środa, 24 lipca 2013

17. To, czego nie usłyszała Druella Rosier


Do końca weekendu nikt nie miał czasu ani chęci zajmować się teoriami spiskowymi – a w każdym razie, nie uczniowie jedenastych klas. Ci bowiem zajęci byli rozpaczaniem przed egzaminami próbnymi, a ich młodsi koledzy, pomni, że niebawem czeka ich to samo piekło, wykazali się niebywałą wyrozumiałością.
Zatem kiedy przyszli absolwenci zaraz po poniedziałkowym śniadaniu ruszyli w stronę przeznaczonej sali, pozostali adepci sztuk tajemnych odprowadzali ich pełnymi współczucia spojrzeniami. Oto idzie kwiat młodzieży, sól tej ziemi, ulejcie nad nimi łzę, panie i panowie…
Feliks osobiście czuł się podejrzanie zrelaksowany. Poprzedniego wieczoru gorączkowo przeglądał podręczniki i walczył z wyrzutami sumienia, ale teraz miał wrażenie, jakby wszystko wokół było tylko ulotną senną marą. A zresztą, kogo obchodzą te egzaminy? Czy marne cyferki na świadectwie w jakikolwiek sposób potwierdzają czyjąś wartość?! Pewnie, że nie, wszak wszystko to marność i tylko marność!
Tymczasem Niko wyglądał na zestresowanego. Dostrzegłszy Agnieszkę w tłumie, odwrócił wzrok i zagadnął Ignacego o jakąś drobnostkę.
A Ignacy był poważny. Śmiertelnie poważny, ale jakoś nikogo to nie zdziwiło.
Arkusze pojawiły się przed nimi o wyznaczonej godzinie. Wkrótce pomieszczenie wypełnił szum przewracanych stronic i skrzypienie piór.
Egzaminy przebiegały trójfazowo – najpierw uczniowie sprawdzali swoją wiedzę z zakresu magibotaniki, zbierali siły podczas kilkudziesięciu minutowej przerwy, przystępowali do testów z magizoologii, ponownie cieszyli się odpoczynkiem, po czym musieli się zmierzyć z naukami przyrodniczymi.
Feliks, właściwie kończąc edukację w Łukowcu, dalej nie rozumiał, dlaczego uczy się również tych wszystkich bzdur, które przerabia się w mugolskich szkołach. Co prawda, stężenie chemii, fizyki czy matematyki było znacznie mniejsze niż w typowym liceum, ale wciąż przysparzało sporo zmartwień, zwłaszcza jeśli w przerwach między próbą zapamiętania skomplikowanych receptur na eliksiry człowiek musiał zgłębiać tajniki funkcji kwadratowych.
Cóż, żeby zdać, potrzebował trzydziestu procent. Przeglądając arkusz, wątpił, czy uzbierał chociaż dziesięć.
W takiej sytuacji mógł polegać wyłącznie na swoim instynkcie strzeleckim.
Niedługo potem korytarze zaroiły się od poddenerwowanych zdających. W takich chwilach Agnieszka Piechówka, wraz z innymi uczniami zaangażowanymi w naukę dużo bardziej niż powinni, przeżywali chwile tryumfu – otoczeni wianuszkiem adoratorów, chcących upewnić się, czy aby przypadkiem nie zaznaczyli poprawnej odpowiedzi, chociaż raz mogli poczuć się uwielbiani przez tłumy.
Feliks przyglądał się temu motłochowi z boku. W myślach rachował swoje szanse na pomyślne przejście przez egzamin i z każdym pożegnanym procentem czuł się coraz bardziej zrezygnowany.
Nagle poczuł za sobą ciche chrząknięcie. Odwrócił się ze zdziwieniem i zauważył przed sobą Olafa Puszczyka.
– Cześć, Feliks – wymamrotał jak zwykle wypranym z emocji głosem, po czym dodał trochę głośniej: – Co robiliście w sobotę?
Feliks zamarł. Na krótką chwilę jego serce dosłownie stanęło, a funkcje życiowe wróciły mu do równowagi dopiero wówczas, gdy upewnił się, że nikt nie zwrócił uwagi na słowa Olafa.
– My? – Uśmiechnął się wymijająco. – Masz na myśli mnie i chłopaków?
– Miałem na myśli ciebie, Ignacego, Ari-Pekkę, Franciszka, Borysa, Iw…
Umilknął, gdy Feliks niemal wepchnął mu pięść do ust, by po chwili chwycić go za poły marynarki i pociągnąć dalej w głąb korytarza, gdzie stężenie gotowych do podsłuchiwania uszu było trochę mniejsze.
– No dobra, Olaf – mruknął z irytacją Feliks. – Nie wiem, czy jesteś tego świadomy, ale jeśli podejrzewasz jakąś grubszą sprawę, to wymienianie wszystkich, którzy mogą być w to zamieszani, to naprawdę FATALNY pomysł.
Olaf zamrugał, a przez wieczną bladość jego policzków przebił się ledwo widoczny rumieniec, zapewne spowodowany wstydem.
– Ja… – zająknął się Puszczyk, po czym odchrząknął. – Ale w takim razie jest jakaś sprawa?
Tym razem to Feliks się zmieszał.
Kiedy razem z Niko i Ignacym zastanawiali się, kogo można by poprosić o pomoc, brali pod uwagę dwa czynniki; to, jak bardzo danej osobie można ufać i na ile może się przydać. Olaf został zdyskwalifikowany ze względu na upośledzoną dyskrecję i patologiczny brak umiejętności orientowania się w sytuacji.
– No… – Feliks zawahał się, nim przybrał nieco surowszy wyraz twarzy. – A ty skąd wiesz?
– Bo nagle w tym samym czasie zniknęło pół klasy – wyznał Olaf. – I nawet Oleg Awdykowskyj, a on prawie nigdy nie wychodzi z pokoju.
„Punkt dla Olafa”, przyznał w duchu niechętnie Feliks, po czym westchnął. Właściwie, to znał Puszczyka wystarczająco długo, by wiedzieć, jak powinien się zachować.
– W porządku, Olaf, ty bystry skurczybyku – zaczął, krzyżując ręce na klatce piersiowej. – Wiedzieliśmy, że to tylko kwestia czasu, zanim się zorientujesz.
– Tak? – zapytał z powątpiewaniem Puszczyk.
– Planowaliśmy… imprezę-niespodziankę. Tak. Urodzinową.
– Dla mnie? Mam urodziny w październiku.
– Z dużym wyprzedzeniem – dodał szybko Feliks. – Zresztą, w październiku i tak wszyscy bylibyśmy dawno po skończeniu szkoły, więc dżamprę musielibyśmy zrobić wcześniej, tak?
– Uhm – zgodził się Olaf.
– Po prostu nie daj po sobie znać, że cokolwiek wiesz, bo wtedy wszyscy będą zawiedzeni, okej?
Olaf chwilę milczał.
– Nikt jeszcze nie robił dla mnie imprezy-niespodzianki – wyznał. – Spodzianek też nie było. Nikt nie przychodził.
Feliks spróbował zapamiętać, żeby naprawdę uczcić urodziny Olafa Puszczyka. Tymczasem tylko pożegnał się, klepiąc go pocieszycielsko po ramieniu i ruszył dalej korytarzem.
„Naprawdę kiepsko”, pomyślał, „skoro nawet Olaf się zorientował, to coś musi być na rzeczy”.
Stanął przy ścianie, wyobrażając sobie, że znajduje się przed tajnym wejściem do oficjalnej siedziby ich nieoficjalnego stowarzyszenia. Korytarz, na którym znajdowało się faktyczne przejście, był nieco węższy i znacznie rzadziej odwiedzany, ale to nie oznaczało, że zupełnie nikt tamtędy nie przechodził.
„Jak wtłoczyć dwadzieścia osób do jednego pomieszczenia tak, by nikt nie zauważył?”, zastanowił się w duchu. I jak zorganizować następne spotkanie? Co powiedzieć, jeśli ktoś ich przyłapie? Czy to w ogóle ma jakikolwiek sens?
Westchnął i poszedł w stronę sali egzaminacyjnej. Po drodze zaczepił go Wacław Pietrucha.
– Trzydzieści procent? – zagadnął zdawkowo.
– Będę się modlić – odparł Feliks z lekkim uśmiechem. – Jak tam, młody?
– Wychodzi na to, że Agnieszka wzięła się poważnie za swoje zadanie i zmajstrowała skądś gazety sprzed ostatnich pięciu lat, więc Artur powiedział, że, cytuję, dupa nam się pali, bo jak Aga się dowie, że my nic…
– No i co?
– Nie wiem, miałem nadzieję, że ty coś wymyślisz.
„Kiedy ja nie jestem od myślenia”, zaprotestował tylko wewnętrznie Feliks, po czym westchnął raz jeszcze.
Wacław przyglądał mu się tymi nieco zamglonymi oczami, strasząc przy tym bujnymi włosami, przez które Feliksowi kojarzył się z kiepsko ostrzyżonym pudlem. 
– Bo wiesz, Artur jak zwykle dużo gada, a jak przychodzi co do czego, to też żadnych konkretnych pomysłów nie ma – dodał po chwili, wzruszywszy ramionami.
– Dobra – powiedział ze zrezygnowaniem Feliks. – Jak skończę z papierkową robotą, to jakoś się zgadamy w bibliotece. Może coś znajdziemy.
Wacław tylko wzruszył ramionami, by w końcu pognać na kolejną lekcję.
„Szczęściarz”, pomyślał z zazdrością Feliks, „może mi zawracać bezlitośnie tyłek, bo za rok sam będzie miał luzy”.
Ponieważ magiczne ministerstwo szkolnictwa dopiero po dwudziestu latach zorientowało się, że zmuszanie uczniów do zdawania egzaminów z każdego przedmiotu to bestialstwo, ale mało szczęśliwym zbiegiem okoliczności rocznik Wołoszyna nie został objęty reformami.
Feliks jeszcze chwilę stał na korytarzu, nim ruszył w stronę sali egzaminacyjnej.

*

Harry wcale się nie zdziwił, kiedy przy wejściu do gabinetu dyrektora omal nie wpadł na Druellę Rosier i po raz pierwszy w życiu ucieszył się, że jest pod wpływem eliksiru wielosokowego.
Tak naprawdę nie miał pojęcia, do kogo należy wygląd, który właśnie sobie „pożyczył”, ale musiał przyznać, że wyśmienicie sprawował swoją funkcję. Facet, w którego przeistaczał się pod wpływem mikstury, był wręcz nieprzeciętnie przeciętny. Średniego wzrostu, z prostokątnym wąsikiem pod nieco za szerokim nosem i średniozaawansowaną łysiną. Wyglądał na hydraulika albo murarza, ale z całą pewnością nikt nie zgadłby, że w rzeczywistości jest najsłynniejszym czarodziejem Wielkiej Brytanii.
Druella obrzuciła go niechętnym spojrzeniem, dygnęła z poczucia obowiązku i czym prędzej czmychnęła schodami w dół, jakby obawiała się, że Harry ją zatrzyma. Gdy tylko zniknęła mu z pola widzenia, Potter westchnął z ulgą i zapukał do drzwi.
Rosier otworzył mu drzwi osobiście. Harry odniósł wrażenie, że dyrektor był zaskoczony jego przybyciem.
– Niepotrzebnie zjawił się pan tak wcześnie, panie Jenkins – powiedział Rosier, robiąc mu przejście. – Zapraszam do środka. Proszę usiąść.
Harry, nie wiedzieć czemu, spodziewał się gabinetu w stylu Dumbledore’a, ale zastany widok trochę go rozczarował. Stary Twardowski sprawował funkcję dyrektora wystarczająco długo, by nadać temu pomieszczeniu pewien charakter, ale ktoś najwyraźniej zadał sobie wiele trudu, by wymazać pamięć o poprzedniej głowie szkoły. Nieco jaśniejsze od reszty ściany fragmenty wskazywały na to, że usunięto kilka obrazów – Harry ledwo powstrzymał uśmiech. Miał do czynienia z kilkoma szczególnie uciążliwymi portretami, więc tę decyzję mógł zrozumieć.
W szklanych gablotach, za stertami dokumentów, mógł dostrzec ukryte przyrządy alchemiczne. W Hogwarcie nigdy nie miał okazji zobaczyć czegoś takiego.
– Pewnie zastanawia się pan, dlaczego poprosiłem o to spotkanie? – zagaił Rosier, na powrót ściągając na siebie uwagę Harry’ego.
– Miałem nadzieję na szczerą rozmowę, sir – powiedział Potter i zabrzmiało to bardziej buńczucznie, niż powinno.
Rosier uniósł brwi.
– Zapewne zauważył już pan, że prowadzona przez nas sprawa przebiega dosyć niekonwencjonalnie?
– Tak, sir. „Niekonwencjonalnie” to dobre słowo.
– Proszę spojrzeć na biurko, panie Jenkins.
Harry dostrzegł tam jedno zdjęcie. Na fotografii uwieczniono mężczyznę mniej więcej o dekadę starszego od samego Pottera – miał szczery uśmiech i uczciwe spojrzenie.
– Zna pan tego człowieka?
– Nie, sir.
– Zygmunt Rochowicz. Przywódca wrogiego partii rządzącej ugrupowania. Gorący zwolennik rządów autorytarnych i segregacji ze względu na czystość krwi.
Harry, wciąż patrząc na przystojną, sympatyczną twarz uwiecznioną na fotografii dopiero po chwili przyjął do świadomości słowa dyrektora.
– Podejrzewa go pan, sir?
– Póki co nie jestem w stanie niczego stwierdzić, panie Jenkins – stwierdził sucho Rosier. – Na chwilę obecną mogę powiedzieć jedno; ten człowiek nie może sięgnąć po władzę.
Harry spojrzał na swojego przełożonego ze zdziwieniem.
– Jestem aurorem, sir. Nie znam się na polityce.
– Zaraz to panu wyjaśnię – uspokoił go Rosier. – W przedostatnich wyborach Rochowicz wygrał większością głosów. Dziesiątki osób zostały aresztowane. Polska gospodarka niemal całkowicie zamknęła się na zachód. Dla Wielkiej Brytanii nie była to komfortowa sytuacja.
Harry słuchał uważnie.
– W następnych wyborach zwyciężył Kamiński, utrzymując się na stołku premiera do dzisiaj. Pomimo wciąż żywych wspomnień z czasów rządów Rochowicza, ten wciąż cieszy się dużym poparciem. Będę wobec pana szczery; w Polsce kwestia czystości krwi nadal jest priorytetem. Obawiamy się, że jeśli dojdzie tu do ogniska zapalnego, to choroba szybko zainfekuje cały wschód Europy. A na to nie możemy sobie pozwolić.
Harry odezwał się dopiero po chwili.
– Po to właśnie ta cała konspiracja, sir?
– Jeśli sprawa morderstw wyjdzie na jaw, panie Jenkins, Rochowicz z pewnością obróci to na swoją korzyść – podkreślił dobitnie Rosier. – Nie będzie chciał współpracować z brytyjskim rządem. To będzie koniec naszej ingerencji, i, pozwolę sobie dodać, koniec jakiejkolwiek produktywnej pracy w sprawie tych morderstw.
– Ale pan nie ukrywa się, sir. – Harry w końcu wypowiedział na głos wątpliwości, które trapiły go od dłuższego czasu. – O brytyjskich aurorach w Łukowcu krążą plotki od tygodni. Jeśli mamy działać w całkowitym ukryciu, sir, to proszę wybaczyć, ale to nie jest najlepszy sposób.
– Pamięta pan czasy zaraz po wojnie? – odezwał się szybko Rosier. Za szybko, jakby już od dawna planował tę odpowiedź. – Szaleńcy, którzy nie chcieli uwierzyć w śmierć Voldemorta, głupcy, którzy planowali go pomścić i ci, którym po jego odejściu nic już nie pozostało… Walczyliśmy z tym przez lata.
– Tak, sir.
– Ale, panie Jenkins, czy wydaje się panu, że udałoby się ich wszystkich schwytać, tylko przeczesując teren?
– Nie, sir.
– Mieliśmy ludzi, panie Jenkins. Niemal cały naród był za nami. Gdy tylko ktoś pojawił się w Hogsmeade o nieodpowiedniej porze, w tej samej sekundzie o tym wiedzieliśmy, bo mieliśmy ludzi, Jenkins. Nikt nie mógł zrobić zakupów na Pokątnej bez naszej wiedzy, bo mieliśmy ludzi.
– Sir…
– Niech pan wierzy, że wszystko jest pod kontrolą. Pozwalam żyć pogłoskom i domysłom, ale słowo daję, pierwsza osoba, która zdradzi jakieś konkrety, poniesie surowe konsekwencje. Nikt nie ma podstaw, by uformować dokładny zarzut, poważne media nie zajmują się tą sprawą, bo nie mają najmniejszych dowodów. Zmierzam do tego, panie Jenkins, że tutaj, na obcym terenie, nikt nie wie nic o nas, ale my też niczego nie wiemy. Nie mam możliwości dotarcia do ludzi, więc pozwolę ludziom przyjść do mnie.
– To zadziała, sir?
Rosier uśmiechnął się samymi kącikami ust.
– Już działa. Pan nawet nie podejrzewa, ilu informatorów udało mi się pozyskać… i niestety, muszę przyznać, że większość to zwykli paranoicy, ale mogę pochwalić się też kilkoma perełkami. Jutro o…
Nagle urwał, wstał od biurka, otworzył jedną z szuflad i szybkim ruchem wydobył prostokątny kawałek papieru. Musnął powierzchnie kartki różdżką i bez słowa podał bilecik Potterowi.
Harry przyjął niespodziewany podarunek. Maleńkimi literami wypisano na nim: „Biały Miś, jutro, szósta wieczorem”.
– Pan wybaczy – powiedział Rosier dość suchym tonem, po czym dodał głośniej: – Wejdź, proszę, Druello.
Jakby na komendę drzwi gabinetu otworzyły się i do środka weszła wyraźnie zmieszana dziewczyna.
– Przepraszam, tatku, ale zapomniałam o swojej torebce – bąknęła – a nie chciałam przeszkadzać w rozmowie z panem…
– Jenkinsem – przyszedł z pomocą Harry. – To chyba wszystko na dzisiaj. Do widzenia, sir, dobrej nocy, panienko.
Wyszedł pospiesznie z gabinetu, zastanawiając się, jak bardzo musi napsocić Druella, by jej ojciec zdecydował się na odesłanie jej z powrotem do Anglii. Cóż, jeśli próba podsłuchania poufnej rozmowy nie wystarczy, to mogą spodziewać się sporych kłopotów.

*

– Coś jest stanowczo nie tak – oznajmiła Zośka Ranicka, krzyżując ręce na klatce piersiowej.
Ksiądz Koszula dopił herbatę i przyjrzał jej się z rezygnacją.
– Powiem ci, co jest nie tak. Jest środek nocy, a ty siedzisz tu już od dziesięciu minut.
Zośka zmarszczyła gniewnie nos i spojrzała gdzieś w bok. Odezwała się ponownie dopiero po dłuższej chwili.
– Ja naprawdę myślę, że on w coś się wpakował!
– Oczywiście, że tak – zgodził się z nią uprzejmie duchowny. – Przecież to Feliks Wołoszyn. Nie wiem tylko, czy to powód, by się zamartwiać.
– Ale proszę księdza, ksiądz widział się z nim w te święta? – zaprotestowała dziewczyna, po czym dodała ciszej: – Był jakiś taki… nie teges.
– Jak dla mnie nawet za bardzo teges.
– Ja mówię poważnie!
– Uwierz mi, że ja też!
Przez chwilę mierzyli się wzrokiem. W końcu Zośka wstała i zaczęła chodzić w kółko ze splecionymi z tyłu rękoma. Wyglądała jak mocno zdenerwowana tygrysica.
– Od świąt nie napisał ani razu. – Nie dała za wygraną. – A przecież on zawsze odpisywał na listy. Te cholerne ptaszyska raz zżarły mi chomika!
– Może po prostu jest czymś zajęty?
– Ksiądz nie rozumie, my mieliśmy obietnicę!
Szczepan Koszula przestał obracać kubek w dłoniach i spojrzał uważniej na dziewczynę.
– Obietnicę?
– Obietnicę – mruknęła Zośka, zaciskając dłonie w pięści. – I jestem pewna, że Feliks by jej nie złamał!
Ksiądz westchnął cicho.
– W porządku. Rozumiem. Zrobimy tak; ty pójdziesz spać, a ja dowiem się, co jest grane. Może być?
Po jej niezadowolonej minie Koszula zorientował się, że pewnie spodziewała się sprowadzenia Feliksa Wołoszyna do rodzinnego miasta w trybie przyspieszonym, ale Zosia w końcu skinęła głową.
Ksiądz zatem odprowadził ją do drzwi, chwilę wahał się pomiędzy puszczeniem dziewczyny samopas w czarną noc, a cieszeniu się wątpliwą przyjemnością towarzyszenia jej w drodze powrotnej i w końcu zdecydował się na wezwanie taksówki.
Zaraz po pozbyciu się Zosi miał zamiar udać się prosto do łóżka, ale coś go powstrzymało. Zamiast tego usiadł przy stole i jeszcze tej samej nocy napisał list, zaadresowany nie do Feliksa Wołoszyna, ale starego przyjaciela, jeszcze z czasów szkolnych.