Do końca weekendu nikt nie miał
czasu ani chęci zajmować się teoriami spiskowymi – a w każdym razie, nie
uczniowie jedenastych klas. Ci bowiem zajęci byli rozpaczaniem przed egzaminami
próbnymi, a ich młodsi koledzy, pomni, że niebawem czeka ich to samo piekło,
wykazali się niebywałą wyrozumiałością.
Zatem kiedy przyszli absolwenci
zaraz po poniedziałkowym śniadaniu ruszyli w stronę przeznaczonej sali,
pozostali adepci sztuk tajemnych odprowadzali ich pełnymi współczucia
spojrzeniami. Oto idzie kwiat młodzieży, sól tej ziemi, ulejcie nad nimi łzę,
panie i panowie…
Feliks osobiście czuł się
podejrzanie zrelaksowany. Poprzedniego wieczoru gorączkowo przeglądał
podręczniki i walczył z wyrzutami sumienia, ale teraz miał wrażenie, jakby
wszystko wokół było tylko ulotną senną marą. A zresztą, kogo obchodzą te
egzaminy? Czy marne cyferki na świadectwie w jakikolwiek sposób potwierdzają
czyjąś wartość?! Pewnie, że nie, wszak wszystko to marność i tylko marność!
Tymczasem Niko wyglądał na
zestresowanego. Dostrzegłszy Agnieszkę w tłumie, odwrócił wzrok i zagadnął
Ignacego o jakąś drobnostkę.
A Ignacy był poważny. Śmiertelnie
poważny, ale jakoś nikogo to nie zdziwiło.
Arkusze pojawiły się przed nimi o
wyznaczonej godzinie. Wkrótce pomieszczenie wypełnił szum przewracanych stronic
i skrzypienie piór.
Egzaminy przebiegały trójfazowo –
najpierw uczniowie sprawdzali swoją wiedzę z zakresu magibotaniki, zbierali
siły podczas kilkudziesięciu minutowej przerwy, przystępowali do testów z
magizoologii, ponownie cieszyli się odpoczynkiem, po czym musieli się zmierzyć
z naukami przyrodniczymi.
Feliks, właściwie kończąc
edukację w Łukowcu, dalej nie rozumiał, dlaczego uczy się również tych
wszystkich bzdur, które przerabia się w mugolskich szkołach. Co prawda,
stężenie chemii, fizyki czy matematyki było znacznie mniejsze niż w typowym
liceum, ale wciąż przysparzało sporo zmartwień, zwłaszcza jeśli w przerwach
między próbą zapamiętania skomplikowanych receptur na eliksiry człowiek musiał
zgłębiać tajniki funkcji kwadratowych.
Cóż, żeby zdać, potrzebował
trzydziestu procent. Przeglądając arkusz, wątpił, czy uzbierał chociaż
dziesięć.
W takiej sytuacji mógł polegać
wyłącznie na swoim instynkcie strzeleckim.
Niedługo potem korytarze zaroiły
się od poddenerwowanych zdających. W takich chwilach Agnieszka Piechówka, wraz
z innymi uczniami zaangażowanymi w naukę dużo bardziej niż powinni, przeżywali
chwile tryumfu – otoczeni wianuszkiem adoratorów, chcących upewnić się, czy aby
przypadkiem nie zaznaczyli poprawnej odpowiedzi, chociaż raz mogli poczuć się
uwielbiani przez tłumy.
Feliks przyglądał się temu
motłochowi z boku. W myślach rachował swoje szanse na pomyślne przejście przez
egzamin i z każdym pożegnanym procentem czuł się coraz bardziej zrezygnowany.
Nagle poczuł za sobą ciche chrząknięcie.
Odwrócił się ze zdziwieniem i zauważył przed sobą Olafa Puszczyka.
– Cześć, Feliks – wymamrotał jak
zwykle wypranym z emocji głosem, po czym dodał trochę głośniej: – Co robiliście
w sobotę?
Feliks zamarł. Na krótką chwilę
jego serce dosłownie stanęło, a funkcje życiowe wróciły mu do równowagi dopiero
wówczas, gdy upewnił się, że nikt nie zwrócił uwagi na słowa Olafa.
– My? – Uśmiechnął się
wymijająco. – Masz na myśli mnie i chłopaków?
– Miałem na myśli ciebie,
Ignacego, Ari-Pekkę, Franciszka, Borysa, Iw…
Umilknął, gdy Feliks niemal
wepchnął mu pięść do ust, by po chwili chwycić go za poły marynarki i pociągnąć
dalej w głąb korytarza, gdzie stężenie gotowych do podsłuchiwania uszu było
trochę mniejsze.
– No dobra, Olaf – mruknął z
irytacją Feliks. – Nie wiem, czy jesteś tego świadomy, ale jeśli podejrzewasz
jakąś grubszą sprawę, to wymienianie wszystkich, którzy mogą być w to
zamieszani, to naprawdę FATALNY pomysł.
Olaf zamrugał, a przez wieczną
bladość jego policzków przebił się ledwo widoczny rumieniec, zapewne
spowodowany wstydem.
– Ja… – zająknął się Puszczyk, po
czym odchrząknął. – Ale w takim razie jest jakaś sprawa?
Tym razem to Feliks się zmieszał.
Kiedy razem z Niko i Ignacym
zastanawiali się, kogo można by poprosić o pomoc, brali pod uwagę dwa czynniki;
to, jak bardzo danej osobie można ufać i na ile może się przydać. Olaf został
zdyskwalifikowany ze względu na upośledzoną dyskrecję i patologiczny brak
umiejętności orientowania się w sytuacji.
– No… – Feliks zawahał się, nim
przybrał nieco surowszy wyraz twarzy. – A ty skąd wiesz?
– Bo nagle w tym samym czasie
zniknęło pół klasy – wyznał Olaf. – I nawet Oleg Awdykowskyj, a on prawie nigdy
nie wychodzi z pokoju.
„Punkt dla Olafa”, przyznał w
duchu niechętnie Feliks, po czym westchnął. Właściwie, to znał Puszczyka
wystarczająco długo, by wiedzieć, jak powinien się zachować.
– W porządku, Olaf, ty bystry
skurczybyku – zaczął, krzyżując ręce na klatce piersiowej. – Wiedzieliśmy, że
to tylko kwestia czasu, zanim się zorientujesz.
– Tak? – zapytał z powątpiewaniem
Puszczyk.
– Planowaliśmy…
imprezę-niespodziankę. Tak. Urodzinową.
– Dla mnie? Mam urodziny w
październiku.
– Z dużym wyprzedzeniem – dodał
szybko Feliks. – Zresztą, w październiku i tak wszyscy bylibyśmy dawno po
skończeniu szkoły, więc dżamprę musielibyśmy zrobić wcześniej, tak?
– Uhm – zgodził się Olaf.
– Po prostu nie daj po sobie
znać, że cokolwiek wiesz, bo wtedy wszyscy będą zawiedzeni, okej?
Olaf chwilę milczał.
– Nikt jeszcze nie robił dla mnie
imprezy-niespodzianki – wyznał. – Spodzianek też nie było. Nikt nie
przychodził.
Feliks spróbował zapamiętać, żeby
naprawdę uczcić urodziny Olafa Puszczyka. Tymczasem tylko pożegnał się, klepiąc
go pocieszycielsko po ramieniu i ruszył dalej korytarzem.
„Naprawdę kiepsko”, pomyślał,
„skoro nawet Olaf się zorientował, to coś musi być na rzeczy”.
Stanął przy ścianie, wyobrażając
sobie, że znajduje się przed tajnym wejściem do oficjalnej siedziby ich
nieoficjalnego stowarzyszenia. Korytarz, na którym znajdowało się faktyczne
przejście, był nieco węższy i znacznie rzadziej odwiedzany, ale to nie
oznaczało, że zupełnie nikt tamtędy nie przechodził.
„Jak wtłoczyć dwadzieścia osób do
jednego pomieszczenia tak, by nikt nie zauważył?”, zastanowił się w duchu. I
jak zorganizować następne spotkanie? Co powiedzieć, jeśli ktoś ich przyłapie?
Czy to w ogóle ma jakikolwiek sens?
Westchnął i poszedł w stronę sali
egzaminacyjnej. Po drodze zaczepił go Wacław Pietrucha.
– Trzydzieści procent? – zagadnął
zdawkowo.
– Będę się modlić – odparł Feliks
z lekkim uśmiechem. – Jak tam, młody?
– Wychodzi na to, że Agnieszka
wzięła się poważnie za swoje zadanie i zmajstrowała skądś gazety sprzed
ostatnich pięciu lat, więc Artur powiedział, że, cytuję, dupa nam się pali, bo
jak Aga się dowie, że my nic…
– No i co?
– Nie wiem, miałem nadzieję, że
ty coś wymyślisz.
„Kiedy ja nie jestem od
myślenia”, zaprotestował tylko wewnętrznie Feliks, po czym westchnął raz
jeszcze.
Wacław przyglądał mu się tymi
nieco zamglonymi oczami, strasząc przy tym bujnymi włosami, przez które Feliksowi kojarzył się z kiepsko ostrzyżonym
pudlem.
– Bo wiesz, Artur jak zwykle dużo
gada, a jak przychodzi co do czego, to też żadnych konkretnych pomysłów nie ma
– dodał po chwili, wzruszywszy ramionami.
– Dobra – powiedział ze
zrezygnowaniem Feliks. – Jak skończę z papierkową robotą, to jakoś się zgadamy
w bibliotece. Może coś znajdziemy.
Wacław tylko wzruszył ramionami,
by w końcu pognać na kolejną lekcję.
„Szczęściarz”, pomyślał z
zazdrością Feliks, „może mi zawracać bezlitośnie tyłek, bo za rok sam będzie
miał luzy”.
Ponieważ magiczne ministerstwo
szkolnictwa dopiero po dwudziestu latach zorientowało się, że zmuszanie uczniów
do zdawania egzaminów z każdego przedmiotu to bestialstwo, ale mało szczęśliwym
zbiegiem okoliczności rocznik Wołoszyna nie został objęty reformami.
Feliks jeszcze chwilę stał na
korytarzu, nim ruszył w stronę sali egzaminacyjnej.
*
Harry wcale się nie zdziwił,
kiedy przy wejściu do gabinetu dyrektora omal nie wpadł na Druellę Rosier i po
raz pierwszy w życiu ucieszył się, że jest pod wpływem eliksiru wielosokowego.
Tak naprawdę nie miał pojęcia, do
kogo należy wygląd, który właśnie sobie „pożyczył”, ale musiał przyznać, że
wyśmienicie sprawował swoją funkcję. Facet, w którego przeistaczał się pod
wpływem mikstury, był wręcz nieprzeciętnie przeciętny. Średniego wzrostu, z
prostokątnym wąsikiem pod nieco za szerokim nosem i średniozaawansowaną łysiną.
Wyglądał na hydraulika albo murarza, ale z całą pewnością nikt nie zgadłby, że
w rzeczywistości jest najsłynniejszym czarodziejem Wielkiej Brytanii.
Druella obrzuciła go niechętnym
spojrzeniem, dygnęła z poczucia obowiązku i czym prędzej czmychnęła schodami w
dół, jakby obawiała się, że Harry ją zatrzyma. Gdy tylko zniknęła mu z pola
widzenia, Potter westchnął z ulgą i zapukał do drzwi.
Rosier otworzył mu drzwi
osobiście. Harry odniósł wrażenie, że dyrektor był zaskoczony jego przybyciem.
– Niepotrzebnie zjawił się pan
tak wcześnie, panie Jenkins – powiedział Rosier, robiąc mu przejście. – Zapraszam
do środka. Proszę usiąść.
Harry, nie wiedzieć czemu,
spodziewał się gabinetu w stylu Dumbledore’a, ale zastany widok trochę go
rozczarował. Stary Twardowski sprawował funkcję dyrektora wystarczająco długo,
by nadać temu pomieszczeniu pewien charakter, ale ktoś najwyraźniej zadał sobie
wiele trudu, by wymazać pamięć o poprzedniej głowie szkoły. Nieco jaśniejsze od
reszty ściany fragmenty wskazywały na to, że usunięto kilka obrazów – Harry
ledwo powstrzymał uśmiech. Miał do czynienia z kilkoma szczególnie uciążliwymi
portretami, więc tę decyzję mógł zrozumieć.
W szklanych gablotach, za
stertami dokumentów, mógł dostrzec ukryte przyrządy alchemiczne. W Hogwarcie
nigdy nie miał okazji zobaczyć czegoś takiego.
– Pewnie zastanawia się pan, dlaczego
poprosiłem o to spotkanie? – zagaił Rosier, na powrót ściągając na siebie uwagę
Harry’ego.
– Miałem nadzieję na szczerą rozmowę, sir – powiedział Potter
i zabrzmiało to bardziej buńczucznie, niż powinno.
Rosier uniósł brwi.
– Zapewne zauważył już pan, że
prowadzona przez nas sprawa przebiega dosyć niekonwencjonalnie?
– Tak, sir. „Niekonwencjonalnie”
to dobre słowo.
– Proszę spojrzeć na biurko,
panie Jenkins.
Harry dostrzegł tam jedno
zdjęcie. Na fotografii uwieczniono mężczyznę mniej więcej o dekadę starszego od
samego Pottera – miał szczery uśmiech i uczciwe spojrzenie.
– Zna pan tego człowieka?
– Nie, sir.
– Zygmunt Rochowicz. Przywódca
wrogiego partii rządzącej ugrupowania. Gorący zwolennik rządów autorytarnych i
segregacji ze względu na czystość krwi.
Harry, wciąż patrząc na przystojną,
sympatyczną twarz uwiecznioną na fotografii dopiero po chwili przyjął do
świadomości słowa dyrektora.
– Podejrzewa go pan, sir?
– Póki co nie jestem w stanie
niczego stwierdzić, panie Jenkins – stwierdził sucho Rosier. – Na chwilę obecną
mogę powiedzieć jedno; ten człowiek nie może sięgnąć po władzę.
Harry spojrzał na swojego
przełożonego ze zdziwieniem.
– Jestem aurorem, sir. Nie znam
się na polityce.
– Zaraz to panu wyjaśnię –
uspokoił go Rosier. – W przedostatnich wyborach Rochowicz wygrał większością
głosów. Dziesiątki osób zostały aresztowane. Polska gospodarka niemal
całkowicie zamknęła się na zachód. Dla Wielkiej Brytanii nie była to komfortowa
sytuacja.
Harry słuchał uważnie.
– W następnych wyborach zwyciężył
Kamiński, utrzymując się na stołku premiera do dzisiaj. Pomimo wciąż żywych
wspomnień z czasów rządów Rochowicza, ten wciąż cieszy się dużym poparciem.
Będę wobec pana szczery; w Polsce kwestia czystości krwi nadal jest
priorytetem. Obawiamy się, że jeśli dojdzie tu do ogniska zapalnego, to choroba
szybko zainfekuje cały wschód Europy. A na to nie możemy sobie pozwolić.
Harry odezwał się dopiero po
chwili.
– Po to właśnie ta cała
konspiracja, sir?
– Jeśli sprawa morderstw wyjdzie na jaw, panie Jenkins, Rochowicz z pewnością obróci to na swoją korzyść –
podkreślił dobitnie Rosier. – Nie będzie chciał współpracować z brytyjskim
rządem. To będzie koniec naszej ingerencji, i, pozwolę sobie dodać, koniec
jakiejkolwiek produktywnej pracy w sprawie tych morderstw.
– Ale pan nie ukrywa się, sir. –
Harry w końcu wypowiedział na głos wątpliwości, które trapiły go od dłuższego
czasu. – O brytyjskich aurorach w Łukowcu krążą plotki od tygodni. Jeśli mamy
działać w całkowitym ukryciu, sir, to proszę wybaczyć, ale to nie jest
najlepszy sposób.
– Pamięta pan czasy zaraz po
wojnie? – odezwał się szybko Rosier. Za szybko, jakby już od dawna planował tę
odpowiedź. – Szaleńcy, którzy nie chcieli uwierzyć w śmierć Voldemorta, głupcy,
którzy planowali go pomścić i ci, którym po jego odejściu nic już nie
pozostało… Walczyliśmy z tym przez lata.
– Tak, sir.
– Ale, panie Jenkins, czy wydaje
się panu, że udałoby się ich wszystkich schwytać, tylko przeczesując teren?
– Nie, sir.
– Mieliśmy ludzi, panie Jenkins.
Niemal cały naród był za nami. Gdy tylko ktoś pojawił się w Hogsmeade o
nieodpowiedniej porze, w tej samej sekundzie o tym wiedzieliśmy, bo mieliśmy
ludzi, Jenkins. Nikt nie mógł zrobić zakupów na Pokątnej bez naszej wiedzy, bo
mieliśmy ludzi.
– Sir…
– Niech pan wierzy, że wszystko
jest pod kontrolą. Pozwalam żyć pogłoskom i domysłom, ale słowo daję, pierwsza
osoba, która zdradzi jakieś konkrety, poniesie surowe konsekwencje. Nikt nie ma
podstaw, by uformować dokładny zarzut, poważne media nie zajmują się tą sprawą,
bo nie mają najmniejszych dowodów. Zmierzam do tego, panie Jenkins, że tutaj,
na obcym terenie, nikt nie wie nic o nas, ale my też niczego nie wiemy. Nie mam
możliwości dotarcia do ludzi, więc pozwolę ludziom przyjść do mnie.
– To zadziała, sir?
Rosier uśmiechnął się samymi
kącikami ust.
– Już działa. Pan nawet nie
podejrzewa, ilu informatorów udało mi się pozyskać… i niestety, muszę przyznać,
że większość to zwykli paranoicy, ale mogę pochwalić się też kilkoma perełkami.
Jutro o…
Nagle urwał, wstał od biurka,
otworzył jedną z szuflad i szybkim ruchem wydobył prostokątny kawałek papieru.
Musnął powierzchnie kartki różdżką i bez słowa podał bilecik Potterowi.
Harry przyjął niespodziewany
podarunek. Maleńkimi literami wypisano na nim: „Biały Miś, jutro, szósta
wieczorem”.
– Pan wybaczy – powiedział Rosier
dość suchym tonem, po czym dodał głośniej: – Wejdź, proszę, Druello.
Jakby na komendę drzwi gabinetu
otworzyły się i do środka weszła wyraźnie zmieszana dziewczyna.
– Przepraszam, tatku, ale
zapomniałam o swojej torebce – bąknęła – a nie chciałam przeszkadzać w rozmowie
z panem…
– Jenkinsem – przyszedł z pomocą
Harry. – To chyba wszystko na dzisiaj. Do widzenia, sir, dobrej nocy, panienko.
Wyszedł pospiesznie z gabinetu,
zastanawiając się, jak bardzo musi napsocić Druella, by jej ojciec zdecydował
się na odesłanie jej z powrotem do Anglii. Cóż, jeśli próba podsłuchania
poufnej rozmowy nie wystarczy, to mogą spodziewać się sporych kłopotów.
*
– Coś jest stanowczo nie tak –
oznajmiła Zośka Ranicka, krzyżując ręce na klatce piersiowej.
Ksiądz Koszula dopił herbatę i
przyjrzał jej się z rezygnacją.
– Powiem ci, co jest nie tak.
Jest środek nocy, a ty siedzisz tu już od dziesięciu minut.
Zośka zmarszczyła gniewnie nos i
spojrzała gdzieś w bok. Odezwała się ponownie dopiero po dłuższej chwili.
– Ja naprawdę myślę, że on w coś
się wpakował!
– Oczywiście, że tak – zgodził
się z nią uprzejmie duchowny. – Przecież to Feliks Wołoszyn. Nie wiem tylko,
czy to powód, by się zamartwiać.
– Ale proszę księdza, ksiądz
widział się z nim w te święta? – zaprotestowała dziewczyna, po czym dodała
ciszej: – Był jakiś taki… nie teges.
– Jak dla mnie nawet za bardzo
teges.
– Ja mówię poważnie!
– Uwierz mi, że ja też!
Przez chwilę mierzyli się
wzrokiem. W końcu Zośka wstała i zaczęła chodzić w kółko ze splecionymi z tyłu
rękoma. Wyglądała jak mocno zdenerwowana tygrysica.
– Od świąt nie napisał ani razu.
– Nie dała za wygraną. – A przecież on zawsze odpisywał na listy. Te cholerne
ptaszyska raz zżarły mi chomika!
– Może po prostu jest czymś
zajęty?
– Ksiądz nie rozumie, my mieliśmy
obietnicę!
Szczepan Koszula przestał obracać
kubek w dłoniach i spojrzał uważniej na dziewczynę.
– Obietnicę?
– Obietnicę – mruknęła Zośka,
zaciskając dłonie w pięści. – I jestem pewna, że Feliks by jej nie złamał!
Ksiądz westchnął cicho.
– W porządku. Rozumiem. Zrobimy
tak; ty pójdziesz spać, a ja dowiem się, co jest grane. Może być?
Po jej niezadowolonej minie
Koszula zorientował się, że pewnie spodziewała się sprowadzenia Feliksa
Wołoszyna do rodzinnego miasta w trybie przyspieszonym, ale Zosia w końcu
skinęła głową.
Ksiądz zatem odprowadził ją do
drzwi, chwilę wahał się pomiędzy puszczeniem dziewczyny samopas w czarną noc, a
cieszeniu się wątpliwą przyjemnością towarzyszenia jej w drodze powrotnej i w
końcu zdecydował się na wezwanie taksówki.
Zaraz po pozbyciu się Zosi miał
zamiar udać się prosto do łóżka, ale coś go powstrzymało. Zamiast tego usiadł
przy stole i jeszcze tej samej nocy napisał list, zaadresowany nie do Feliksa
Wołoszyna, ale starego przyjaciela, jeszcze z czasów szkolnych.