzażu na swoim rumaku. – Kiedym
był w jego wieku, stara Żydówka przepowiedziała mi, że największy czarodziej
swoich czasów sztuki magicznej nauczy się pod moimi skrzydłami. Niech żyją
magowie z Akademii Radziwiłła! – Pognał konia przed siebie i nikt go nie
widział przez następne trzy miesiące.
To trwało całą wieczność, ale w końcu to napisałam! :DD
Kto się pisze na nowy fanfik potterowski - "Przygody Karola Stanisława Radziwiłła (wszystko to prawda, panie kochanku)"?
I przepraszam, że rozdziały takie niezaktualizowane, wszystko poprawię, jak wrócę do domku. Trzymajcie się!