środa, 7 sierpnia 2013

18. Poliglota znowu tryumfuje


Feliks uświadomił sobie, że jeszcze nigdy nie czuł się tak potwornie zmęczony – a miał za sobą dopiero drugi dzień egzaminów.
Poczuł rozpaczliwą potrzebę wylania przed kimś swoich żalów i pierwszą osobą, o jakiej pomyślał, był Gerhard, prawdopodobnie dlatego, że Niemiec należał do ścisłej czołówki najmilszych osób w szkole.
Jak na złość, nie mógł go znaleźć ani w żadnym z korytarzy…
…ani w Sali Butelkowej, w której zazwyczaj przebywał o tej porze…
…ani w bibliotece…
…ani nigdzie.

To tajemnicze zniknięcie Gerharda Ehrlichmanna natchnęło Feliksa do głębszej zadumy nad swoim germańskim przyjacielem. W drodze do swojego pokoju po prostu dotarło do niego, że Gerd zachowywał się dziwnie. Wiecznie gdzieś się spieszył, dużo rzadziej widywał się ze swoimi znajomymi i sprawiał wrażenie, jakby… miał coś na sumieniu.
Feliks pokręcił głową. Niemożliwe. Spisków i knowań mógłby się spodziewać po każdym, ale z całą pewnością nie po Gerhardzie. Trudno było o większego pacyfistę i romantyka, a poza tym… to przecież Gerd! Ten sam Gerd, który ponoć kiedyś rozpłakał się, gdy jego ojciec spetryfikował erklinga na jego oczach. Gerd, który z racja posiadania brata znajdującego się w ścisłej czołówce graczy quidditcha ma zawsze zagwarantowane najlepsze miejsca na widowni, a jednak unika meczy jak ognia, tylko po to, by nie zobaczyć, jak ktoś przypadkiem spada z miotły.
W konsekwencji Feliks poczuł się winny, że w ogóle śmiał podejrzewać Ehrlichmanna o cokolwiek niedobrego, ale w tej samej chwili natknął się na samego Gerda.
Niemiec właśnie schodził z piętra przeznaczonego dla nauczycieli i na widok swojego przyjaciela zmieszał się wyraźnie.
– A ty co? – zapytał Feliks, nim Gerhard zdążył się przywitać, pomny tego, że bez istotnego powodu żaden uczeń nie może przebywać na najwyższym piętrze.
– Ja? – Gerd obejrzał się, jakby oczekiwał, że na schodach zobaczy kogoś jeszcze, po czym uśmiechnął się lekko. – Och, po prostu… zwiedzam zamek.
Feliks chwilę mu się przyglądał.
– Aha – powiedział w końcu. – Bo to w końcu nie jest tak, że mieszkasz tu cholerne jedenaście lat.
Młodzieniec najwyraźniej speszył się jeszcze bardziej nieprzyjemną nutą w głosie Feliksa i sam Wołoszyn również zdziwił się, że zareagował aż tak agresywnie.
– Wiesz, jak to mówią… życie powinno być przygodą… tak? – odpowiedział Ehrlichmann, siląc się na pogodny ton. – Kto wie, co może nas czekać za rogiem, prawda? Poza tym, zawsze chciałem być odkrywcą i…
– Słowo daję, Gerd, jesteś najgorszym kłamcą w historii – przerwał mu brutalnie Feliks, po czym westchnął głęboko. – Słuchaj, sam dobrze wiesz, jaką mamy sytuację, a ty teraz stoisz przede mną i łżesz w żywe oczy.
– Mein Gott, ale to zupełnie nie tak…!
– Nie ufasz mi? Albo może ja nie powinienem ufać tobie?
Feliks za późno zorientował się, co właściwie powiedział. Spojrzenie Gerharda stało się chłodniejsze niż kiedykolwiek wcześniej.
– Z tego co widzę, w ogóle mi nie ufasz – powiedział tonem nad wyraz oficjalnym. – Do zobaczenia, Feliksie.
Wołoszyn został sam.
I dobrze. Przyjaciele albo mówią sobie wszystko, albo nie mówią sobie nic, ale wtedy to przecież nie jest przyjaźń. Poza tym, z Gerhardem nigdy nie był szczególnie blisko. Ot, taki dziwak, który sobie ubzdurał, że zostanie poetą.
Z drugiej strony, pewnie nie chodziło o nic poważnego. Najpewniej któryś nauczyciel poprosił go o pomoc w jakiejś drażliwej sprawie i wymusił na nim obietnicę, by nie pisnął słówka na ten temat. Wszystko to było zupełnie niepotrzebne i Feliks doskonale zdawał sobie z tego sprawę. 
Ale mimo wszystko… Gerhard powinien się wytłumaczyć. Jeśli traktował Feliksa jako przyjaciela, powinien.
„Naprawdę muszę odpocząć”, pomyślał, ruszając w dalszą drogę, „dlaczego to musi dziać się właśnie teraz? Jakbym nie miał lepszych rzeczy do roboty…”
Za drzwiami czekał na niego Ignacy z Emilią i Natalią z dziesiątej klasy. Siedzieli na ignasiowym łóżku, z Emilką pośrodku, otoczeni niewielkim stosem prasy zarówno tej świeżej, jak również cokolwiek przeterminowanej. Feliks zgadnął, że odrabiali narzucony im przez Agnieszkę obowiązek, ale ich roześmiane miny wskazywały na to, że przy tym dobrze się bawili.
– A tyś gdzie się zapodział? – Ignacy uśmiechnął się do niego, najwyraźniej czując się w damskim towarzystwie całkiem komfortowo. – Jeśli szukasz Niko, to znowu siedzi w bibliotece.
– Książę Hrabia raczy zauważyć, że moje skromne życie nie kręci się wokół waszej lordowskiej mości i Niko – mruknął Feliks, dalej rozeźlony po niedawnej sprzeczce z Gerhardem.
Emilia i Natalia spojrzały na siebie z zaniepokojeniem. Na twarzy Ignacego wciąż jeszcze błądził uśmiech, jakby słowa przyjaciela jeszcze do niego nie dotarły.
– Co powiedziałeś? – odezwał się w końcu, wstając.
– Chyba skończyliśmy na dzisiaj, prawda, Natalko? – wtrąciła szybko Emilka, łapiąc koleżankę za rękę. – Jutro sprawdzimy resztę tych gazet…
Pociągnęła Natalię do wyjścia. Zanim zamknęła drzwi, do chłopców dotarło zduszone: „to oni nie są przyjaciółmi?” młodszej dziewczyny.
Na dźwięk tych słów, których nie miał usłyszeć, Feliks się zmieszał. Ignacy stał dalej z rękoma skrzyżowanymi na klatce piersiowej, jak gdyby oczekiwał wyjaśnień.
– Pokłóciłem się z Gerdem – powiedział po chwili Feliks i usiadł na swoim łóżku. – I dlatego tak. Wcale nie chciałem.
– Nie chodzi wcale o Gerda – odparł zirytowanym tonem Twardowski. – Od czasu tej awantury w pociągu coraz trudniej z tobą wytrzymać.
W pierwszym odruchu Wołoszyn chciał zaprzeczyć, ale zmienił zdanie.
– Twoim zdaniem mam się cieszyć, czy jak? – Poderwał się na równe nogi. – Całe życie mi wypominasz, że niczego nie potrafię traktować poważnie, więc proszę, teraz jestem bardzo poważny!
Ignacy milczał. Feliks doskonale wiedział, ile energii wkładał w to, by nie powiedzieć czegoś, czego może później żałować.
– No dawaj, wyduś to z siebie – wypalił Wołoszyn. – Że taka szlama jak ja to tylko kula u nogi.
W mgnieniu oka Twardowski stanął tuż obok, zaciskając gniewnie pięści. I wydawał się większy niż kiedykolwiek wcześniej.
– Nigdy nie nazwałem cię szlamą – wycedził.
– A nie pomyślałeś tak?
– Cholera, Feliks, jeszcze się nie zorientowałeś, że jedyna osoba, której przeszkadza to, że jesteś szlamą, to ty?!
Ich spojrzenia skrzyżowały się na moment i Feliks nawet nie zdążył ukuć odpowiedzi, bowiem rozmowę przerwał trzask zamkniętych z impetem drzwi.
Czuł, jak adrenalina dalej buzuje w jego żyłach i nie znajdując żadnego ujścia dla swojej złości, wybiegł na korytarz za Ignacym.
– Jak sobie chcesz! – zawołał. – Jak mnie zaszlachtują w jakimś lesie, to nawet nie trudź się z przyjściem na mój pogrzeb, BO I TAK CIĘ NIE ZAPROSZĘ!
Zatrzasnął drzwi. Klamka została mu w dłoni.
– Doigrał się – wymamrotał. – Śpi na kanapie.
Dopiero po chwili dotarło do niego, co właściwie się stało. Przez moment stał w miejscu, wpatrując się bezmyślnie w klamkę.
„Ja chyba ześwirowałem”, pomyślał, obserwując swoje odbicie na mosiężnej powierzchni, „naprawdę ześwirowałem”. 
I był całkiem blisko prawdy.

*

Niko zamknął kolejną książkę i westchnął cicho.
Czwarte Insygnium niemal na pewno było tylko legendą. Jeśli jakiś potężny artefakt naprawdę odegrał tak dużą rolę w wojnie ze Szwecją, musiały zachować się jakieś relacje. Ktoś przecież stworzył ten przedmiot, ktoś zdecydował się na użycie go w polu bitwy. Czegoś tak dużego nie dało się zatuszować.
Ale to było ponad trzysta lat temu, w czasach, kiedy polskie dzieje próbowano spisywać od nowa, kiedy usilnie starano się oddzielić to, co magiczne od tego, co mugolskie. Ukryto bądź zniszczono tysiące dokumentów – kto wie, co kryło się na zaginionych kartach historii?
W końcu Niko musiał uznać swoją porażkę. Czwarte Insygnium albo nie istniało, albo Polacy całkowicie wyparli się go ze swojego dziedzictwa. Gdyby tylko istniał jakiś inny sposób, by…
– „Stosunki polsko-szwedzkie” Henryka Jackowskiego – podsunęła Agnieszka, kładąc przed nim kolejny stosik. – „Skandynawskie metody wojowania na przestrzeni wieków” Wincentego Prusa i „Potomkowie wikingów: historia szwedzkiego militaryzmu” Janiny Friedman. Powodzenia.
Cóż, porażka nie wchodziła w grę tak długo, jak jego osobistym aniołem stróżem pozostawała Agnieszka Piechówka. Uśmiechnął się do niej słabo i sięgnął po pierwszą pozycję.
Nawet nie otworzył książki. Po prostu wpatrywał się chwilę w tytuł, by przejrzeć okładki pozostałych tomiszczy.
I w tej samej chwili miał już rozwiązanie. Poderwał się tak raptownie, że uderzył kolanami w blat stołu.
– Co się stało?! – Agnieszka niemal podskoczyła w miejscu, ale zorientowawszy się, że nikomu nie grozi niebezpieczeństwo, zmarszczyła gniewnie brwi. – To biblioteka, nie wolno się tak zachowywać.
– Wiem – odpowiedział Niko zduszonym szeptem. – Po prostu jestem głupi. Niesamowicie głupi.
Agnieszka zrobiła niezadowoloną minę.
– To wojna polsko-szwedzka. SZWEDZKA, rozumiesz? – wyjaśnił Niko.
– Nie. – Sceptycyzm na twarzy Agnieszki stał się aż nazbyt wyraźny.
– Później wszystko ci wytłumaczę – obiecał. – Jeśli teraz niczego nie znajdę, to chyba nikt nie znajdzie!
Wypadł z biblioteki, czując się tak, jakby kamień spadł mu z serca. Wprost nie mógł uwierzyć, że tajemnica Czwartego Insygnium martwiła go od tak długiego czasu, podczas gdy rozwiązanie było niemal na wyciągnięcie ręki.
Próbował opanować ogarniający go entuzjazm, tłumacząc sobie, że dalej nie może być niczego pewien, ale coś podpowiadało mu, że trafił na właściwy trop. I jeśli się nie mylił, to może chociaż trochę uda się rozjaśnić całą tę sytuację…
Stanął w miejscu, ze zdziwieniem obserwując Ignacego Twardowskiego, mknącego korytarzem z miną nad wyraz skwaszoną.
– Hej! – zawołał, zatrzymując go. – Co się stało?
Ignacy przez chwilę milczał, po czym tylko pokręcił głową i ruszył dalej. Niko, po krótkim wahaniu, zdecydował się pójść za nim.
Twardowski nawet nie pofatygował się do szatni po okrycie wierzchnie. Po prostu wyszedł z zamku na styczniowy mróz.
„Polacy”, pomyślał strapiony Niko, zrównując krok z Ignacym.
– Muszę napisać do pani Korhonen – powiedział w końcu Niko.
– Kogo? – zapytał z roztargnieniem Ignacy. – Ach, ona. Skoro musisz, to pisz.
– Chodzi o Czwarte Insygnium.
Dopiero teraz Ignacy zatrzymał się. Jego wzrok stał się trochę przytomniejszy – spojrzał w dół i jakby dopiero teraz uświadomił sobie, że śnieżna pokrywa sięga mu do połowy łydek.
– Na pewno ma na składzie jakieś szwedzkie kroniki z czasów drugiej wojny północnej… i jeśli Insygnium istniało, ktoś musiał o nim wspomnieć. Jeśli nie po tej, to po tamtej stronie.
– Myślisz, że nam to przetłumaczy?
– Nie będzie potrzeby. Jag vet lite svenska. – Widząc zdziwioną minę Ignacego, Niko uśmiechnął się lekko. – Tata do końca wahał się pomiędzy Łukowcem a Durmstrangiem, więc musiałem uczyć się też szwedzkiego. Ale teraz może mi powiesz, co my tu właściwie robimy? Jest zimno.
– Musiałem ochłonąć – wymamrotał Ignacy, nim zawrócił w stronę zamku.
– Chodzi o Feliksa? – zgadł Niko, idąc za Twardowskim.
– Mhm.
– Mocno to przeżywa, więc nie wściekaj się na niego, jeśli coś przeskrobie.
– Nie wście… – zaczął Ignacy trochę głośniej, niż zamierzał, więc urwał i po krótkiej chwili podjął na nowo:  – Nie wściekam się.
– To dlacze…
– Później o tym porozmawiamy – przerwał mu Ignacy, po czym westchnął. – Obiecuję, że jeszcze do tego wrócimy. Ale później.
Niko pokiwał głową.
Istotnie, Ignacy Twardowski nie gniewał się na swojego przyjaciela. Zaczął się martwić i to było chyba jeszcze gorsze.

*

„Biały Miś” wywarł na Harrym raczej pozytywne wrażenie. Pomimo surowego wnętrza wystrój skojarzył mu się z „Trzema Miotłami” i przez krótką chwilę czuł się jak dzieciak, który wymknął się do Hogsmeade na łyk kremowego piwa.
Spojrzał na zegarek – do osiemnastej zostało jeszcze kilka minut. Nie miał pojęcia, z kim i po co miał się spotkać, więc uznał, że najlepiej będzie po prostu poczekać. Zajął miejsce przy wolnym stoliku w kącie i przypomniał sobie o tym, co powiedział mu Ron.
Oczywiście, rozmowę z Rosierem musiał przedyskutować ze swoim najlepszym przyjacielem. I razem dotarli do wniosku, że coś tu naprawdę śmierdzi.
Po pierwsze, znali metody Rosiera. Tak długo, jak to było możliwe, lubił działać bezpośrednio, korzystając ze wszystkich dobrodziejstw, jakie zapewniała odznaka aurora – zabawa z nadzorowanie brytyjskich aurorów, których oficjalnie nie ma, jako zastępca szefa Biura Aurorów, którym oficjalnie już nie jest, zdecydowanie nie leżała w jego stylu.
Po drugie, dalej mieli spore wątpliwości, komu bardziej zależy na tym, by Rochowicz nie został premierem – Brytyjczykom czy przedstawicielom partii rządzącej? Nawet jeśli ten mężczyzna jest naprawdę niebezpieczny, nie usprawiedliwiało to okłamywania obywateli.
Po trzecie, czego właściwie od nich oczekiwali? Harry miał doświadczenie w zwalczaniu czarnoksiężników, ale słabo znał się na bieganiu po lesie w nadziei na natknięcie się na jakiegoś złego czarodzieja, który przypadkiem odpowiada za ostatnie morderstwa.  
Z drugiej strony, od przyjazdu do Polski nie widział ani jednego przedstawiciela polskich służb porządkowych, pomimo rzekomej międzynarodowej współpracy. Słyszał, że Polacy cierpią na braki w kadrach. Ponoć masa ludzi odeszła. Rosier nazywał tutejszych aurorów niekompetentnymi, ale Harry nie wierzył, że w tym leżał problem. Chodziło o przeciwnika.
„Przeciwników”, poprawił się w myślach Potter. Ci z polskiej magopolicji twierdzili, że choć morderstwa są ze sobą powiązane, nie dokonała ich jedna osoba.  
Wtedy, po godzinie rozważań i snuciu hipotez, Ron powiedział coś, za co Harry był mu naprawdę wdzięczny.
– Wiesz, jaki mamy problem? – Miał zmarszczone od dumania czoło. – Kiedy trwała wojna, czego byśmy nie zrobili, byliśmy w centrum wydarzeń, a wielcy podejrzani faceci obiecywali nam pomoc, a tak naprawdę niczego nie rozumieli. A teraz my jesteśmy tymi podejrzanymi facetami, Harry. Po prostu stoimy po złej stronie.
Prawda jak szlag, Weasley.
Harry zerknął na zegarek. Minuta po szóstej. Rozejrzał się niecierpliwie po wnętrzu – Rosier z całą pewnością podał mu tyle informacji, ile trzeba, więc osoba, z którą się miał spotkać, musiała wiedzieć, jak go rozpoznać.
Chwilę później przed stolikiem pojawił się jakiś dygoczący młodzieniec. Miał ciemne, zmierzwione włosy, przekrzywione na nosie okulary i naprawdę nietrudno było zgadnąć, że biegł w drodze do knajpy.
– P-pan Jenkins? – wyjąkał, dysząc ciężko.
– Usiądź – zaproponował Harry. – I uspokój się trochę. Chcesz się czegoś napić?
Pokręcił głową, opadł ciężko na krzesło i chwilę milczał, próbując wyrównać oddech.
– Dobrze – odezwał się w końcu. – Teraz niech pan słucha uważnie, bo później nie powtórzę tego ani panu, ani komukolwiek innemu.