niedziela, 4 sierpnia 2013

Rok 2009

Zaufaj mi, jestem doktórem


– Witajcie, kochani, na pierwszej lekcji czaroznawstwa! – zakrzyknął z głębokim entuzjazmem Henryk Górczyk i klasnął z uciechą w dłonie, szukając wzrokiem wszelkich przejawów radości wśród zebranych uczniów.
Feliks pomyślał, że nauczyciel wygląda uroczo. Był karzełkowaty, lekko okrągły; posiadał pełną, rumianą twarz i oczy okalane gęstymi rzęsami. Gdyby ubrać go w czerwony kubraczek i czapkę z pomponem, mógłby robić w supermarkecie za najbardziej przekonywającego Świętego Mikołaja na świecie.

– Pewnie zastanawiacie się, czym to całe czaroznawstwo jest, albo raczej, jak mówi młodzież, „z czym to się je’? – Górczyk zachichotał, jakby powiedział jakiś wyśmienity dowcip. – Otóż od kilku lat zgłębiacie tajniki czarów i zaklęć, ale jak dotąd nie byliście świadomi tego, jak działa ta wspaniała moc, jaką zostaliście obdarzeni. Przez wieki czarodzieje próbowali rozwiązać zagadkę; czym jest magia? Jak to się dzieje, że potrafimy dostosować rzeczywistość do swoich potrzeb? Czemu tylko niewielki ułamek ludzi potrafi czarować?
Feliks zabębnił opuszkami palców w blat biurka. Właściwie, monolog profesora zainteresował go na tyle, że stracił cierpliwość trochę później niż zazwyczaj, zresztą, zgodnie z poleceniem Ignacego.
– Górczyk to chyba najbardziej tolerancyjny nauczyciel w szkole – powiedział Twardowski przed lekcją – więc postaraj się nie zniechęcić go do siebie. Może chociaż on cię polubi.
W porządku, Ignaś, staram się!
Ale najwidoczniej samo staranie się nie wystarczyło. Feliks zaczął wiercić się na krześle, obejmując wzrokiem chyba wszystkich z wyjątkiem samego nauczyciela. A kiedy już obejrzał dokładnie całą salę, przypomniał sobie, jak mało spał w nocy i z miejsca poczuł się zmęczony.
– …i tak na przykład transmutacja w dużej mierze polega na przemianach jądrowych, jednak, co bezsprzecznie zachwyca, jest to proces wyłamujący się spod prawa zachowania masy i niewymagający dostaw energii. Jak zapewne wiecie, mugole również próbują swoich sił w zmianie natury rzeczy, ale w większości przypadków są to procesy silnie egzo- lub endoenergetyczne, wymagające stałej kontroli. Tymczasem w naszym przypadku zarówno skutkiem, jak i rezultatem, jest, cóż, magia!
Za. Dużo. Mądrych. Słów.
Feliks lubił mądre słowa, ale tylko takie, które mają sens. „Anihilacja” była w porządku, ale „aminokwasy” nie znaczyły nic. Feliks wychodził z założenia, że jeśli nie da się czegoś wyjaśnić w maksymalnie trzech słowach, to nie ma to racji bytu.
Po co w ogóle próbować wyjaśniać magię? No bo… przecież to magia, tak? Taka bliska i daleka jednocześnie, wydaje się, że można ją obłaskawić, ale jest całkowicie nieokiełznana. Istnieją setki zasad, ale gdy przychodzi co do czego, okazuje się, że każdą w jakiś sposób można złamać.
– …przypatrzmy się wykresowi Charlesa Lemaire’a. Doskonale obrazuje zależność między budową metali a łatwością ich transmutowania. Lemaire próbował udowodnić, że magia jest tylko kolejną, całkowicie wymierną siłą fizyczną wpływającą na funkcjonowanie naszego świata, a podążając tym tropem, możemy dojść do fascynującego wniosku, że…
Och, jasne. Przeróbmy termometry, żeby wykrywały magiostopnie. Dzisiaj mamy pięć magiostopni, nie poleca się wychodzić na dwór bez parasolki. Na Mazurach z jezior wyparowało dwadzieścia litrów magii i w związku z tym można spodziewać się obfitych wyładowań magicznych.
– Rany, co za bzdury – szepnął do siedzącego obok Niko, chyba tylko po to, by się odezwać.
Nie przewidział jednego – Górczyk miał świetny słuch. Poruszył wąsami i spojrzał z szczerym zdziwieniem na Wołoszyna.
– Naprawdę tak sądzisz… hm… przypomnij, jak masz na imię?
Feliks doskonale widział, jak Ignacy pokręcił głową i doskonale usłyszał „lepiej powiedz, że nie” Niko.
– Feliks – przedstawił się i dopiero wtedy przypomniał sobie, że wypadałoby wstać. – I… eee… tak, myślę, że tak, panie profesorze.
Przez krótki moment panowała cisza.
– I słusznie, ponieważ teoria Lemaire’a została ostatecznie obalona. – Górczyk rozpromienił się wyraźnie. – Zapamiętajcie, dzieci; w przypadku czaroznawstwa intuicja jest cennym narzędziem mierniczym! A Feliks zasłużył na pierwszego plusa w tym roku szkolnym, prawda? – Dalej uśmiechając się szeroko, sięgnął po dziennik.
– Dziękuję – bąknął Feliks i usiadł.

*

– To czaroznawstwo to całkiem sensowna rzecz – osądził Feliks, gdy wszyscy wychodzili z klasy.
Z niewiadomych przyczyn Niko wydawał się tym stwierdzeniem rozbawiony, a Ignacy jakby zirytowany.
– Jutro mamy pierwszą lekcję alchemii – poinformował Twardowski – i jestem ciekawy, jak tam sobie poradzisz.
– Zdam się na mój czarodziejski instynkt!
Na korytarzu panował tłok. Uczniowie gęsto zgromadzili się przy obrazie Damy z Szynszylą, rozmawiając ze sobą z podnieceniem w głosie. Feliks, przeczuwając jakąś aferę, wyrwał się do przodu (zapewne celem upewnienia się, czy to on jakimś cudem nie spowodował tego zamieszania), Ignacy z poczucia obowiązku ruszył za nim, a Niko stanął z tyłu, czekając, aż tłum trochę się rozrzedzi.
Dama schowała się gdzieś w tle, najwyraźniej pogrążona w ciężkiej depresji, podczas gdy wyrwana z jej objęć szynszyla korzystała z chwil wolności, biegając po całym obrazie i czasem z rozpędu wyskakując poza ramy do innych portretów. Zaraz jednak wracała z dzikim piskiem, celebrując swój powrót zgrabnym piruetem w powietrzu.
Gdy tylko Feliks stanął przed płótnem, poczuł na sobie kilka oskarżycielskich spojrzeń.
– To nie ja – zastrzegł, ze zdumieniem obserwując pląsy szynszyli. – Słowo, że jej nie ruszałem!
Dama załkała głośno.
– Próbujemy ją przekonać, żeby wyjaśniła, co się stało, ale ona tylko płacze – powiedziała Emilka Madejska.
– Większość obrazów zachowuje się dziwnie – dodał Vladimir Cagašik.
– No – wtrącił z szerokim uśmiechem Mariusz Pękała – tym prawie gołym grubaskom z piętra ktoś zwinął ten kawałek chusteczki, czy czym one się tam opatuliły i teraz widać im…
Ale nie powiedział, co im widać, bo Agnieszka stojąca tuż za nim syknęła głośno.
Szynszyla przystanęła na moment, stanęła na tylnich łapkach i spojrzała pytająco na swoją właścicielkę. Dama wytarła nos w rękaw grubej, czarnej sukni.
– Taki wstyd – wyszeptała. – W życiu nikt mnie tak nie znieważył!
Wśród uczniów poniósł się szmer. Ktoś zaczął szybko uciszać szkolnych kolegów, nie chcąc zniechęcić Damy do wyznań. Faktycznie, sportretowana przez chwilę wyglądała tak, jakby chciała się ponownie rozpłakać, ale udało jej się powstrzymać łzy.
– Ten gbur nazwał moje fimfi-rimfi zmokłym pudlem – poskarżyła się żałosnym tonem. – A wcześniej tak mnie komplementował, całował rączki, bajki opowiadał… ach, głupia byłam! Jak tylko nadarzyła się okazja, chwycił moją kolię i tyle go widziałaaaaam!
Ostatnia sylaba utonęła w morzu łez. Co lepsi obserwatorzy wypatrzyli rzeczywisty brak kolii na szyi Damy.
Oczywiście, zaraz zaczęto zadawać pytania. Niestety, Dama nie wiedziała, kim jest tajemniczy złodziej ani po co mu była jej kolia, nie potrafiła powiedzieć, kiedy dokładnie doszło do tego przykrego zdarzenia i czy ktokolwiek mógł być świadkiem kradzieży. Wkrótce korytarz zaczął się wyludniać – prawie wszyscy uznali sprawę zaginionej ozdoby za z góry przegraną.
– I jak ja się pokażę bez kolii? – pisnęła Dama, zorientowawszy się, że nikt nie chce jej pomóc. – Nie przeżyję, jeśli ktoś zasugeruje, że nie jestem oryginałem!
– Jeśli się nie znajdzie, zawsze można wezwać restauratora zabytków – spróbował pocieszyć ją Ignacy, ale nie przyniosło to zamierzonego skutku.
Feliks przyjrzał się dokładnie ramom obrazu, ścianie, podłodze i nawet oknom, ale nie znalazł żadnej poszlaki.
– Dziwna sprawa – powiedział, gdy już wracali do swojego pokoju.
– Prawda? Po co jakiś obraz miałby okradać inny? – zastanowił się na głos Niko. – Mam na myśli to, że ta kolia nikomu na nic by się nie przydała.
– Może Feliks ze swoim instynktem coś na to poradzi – odezwał się Ignacy, najwyraźniej ciągle niezadowolony.
Wołoszyn na te słowa zatrzymał się raptownie i odwrócił do przyjaciela.
– A żebyś wiedział, zazdrośniku! – Wycelował w niego palcem. – Tak ci trudno uwierzyć, że jestem w czymś lepszy od ciebie? To obserwuj narodziny największego detektywa tego stulecia!
Ignacy i Niko przyglądali się mu z niemym zdziwieniem, ale wszystko wskazywało na to, że Feliks wcale nie żartuje. W jego ślepiach płonęła determinacja, jakiej do tej pory nie widzieli.
– Znajdę złodzieja kolii i to sam, bez niczyjej pomocy – dodał za zakończenie Wołoszyn. – Chodź, Niko!
– Jeśli pójdziesz z Niko, to nie będzie to już taka samodzielna praca – zaoponował Twardowski.
– A właśnie że nie, nawet Sherlock miał swojego Watsona – zaperzył się Feliks. – Doktórze, czas na nas!
Niko wzruszył ramionami i poszedł za Feliksem.
W zasadzie, Ignacemu jak najbardziej odpowiadało to, że został sam. Mógł zaszyć się w swoim pokoju, wyciągnąć podręcznik do czaroznawstwa i dokładnie zapoznać się z tematami przyszłych lekcji, a co za tym idzie, uzyskać merytoryczną przewagę nad Wołoszynem.
Bo ten się śmieje, kto się śmieje ostatni!

*

Feliks uznał, że musi koniecznie zadbać o swój image. Pożyczył od którejś z dziewczyn fikuśny kapelusz i nawet wybłagał od Franka lupę.
– Widzisz, Doktórze – odezwał się z nonszalancją. – Profesjonalny wygląd to podstawa. O, chodź, przesłuchamy Ojca Dyrektora!
Ojcem Dyrektorem nazywano samego Karola Radziwiłła, ogromny portret zawieszony w auli. Postawny, strojnie odziany wąsaty mężczyzna rzadko opuszczał ramy obrazu; przez większość czasu po prostu stał dostojnie, dumnym wzrokiem obserwując kwiat polskiej młodzieży. Czasem tylko zdarzało się mu wymykać do pewnego pejzażyku, na którym uwieczniono jakąś starą winnicę i potem trochę się awanturował.
Uczniowie jednak udawali, że nic nie wiedzą o jego wybrykach z czystej sympatii do założyciela szkoły, a kadra nauczycielska, choć uważała, że Radziwiłł demoralizuje młodzież, nie miała innej możliwości, jak tolerować szlachetnego protoplastę szkolnej familii.
– Witam pana wojewodę! – zawołał Feliks, parodiując (choć chyba nieświadomie) dworski ukłon.
– Ejże, toć to sam pan Wołoszyn! – Rozpromienił się Radziwiłł, po czym zlustrował spojrzeniem Niko. – A tego młokosa chyba nie poznaję…
– Bo to nie Lechita – wyjaśnił z uśmiechem Feliks. – Tylko ugrofińskie dziecię.
– Nikodemus Suutari-Jääskö – przedstawił się z pewną rezerwą Niko. Z jakiegoś powodu nie przepadał za dyskusjami z obrazami.
– Suutari-Jääskö… Znajome nazwisko – Karol poskubał wąsa z namysłem. – Ach, tak, znałem ja ci twego prapraprapradziadka. Mężny człowiek, panie kochanku, razem żeśmy opływali Afrykę. Ni słowa rozumiałem z tego, co mówi, ale przyjaciela w nim, panie kochanku, miałem oddanego. Gdym własnymi rękoma dusił buchorożca, wszyscy uciekli, a on wiernie ocierał pot z mego czoła…
– Naprawdę? – zapytał chyba tylko z grzeczności Niko.
– Nijak nie mogę odżałować jego tragicznej śmierci w siedemdziesiątym dziewiątym – zakończył z prawdziwym smutkiem w głosie Radziwiłł. – Jak to się mówi, Polak, Węgier, dwa bratanki…
– Pochodzę z Finlandii – wtrącił nieśmiało Niko.
– Nieładnie przerywać starszym! – oburzył się pan starosta. – Jak to się mówi, Polak, Węgier, dwa bratanki, ale jednak Fin Polakowi bliższy…
– Tak naprawdę chcieliśmy zapytać, czy nie działo się tu coś podejrzanego – powiedział w końcu Feliks, przekrzywiając bajerancko swój nowy kapelusz. – Damie z Szynszylą skradziono kolię.
– Coś podobnego! – zagrzmiał gniewnie Radziwiłł. – W moim zamku? – Dobył szabli. – Złodziejaszek nie nacieszy się dłużej swoim łupem!
Nim którykolwiek z uczniów zdążył zareagować, Karol ze zręcznością nieprzystającą do swej tuszy przeskoczył do innego obrazu i stąd też pognał w świat.
Chłopcy chwilę przyglądali się pustemu tłu. Niko spojrzał dość dziwnie na Feliksa, jakby chciał zapytać, jaki był sens całych tych odwiedzin.
– Wszystko zgodnie z planem – stwierdził Feliks, pocierając podbródek. – Radziwiłł ruszył w pościg za złodziejem, a my teraz… my teraz… mamy sposobność, by… by kontynuować śledztwo.
– Może poszlibyśmy na obiad? – zaproponował z rezygnacją Niko.
– Myślę, że złodziej chciałby, żebyśmy poszli na obiad. A on w tym czasie… ej, Niko, tym tłuściochom z tamtego obrazu widać…
Jego słowa zagłuszył pisk niewiast o rubensowskich kształtach, gdy przez malowidło przetoczył się Radziwiłł, który nie wiadomo skąd zdobył rączego rumaka. Kobiety pochowały się za drzewami, głośno ubolewając nad swoją niedolą.
Po godzinie śledztwo  nie poruszyło się ani o krok. Karol Stanisław Radziwiłł siał wśród obrazów takie samo zniszczenie, jak tajemniczy złodziej, a do Feliksa dotarło, że ominięcie obiadu nie było jego najgenialniejszym posunięciem. Co prawda, zawsze mógł skorzystać ze swoich niezwykle dobrych relacji z ubożętami, ale nie chciał nadużywać ich gościnności – wczoraj spóźnił się już na śniadanie i kolację i naprawdę nie chciał, by stworzenia te się na niego pogniewały.
Teraz śledztwo polegało na błąkaniu się po zamku bez żadnego konkretnego celu. Feliks co chwilę zerkał na Niko, doszukując się w jego twarzy pierwszych oznak irytacji.
– Chyba jednak kiepski ze mnie detektyw – przyznał w końcu, ściągając kapelusz. – Ale Ignaś będzie miał ubaw. Zakład, że powie „a nie mówiłem” jeszcze z trzy razy w ciągu dnia?
– Dwa mu chyba w pełni wystarczą – odpowiedział Niko, po czym zmarszczył brwi. – Myślałem o tym i wiesz, wpadło mi do głowy, że gdzieś w zamku mógł po prostu wisieć portret jakiegoś złodzieja. Wtedy kradłby tylko po to, by kraść, ale gdyby to była prawda, to dlaczego robi to dopiero teraz?
– Może to jakiś nowy portret? – zastanowił się Feliks.
– Ale kto mógłby go namalować? Chyba nikt z nauczycieli.
– To musiał być ktoś naprawdę złośliwy.
– I ktoś, kto potrafi malować. W końcu udało mu się poderwać Damę z Szynszylą, a ona jest strasznie przeczulona na punkcie sztuki. W życiu nie chciałaby prowadzić się z bohomazem.
Chwilę dumali nad tym problemem, ale nikt pasujący do profilu psychologicznego sprawcy nie przyszedł im do głowy. Nie chcąc dłużej marnować czasu, wrócili do swojego pokoju i już od progu zauważyli coś dziwnego.
Ignacy jakby zląkł się na ich widok i szybko wrzucił jakąś książkę od poduszkę.
– A co tam masz? – zainteresował się Feliks.
– Nieważne – odparł lekceważącym tonem Ignacy. – Powiedz lepiej, jak poszło ci dochodzenie.
– Widziałem, to był podręcznik do czaroznawstwa! Górczyk nic nie zadawał, więc po co się uczysz, hę?
– Dla zasady – odciął się Ignacy. – Wzorowa średnia nie bierze się znikąd, wiesz?
– Ucz się ile chcesz! – Feliks uśmiechnął się z tryumfem. – Ale i tak nie dorównasz mi intuicją magiczną!
Ignacy mruknął coś, co zabrzmiało jak „jeszcze się przekonamy”. Niko, który podejrzewał, że jego intuicja magiczna ogromnie obniża średnią całej klasy, westchnął głęboko i usiadł na łóżku.


*

Następnego dnia Feliks stanął twarzą w twarz ze śmiercią. Właśnie niewinnie wchodził sobie po schodach z myślą udania się na śniadanie, kiedy ktoś z impetem na niego wpadł.
Nie miał większego pola do reakcji. W odruchu bezwarunkowym chwycił się najbliższego obiektu (którym był tajemniczym wpadacz) i razem z wrzaskiem spadli w dół. Przeturlali się przez kilka stopni i nieszczęśliwym trafem to właśnie Feliks padł pierwszy na podłogę, podczas gdy drugi osobnik mógł cieszyć się nieco zamortyzowanym uderzeniem.
Obaj chwilę leżeli bez dechu. Feliks bał się ruszyć; miał wrażenie, że jego czaszka zaraz eksploduje z bólu.
Pierwszy poruszył się sprawca całego wypadku. Najpierw jęknął głośno i jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że leży na Feliksie. Poderwał się szybko do pozycji pionowej.
– Ochnieochnieochnie! – zawołał, wskroś poruszony. – Przepraszam, przepraszam, przepraszam!
Wokół miejsca wypadku zebrał się już mały tłum, ale jakoś nikt nie garnął się do reanimacji Feliksa.
– Co się dzieje? – Wołoszyn usłyszał głos, który z całą pewnością należał do Ignasia.
– Ja… chyba go zabiłem – załkał nieznajomy.
– Niby kogo za… FELIKS?!
Właściwie Feliks był przekonany, że już nie żyje, a wszystko, co wokół się rozgrywa, to tylko zapis jego ostatnich chwil. Martwił go tylko brak światełka w tunelu.
– Hej, dobrze się czujesz? – To był chyba Niko.
– DLACZEGO ON SIĘ NIE RUSZA?!
– Ignacy…
– CO TY MU ZROBIŁEŚ?!
– Przepraszam, przepraszam, przepraszam!
– Przejście dla nauczyciela! Przejście dla nauczyciela!
– Feliks, słyszysz mnie?
– TWARDOWSKI, NATYCHMIAST PUŚĆ TEGO CHŁOPCA!
– Nein, nein, zasłużyłem! O Boże, mój Boże, tak przepraszam!
– JEŚLI GO ZABIŁEŚ, TO JA CIĘ…!
– TWARDOWSKI!
– Niech ktoś wezwie pielęgniarkę!
– O Boże, o Boże, co ja powiem jego matce…!
– Odsuńcie się, ja wiem, jak udzielać pierwszej pomocy! – To zdecydowanie była Agnieszka Piechówka, jej głosu Feliks nie pomyliłby z niczym innym. – Jeśli nie oddycha, trzeba będzie spróbować metody usta-usta i…
Feliks poderwał się do biegu, ale zakręciło mu się w głowie i byłby upadł, gdyby w porę nie złapał go Niko.
– Dzięki, Aga – bąknął. – Ale nie trzeba.
Ignacy puścił nieznajomego chłopca, a nauczyciel astronomii, Seweryn Gombrowicz, puścił Ignacego. Schodowy zbrodniarz zapłakał z ulgą i osunął się bezwładnie na ziemię.
Agnieszka chyba się obraziła. Odwróciła się i ze złością wycofała poza tłumek gapiów.
– No dobrze – podsumował Gombrowicz. – Obydwaj do gabinetu pielęgniarki proszę.

*

– No już, już. – Klementyna Gorczak poklepała zapłakanego chłopca po głowie. – Do wesela się zagoi.
Feliks, który oberwał nieporównywalnie mocniej, poczuł się trochę urażony, że to wokół podłego zamachowcy skoncentrowała się cała uwaga. Siedział więc na kozetce z miną wyrażającą absolutne oburzenie, przyciskając do guza wielkości pomidora okład z jakiegoś śmierdzącego eliksiru.
– Ja naprawdę myślałem… – załkał blondynek. – Że ja go… że on… przepraszam, naprawdę przepraszam!
– Jeśli jeszcze raz przeprosisz, to też ci nabiję takiego guza – zagroził ponurym tonem Feliks.
– O ile mam tu coś jeszcze to powiedzenia, to nie życzę sobie żadnych poobijanych głów do końca tygodnia – oświadczyła stanowczo pielęgniarka. – Jeśli kręciłoby ci się w głowie, Feliksie, albo wzięło cię na mdłości, to masz się tu natychmiast zgłosić, jasne?
– Oookej – mruknął Feliks.
– I żadnych szaleństw. Masz dmuchać na zimne, zrozumiane?
– Na niego pani trochę pokrzyczy, to w końcu jego wina – odparł buńczucznie Feliks.
– Wstydź się, nie widzisz, że mu przykro?!
– No widzę. – Ton Feliksa wskazywał na to, że to w żaden sposób nie usprawiedliwia chłopca.
Pielęgniarka westchnęła.
– No, to wszystko. Jeśli nie czujecie się na siłach, nie musicie iść na lekcje, wystaram się o zwolnienie dla was.
Feliks nagle poczuł się bardzo nie na siłach.
Na korytarzu Wołoszyna olśniło. Chwilę przyglądał się swojemu oprawcy, po czym pstryknął palcami.
– Ja cię znam! – poinformował. – Ty jesteś tym Niemcem z siódmej „D”!
– Gerhard Ehrlichmann – przedstawił się chłopiec, wciąż nieco roztrzęsionych głosem. – A ty jesteś Feliks Wołoszyn, prawda?
Feliks przytaknął.
– Naprawdę bardzo, bardzo mi przykro – powiedział cicho Gerhard.
– W porządku, rozgrzeszam. – Feliks machnął ręką. – Tak w ogóle, to gdzie ci się tak spieszyło?
Niemiec zrobił nagle bardzo dziwną minę. Splótł ręce z tyłu i przestąpił z nogi na nogę. Feliks nabrał podejrzeń.
– Co, to jakaś tajemnica? – zainteresował się.
– Chyba… chyba nie. I tak niedługo wszystko wyjdzie na jaw.
– Ale co?
Gerhard rozejrzał się, zanim powiedział:
– Chodzi o tego obrazowego rozrabiakę.
Feliks niemal nie podskoczył w miejscu.
– To twoja sprawka?
– Och, nie! – przestraszył się Gerhard. – Tylko… przyjaciela. Obiecałem mu pomóc, ale za bardzo nie wiem, jak.
Wkrótce chłopiec streścił Feliksowi całą historię. Okazało się, że tajemniczego złodzieja powołał do życia niejaki Gustaw Uryszek, używając świeżo zakupionych czarodziejskich farb. Niestety, nie spodziewał się, że gdy zawiesi obraz w swojej sypialni, sportretowany rzezimieszek wykorzysta okazję i ucieknie.
Biedni chłopcy próbowali bezskutecznie złapać łotrzyka, ale nijak nie mogli nakłonić go do powrotu do swojego płótna. Sprawa wydawała się poważna i – niestety – nierozwiązywalna. Z tego co Feliks zdołał zrozumieć, Gerhard obawiał się, że gdy któryś z nauczycieli napotka intruza, usunie go z obrazu jednym ruchem różdżki.
– A on wcale nie jest złym obrazem – powiedział Niemiec smutnym tonem. – Po prostu nie zdążyliśmy jeszcze go wychować.

*

Feliks zaprowadził Gerharda do swojego pokoju i razem czekali tam na koniec lekcji. I prawdę mówiąc, Wołoszyn nawet się nie spodziewał, że jego widok wywoła u Niko i Ignacego tyle emocji. Fin dopytywał się o stan zdrowia przyjaciela, podczas gdy Twardowski niezwykle oburzył się obecnością niedoszłego mordercy Feliksa. Chwilę trwało, zanim chłopcy uspokoili się na tyle, by można było wyjaśnić im całą sytuację.
Niestety, żaden z nich też nie miał pomysłu, jak obłaskawić dzieło Gustawa. Przeglądali w milczeniu podręczniki, szukając jakiejś wskazówki, ale jak zwykle w takich chwilach najbliższe źródło wiedzy okazało się bezużyteczne.
A potem Feliks wpadł na pomysł.

*

Ze śmiechem wyskoczył za ramę do następnego obrazu i już miał kontynuować ucieczkę, kiedy nagle poczuł, jak traci równowagę. Wyciągnął ręce przed siebie, chcąc zamortyzować uderzenie, ale i tak dość dotkliwie odczuł upadek.
Poderwał się do pionu, złorzecząc pod nosem. Na ziemi zaroiło się od skradzionych przedmiotów, których nie zdążył schować w swojej kryjówce. Przed pozbieraniem ich chciał jednak zobaczyć, co było przyczyną jego niepowodzenia.
Odwrócił się i zobaczył plamę. Dziwaczną, szarą plamę. Obszedł ją dookoła, zbadał dłońmi jej fakturę. Miał wrażenie, jakby dotykał chłodną skałę, ale poza kolorem zjawisko to w ogóle nie przypominało kamienia.
Spojrzał w bok na Żywy Świat. Zobaczył tego śmiesznego blondynka, który za nim biegał cały dzień i trójkę nieznajomych młodzieńców. Jeden z nich, ten najniższy, trzymał paletę z farbami w jednej ręce i pędzel w drugiej.
– Dobrze ci radzę, lepiej wracaj do domu – powiedział, maczając pędzel w barwniku.
– Tak? A co mi zrobisz?
Chłopiec szybkim ruchem nadgarstka pomazał biednego rzezimieszka. Namalowany ze zdziwieniem stwierdził, że nie może się poruszyć. Wierzgnął się gwałtownie, ale nie wskórał nic poza tym, że się przewrócił. Przy każdym ruchu słyszał skrzypienie lin, chociaż to, co oplatało go ciasno, wydawało się tylko iluzją liny. Ot, brązowe pasma farby.
Nie zmieniało to faktu, że działały zupełnie jak lina.
– Trzymajcie się, chłopaki – zawołał chłopiec z farbą do pozostałych mieszkańców obrazu. Ci jak na komendę chwycili się mocno drzew.
Najwyższy, ciemnowłosy chłopak zdjął obraz ze ściany i przechylił go lekko. Rzezimieszek zsunął się bezwładnie do mniejszego płótna, trzymanego przez tego irytującego Niemca.
– Witaj w domu – ucieszył się blondynek, po czym spojrzał na pozostałą trójkę. – Och, danke! Jestem naprawdę zobowiązany! A teraz przepraszam, lepiej oddam go Gustawowi… – I oddalił się pospiesznie.
– Trzymaj się, Gerd! – zawołali za nim.

*

– No dobrze – przyznał pod koniec Ignacy, chociaż minę miał mało szczęśliwą. – Może i masz całą tę intuicję.
Feliks rozpromienił się wyraźnie.
– A jużci! – zawołał Karol Radziwiłł, przejeżdżając na pobliskim pejzażu na swoim rumaku. – Kiedym był w jego wieku, stara Żydówka przepowiedziała mi, że największy czarodziej swoich czasów sztuki magicznej nauczy się pod moimi skrzydłami. Niech żyją magowie z Akademii Radziwiłła! – Pognał konia przed siebie i nikt go nie widział przez następne trzy miesiące.  





*

To trwało całą wieczność, ale w końcu to napisałam! :DD 
Kto się pisze na nowy fanfik potterowski - "Przygody Karola Stanisława Radziwiłła (wszystko to prawda, panie kochanku)"? 
I przepraszam, że rozdziały takie niezaktualizowane, wszystko poprawię, jak wrócę do domku. Trzymajcie się!