Feliks uświadomił sobie, że
jeszcze nigdy nie czuł się tak potwornie zmęczony – a miał za sobą dopiero
drugi dzień egzaminów.
Poczuł rozpaczliwą potrzebę
wylania przed kimś swoich żalów i pierwszą osobą, o jakiej pomyślał, był
Gerhard, prawdopodobnie dlatego, że Niemiec należał do ścisłej czołówki
najmilszych osób w szkole.
Jak na złość, nie mógł go
znaleźć ani w żadnym z korytarzy…
…ani w Sali Butelkowej, w której
zazwyczaj przebywał o tej porze…
…ani w bibliotece…
…ani nigdzie.
To tajemnicze zniknięcie
Gerharda Ehrlichmanna natchnęło Feliksa do głębszej zadumy nad swoim germańskim
przyjacielem. W drodze do swojego pokoju po prostu dotarło do niego, że Gerd
zachowywał się dziwnie. Wiecznie gdzieś się spieszył, dużo rzadziej widywał się
ze swoimi znajomymi i sprawiał wrażenie, jakby… miał coś na sumieniu.
Feliks pokręcił głową.
Niemożliwe. Spisków i knowań mógłby się spodziewać po każdym, ale z całą
pewnością nie po Gerhardzie. Trudno było o większego pacyfistę i romantyka, a
poza tym… to przecież Gerd! Ten sam Gerd, który ponoć kiedyś rozpłakał się, gdy
jego ojciec spetryfikował erklinga na jego oczach. Gerd, który z racja
posiadania brata znajdującego się w ścisłej czołówce graczy quidditcha ma
zawsze zagwarantowane najlepsze miejsca na widowni, a jednak unika meczy jak
ognia, tylko po to, by nie zobaczyć, jak ktoś przypadkiem spada z miotły.
W konsekwencji Feliks poczuł się
winny, że w ogóle śmiał podejrzewać Ehrlichmanna o cokolwiek niedobrego, ale w
tej samej chwili natknął się na samego Gerda.
Niemiec właśnie schodził z
piętra przeznaczonego dla nauczycieli i na widok swojego przyjaciela zmieszał
się wyraźnie.
– A ty co? – zapytał Feliks, nim
Gerhard zdążył się przywitać, pomny tego, że bez istotnego powodu żaden uczeń
nie może przebywać na najwyższym piętrze.
– Ja? – Gerd obejrzał się, jakby
oczekiwał, że na schodach zobaczy kogoś jeszcze, po czym uśmiechnął się lekko.
– Och, po prostu… zwiedzam zamek.
Feliks chwilę mu się przyglądał.
– Aha – powiedział w końcu. – Bo
to w końcu nie jest tak, że mieszkasz tu cholerne jedenaście lat.
Młodzieniec najwyraźniej speszył
się jeszcze bardziej nieprzyjemną nutą w głosie Feliksa i sam Wołoszyn również
zdziwił się, że zareagował aż tak agresywnie.
– Wiesz, jak to mówią… życie
powinno być przygodą… tak? – odpowiedział Ehrlichmann, siląc się na pogodny
ton. – Kto wie, co może nas czekać za rogiem, prawda? Poza tym, zawsze chciałem
być odkrywcą i…
– Słowo daję, Gerd, jesteś
najgorszym kłamcą w historii – przerwał mu brutalnie Feliks, po czym westchnął
głęboko. – Słuchaj, sam dobrze wiesz, jaką mamy sytuację, a ty teraz stoisz
przede mną i łżesz w żywe oczy.
– Mein Gott, ale to zupełnie nie
tak…!
– Nie ufasz mi? Albo może ja nie
powinienem ufać tobie?
Feliks za późno zorientował się,
co właściwie powiedział. Spojrzenie Gerharda stało się chłodniejsze niż
kiedykolwiek wcześniej.
– Z tego co widzę, w ogóle mi
nie ufasz – powiedział tonem nad wyraz oficjalnym. – Do zobaczenia, Feliksie.
Wołoszyn został sam.
I dobrze. Przyjaciele albo mówią
sobie wszystko, albo nie mówią sobie nic, ale wtedy to przecież nie jest
przyjaźń. Poza tym, z Gerhardem nigdy nie był szczególnie blisko. Ot, taki
dziwak, który sobie ubzdurał, że zostanie poetą.
Z drugiej strony, pewnie nie
chodziło o nic poważnego. Najpewniej któryś nauczyciel poprosił go o pomoc w
jakiejś drażliwej sprawie i wymusił na nim obietnicę, by nie pisnął słówka na
ten temat. Wszystko to było zupełnie niepotrzebne i Feliks doskonale zdawał
sobie z tego sprawę.
Ale mimo wszystko… Gerhard
powinien się wytłumaczyć. Jeśli traktował Feliksa jako przyjaciela, powinien.
„Naprawdę muszę odpocząć”,
pomyślał, ruszając w dalszą drogę, „dlaczego to musi dziać się właśnie teraz?
Jakbym nie miał lepszych rzeczy do roboty…”
Za drzwiami czekał na niego
Ignacy z Emilią i Natalią z dziesiątej klasy. Siedzieli na ignasiowym łóżku, z
Emilką pośrodku, otoczeni niewielkim stosem prasy zarówno tej świeżej, jak
również cokolwiek przeterminowanej. Feliks zgadnął, że odrabiali narzucony im
przez Agnieszkę obowiązek, ale ich roześmiane miny wskazywały na to, że przy
tym dobrze się bawili.
– A tyś gdzie się zapodział? –
Ignacy uśmiechnął się do niego, najwyraźniej czując się w damskim towarzystwie
całkiem komfortowo. – Jeśli szukasz Niko, to znowu siedzi w bibliotece.
– Książę Hrabia raczy zauważyć,
że moje skromne życie nie kręci się wokół waszej lordowskiej mości i Niko –
mruknął Feliks, dalej rozeźlony po niedawnej sprzeczce z Gerhardem.
Emilia i Natalia spojrzały na
siebie z zaniepokojeniem. Na twarzy Ignacego wciąż jeszcze błądził uśmiech,
jakby słowa przyjaciela jeszcze do niego nie dotarły.
– Co powiedziałeś? – odezwał się
w końcu, wstając.
– Chyba skończyliśmy na dzisiaj,
prawda, Natalko? – wtrąciła szybko Emilka, łapiąc koleżankę za rękę. – Jutro
sprawdzimy resztę tych gazet…
Pociągnęła Natalię do wyjścia.
Zanim zamknęła drzwi, do chłopców dotarło zduszone: „to oni nie są
przyjaciółmi?” młodszej dziewczyny.
Na dźwięk tych słów, których nie
miał usłyszeć, Feliks się zmieszał. Ignacy stał dalej z rękoma skrzyżowanymi na
klatce piersiowej, jak gdyby oczekiwał wyjaśnień.
– Pokłóciłem się z Gerdem –
powiedział po chwili Feliks i usiadł na swoim łóżku. – I dlatego tak. Wcale nie
chciałem.
– Nie chodzi wcale o Gerda – odparł
zirytowanym tonem Twardowski. – Od czasu tej awantury w pociągu coraz trudniej
z tobą wytrzymać.
W pierwszym odruchu Wołoszyn
chciał zaprzeczyć, ale zmienił zdanie.
– Twoim zdaniem mam się cieszyć,
czy jak? – Poderwał się na równe nogi. – Całe życie mi wypominasz, że niczego
nie potrafię traktować poważnie, więc proszę, teraz jestem bardzo poważny!
Ignacy milczał. Feliks doskonale
wiedział, ile energii wkładał w to, by nie powiedzieć czegoś, czego może
później żałować.
– No dawaj, wyduś to z siebie –
wypalił Wołoszyn. – Że taka szlama jak ja to tylko kula u nogi.
W mgnieniu oka Twardowski stanął
tuż obok, zaciskając gniewnie pięści. I wydawał się większy niż kiedykolwiek
wcześniej.
– Nigdy nie nazwałem cię szlamą
– wycedził.
– A nie pomyślałeś tak?
– Cholera, Feliks, jeszcze się
nie zorientowałeś, że jedyna osoba, której przeszkadza to, że jesteś szlamą, to ty?!
Ich spojrzenia skrzyżowały się
na moment i Feliks nawet nie zdążył ukuć odpowiedzi, bowiem rozmowę przerwał
trzask zamkniętych z impetem drzwi.
Czuł, jak adrenalina dalej
buzuje w jego żyłach i nie znajdując żadnego ujścia dla swojej złości, wybiegł
na korytarz za Ignacym.
– Jak sobie chcesz! – zawołał. –
Jak mnie zaszlachtują w jakimś lesie, to nawet nie trudź się z przyjściem na
mój pogrzeb, BO I TAK CIĘ NIE ZAPROSZĘ!
Zatrzasnął drzwi. Klamka została
mu w dłoni.
– Doigrał się – wymamrotał. –
Śpi na kanapie.
Dopiero po chwili dotarło do
niego, co właściwie się stało. Przez moment stał w miejscu, wpatrując się
bezmyślnie w klamkę.
„Ja chyba ześwirowałem”,
pomyślał, obserwując swoje odbicie na mosiężnej powierzchni, „naprawdę
ześwirowałem”.
I był całkiem blisko prawdy.
*
Niko zamknął kolejną książkę i
westchnął cicho.
Czwarte Insygnium niemal na
pewno było tylko legendą. Jeśli jakiś potężny artefakt naprawdę odegrał tak
dużą rolę w wojnie ze Szwecją, musiały zachować się jakieś relacje. Ktoś
przecież stworzył ten przedmiot, ktoś zdecydował się na użycie go w polu bitwy.
Czegoś tak dużego nie dało się zatuszować.
Ale to było ponad trzysta lat
temu, w czasach, kiedy polskie dzieje próbowano spisywać od nowa, kiedy usilnie
starano się oddzielić to, co magiczne od tego, co mugolskie. Ukryto bądź
zniszczono tysiące dokumentów – kto wie, co kryło się na zaginionych kartach
historii?
W końcu Niko musiał uznać swoją
porażkę. Czwarte Insygnium albo nie istniało, albo Polacy całkowicie wyparli
się go ze swojego dziedzictwa. Gdyby tylko istniał jakiś inny sposób, by…
– „Stosunki polsko-szwedzkie”
Henryka Jackowskiego – podsunęła Agnieszka, kładąc przed nim kolejny stosik. –
„Skandynawskie metody wojowania na przestrzeni wieków” Wincentego Prusa i
„Potomkowie wikingów: historia szwedzkiego militaryzmu” Janiny Friedman.
Powodzenia.
Cóż, porażka nie wchodziła w grę
tak długo, jak jego osobistym aniołem stróżem pozostawała Agnieszka Piechówka. Uśmiechnął
się do niej słabo i sięgnął po pierwszą pozycję.
Nawet nie otworzył książki. Po
prostu wpatrywał się chwilę w tytuł, by przejrzeć okładki pozostałych
tomiszczy.
I w tej samej chwili miał już
rozwiązanie. Poderwał się tak raptownie, że uderzył kolanami w blat stołu.
– Co się stało?! – Agnieszka
niemal podskoczyła w miejscu, ale zorientowawszy się, że nikomu nie grozi
niebezpieczeństwo, zmarszczyła gniewnie brwi. – To biblioteka, nie wolno się
tak zachowywać.
– Wiem – odpowiedział Niko
zduszonym szeptem. – Po prostu jestem głupi. Niesamowicie głupi.
Agnieszka zrobiła niezadowoloną
minę.
– To wojna polsko-szwedzka.
SZWEDZKA, rozumiesz? – wyjaśnił Niko.
– Nie. – Sceptycyzm na twarzy
Agnieszki stał się aż nazbyt wyraźny.
– Później wszystko ci wytłumaczę
– obiecał. – Jeśli teraz niczego nie znajdę, to chyba nikt nie znajdzie!
Wypadł z biblioteki, czując się
tak, jakby kamień spadł mu z serca. Wprost nie mógł uwierzyć, że tajemnica
Czwartego Insygnium martwiła go od tak długiego czasu, podczas gdy rozwiązanie
było niemal na wyciągnięcie ręki.
Próbował opanować ogarniający go
entuzjazm, tłumacząc sobie, że dalej nie może być niczego pewien, ale coś
podpowiadało mu, że trafił na właściwy trop. I jeśli się nie mylił, to może
chociaż trochę uda się rozjaśnić całą tę sytuację…
Stanął w miejscu, ze zdziwieniem
obserwując Ignacego Twardowskiego, mknącego korytarzem z miną nad wyraz
skwaszoną.
– Hej! – zawołał, zatrzymując
go. – Co się stało?
Ignacy przez chwilę milczał, po
czym tylko pokręcił głową i ruszył dalej. Niko, po krótkim wahaniu, zdecydował
się pójść za nim.
Twardowski nawet nie pofatygował
się do szatni po okrycie wierzchnie. Po prostu wyszedł z zamku na styczniowy
mróz.
„Polacy”, pomyślał strapiony
Niko, zrównując krok z Ignacym.
– Muszę napisać do pani Korhonen
– powiedział w końcu Niko.
– Kogo? – zapytał z
roztargnieniem Ignacy. – Ach, ona. Skoro musisz, to pisz.
– Chodzi o Czwarte Insygnium.
Dopiero teraz Ignacy zatrzymał
się. Jego wzrok stał się trochę przytomniejszy – spojrzał w dół i jakby dopiero
teraz uświadomił sobie, że śnieżna pokrywa sięga mu do połowy łydek.
– Na pewno ma na składzie jakieś
szwedzkie kroniki z czasów drugiej wojny północnej… i jeśli Insygnium istniało,
ktoś musiał o nim wspomnieć. Jeśli nie po tej, to po tamtej stronie.
– Myślisz, że nam to
przetłumaczy?
– Nie będzie potrzeby. Jag vet lite svenska. – Widząc zdziwioną
minę Ignacego, Niko uśmiechnął się lekko. – Tata do końca wahał się pomiędzy
Łukowcem a Durmstrangiem, więc musiałem uczyć się też szwedzkiego. Ale teraz
może mi powiesz, co my tu właściwie robimy? Jest zimno.
– Musiałem ochłonąć – wymamrotał
Ignacy, nim zawrócił w stronę zamku.
– Chodzi o Feliksa? – zgadł
Niko, idąc za Twardowskim.
– Mhm.
– Mocno to przeżywa, więc nie
wściekaj się na niego, jeśli coś przeskrobie.
– Nie wście… – zaczął Ignacy
trochę głośniej, niż zamierzał, więc urwał i po krótkiej chwili podjął na
nowo: – Nie wściekam się.
– To dlacze…
– Później o tym porozmawiamy –
przerwał mu Ignacy, po czym westchnął. – Obiecuję, że jeszcze do tego wrócimy.
Ale później.
Niko pokiwał głową.
Istotnie, Ignacy Twardowski nie
gniewał się na swojego przyjaciela. Zaczął się martwić i to było chyba jeszcze
gorsze.
*
„Biały Miś” wywarł na Harrym
raczej pozytywne wrażenie. Pomimo surowego wnętrza wystrój skojarzył mu się z
„Trzema Miotłami” i przez krótką chwilę czuł się jak dzieciak, który wymknął
się do Hogsmeade na łyk kremowego piwa.
Spojrzał na zegarek – do
osiemnastej zostało jeszcze kilka minut. Nie miał pojęcia, z kim i po co miał
się spotkać, więc uznał, że najlepiej będzie po prostu poczekać. Zajął miejsce
przy wolnym stoliku w kącie i przypomniał sobie o tym, co powiedział mu Ron.
Oczywiście, rozmowę z Rosierem
musiał przedyskutować ze swoim najlepszym przyjacielem. I razem dotarli do wniosku,
że coś tu naprawdę śmierdzi.
Po pierwsze, znali metody
Rosiera. Tak długo, jak to było możliwe, lubił działać bezpośrednio,
korzystając ze wszystkich dobrodziejstw, jakie zapewniała odznaka aurora –
zabawa z nadzorowanie brytyjskich aurorów, których oficjalnie nie ma, jako
zastępca szefa Biura Aurorów, którym oficjalnie już nie jest, zdecydowanie nie leżała
w jego stylu.
Po drugie, dalej mieli spore
wątpliwości, komu bardziej zależy na tym, by Rochowicz nie został premierem –
Brytyjczykom czy przedstawicielom partii rządzącej? Nawet jeśli ten mężczyzna
jest naprawdę niebezpieczny, nie usprawiedliwiało to okłamywania obywateli.
Po trzecie, czego właściwie od
nich oczekiwali? Harry miał doświadczenie w zwalczaniu czarnoksiężników, ale
słabo znał się na bieganiu po lesie w nadziei na natknięcie się na jakiegoś
złego czarodzieja, który przypadkiem odpowiada za ostatnie morderstwa.
Z drugiej strony, od przyjazdu
do Polski nie widział ani jednego przedstawiciela polskich służb porządkowych,
pomimo rzekomej międzynarodowej współpracy. Słyszał, że Polacy cierpią na braki
w kadrach. Ponoć masa ludzi odeszła. Rosier nazywał tutejszych aurorów
niekompetentnymi, ale Harry nie wierzył, że w tym leżał problem. Chodziło o
przeciwnika.
„Przeciwników”, poprawił się w
myślach Potter. Ci z polskiej magopolicji twierdzili, że choć morderstwa są ze
sobą powiązane, nie dokonała ich jedna osoba.
Wtedy, po godzinie rozważań i
snuciu hipotez, Ron powiedział coś, za co Harry był mu naprawdę wdzięczny.
– Wiesz, jaki mamy problem? –
Miał zmarszczone od dumania czoło. – Kiedy trwała wojna, czego byśmy nie
zrobili, byliśmy w centrum wydarzeń, a wielcy podejrzani faceci obiecywali nam
pomoc, a tak naprawdę niczego nie rozumieli. A teraz my jesteśmy tymi podejrzanymi
facetami, Harry. Po prostu stoimy po złej stronie.
Prawda jak szlag, Weasley.
Harry zerknął na zegarek. Minuta
po szóstej. Rozejrzał się niecierpliwie po wnętrzu – Rosier z całą pewnością
podał mu tyle informacji, ile trzeba, więc osoba, z którą się miał spotkać,
musiała wiedzieć, jak go rozpoznać.
Chwilę później przed stolikiem
pojawił się jakiś dygoczący młodzieniec. Miał ciemne, zmierzwione włosy,
przekrzywione na nosie okulary i naprawdę nietrudno było zgadnąć, że biegł w
drodze do knajpy.
– P-pan Jenkins? – wyjąkał,
dysząc ciężko.
– Usiądź – zaproponował Harry. –
I uspokój się trochę. Chcesz się czegoś napić?
Pokręcił głową, opadł ciężko na
krzesło i chwilę milczał, próbując wyrównać oddech.
– Dobrze – odezwał się w końcu. –
Teraz niech pan słucha uważnie, bo później nie powtórzę tego ani panu, ani
komukolwiek innemu.