środa, 28 sierpnia 2013

19. Z kim przyjaźni się ksiądz Koszula?


Ci, którzy przeżyli wtorkowe zmagania z matematyką, czaroznawstwem i technologią magiczną, mogli śmiało stwierdzić, że najgorsze mieli już za sobą. Środa niosła za sobą egzaminy z zajęć typowo humanistycznych (a co za to idzie, przez uczniów w większej części lekceważone).
Uczniowie z niejaką ulgą przywitali na teście z Literatury i Językoznawstwa „Sto dni bez maga Gerwazego”, lekturę charakteryzującą się największych poziomem akceptowalności i bez większego rozżalenia opuścili salę egzaminacyjną.
Wśród wszystkich jedenastoklasistów to jednak Feliks Wołoszyn wyróżniał się najbardziej ponurym humorem.
Myślał sobie o Gerdzie i o Ignacym i cieszył się, że przynajmniej nie pokłócił się z Niko, bo miał chociaż z kim pogadać. A potem przypomniał sobie, że gdy tylko skończy się koszmar egzaminów próbnych, będą musieli odrobić szlaban zadany przez dyrektora i to wcale nie poprawiło mu humoru.
Siedział sobie na parapecie, rozmawiając z Niko i udając, że wszystko jest w porządku, a Niko udawał, że mu wierzy. I to też był jakiś sposób na spędzenie dzisiejszego dnia. Sprawdzał się przynajmniej do czasu, aż niejaka Catherine de La Fère postanowiła im przeszkodzić. Wyglądała na naprawdę załamaną.
– Horreur! – jęknęła z utrapieniem. – ‘iba źli napisałam to trudni słowę…
– Gwóźdź? – zgadł Feliks.
– Szczelina? – spróbował Niko.
– Krzaczyny?
Cath wyciągnęła z kieszeni chusteczkę i chlipnęła w materiał.
– Je savais!To się w końcu zemści! Mogłam iść do ‘Ogwart, je suispauvre, mogłam zrobić, jak ma mère mi kazali!
Feliks, który rozumiał koleżankę z dalekiej Francji trochę gorzej niż zwykle, zapewne przez jej jęki i posiorbywanie nosem, wydedukował, że dziewczyna zwątpiła w możliwość pokonania bariery językowej.
– Daj spokój, Cath – pocieszył ją Feliks. – Do tych prawdziwych egzaminów zostało jeszcze sporo czasu, nauczysz się.
Ale Francuzka chyba mu nie uwierzyła, ponieważ do końca dnia wydawała się mocno przygnębiona. Olaf Puszczyk obserwował próby Feliksa w rozbawieniu jej i czort jeden wie, co sobie wtedy myślał.
Ignacy natomiast większość dnia spędził z Emilią, wiedząc, że najprościej byłoby po prostu przeczekać zły humor przyjaciela. Sam nie uważał, by miał za co przepraszać i nie oczekiwał przeprosin od Feliksa, więc zdecydował, że powinien dać mu trochę czasu, aż ochłonie.
I wtedy uświadomił sobie, że gdyby nie kłótnia między nim a Wołoszynem, to nawet nie pomyślałby, żeby poświęcić trochę czasu Emilce i skłoniło go to do głębszej zadumy. W końcu doszedł do wniosku, że to wszystko przez nerwową atmosferę, bo jakżeby mogło chodzić o coś innego?
Na chwilę przed rozpoczęciem testów z historii zauważył, że Izydor Soboń – który, mógłby przysiąc, jeszcze na początku przerwy czekał z resztą uczniów na korytarzu – gdzieś się zawieruszył. Pojawił się dopiero, gdy otwarto drzwi i zaczęto wpuszczać egzaminowanych do sali; wyglądał okropnie. Blady i zdyszany, wydukał kilka pokrętnych słów tłumaczenia nauczycielom i pospiesznie zajął wylosowane miejsce.
Ignacemu wydawało się to cokolwiek podejrzane – obejrzał się, szukając wzrokiem Niko, jakby chciał się upewnić, czy ma rację.
Ale Niko nie zwrócił na to uwagi. Ssał końcówkę pióra, w zadumie kontemplując sufit. Twardowski nie mógł odmówić przyjacielowi inteligencji, ale w chwilach zamyślenia ten bywał naprawdę fatalnym obserwatorem.
Samuel Więckowski nie wydawał się poruszony zachowaniem Izydora – siedział ze splecionymi pod podbródkiem palcami, z miną wyrażającą zadowolenie.
Nawet gdy przed uczniami pojawiły się już arkusze, Ignacy nie mógł się powstrzymać przed zerkaniem na Sobonia. Izydor nie był złym uczniem – zawsze przykładał dużą wagę do zdobywanych stopni – ale tym razem nic nie wskazywało na to, by przejmował się próbnymi egzaminami. Wręcz przeciwnie, przerzucał niedbale kolejne strony, czasami kreślił kilka szybkich zdań w polu odpowiedzi, co jakiś czas pocierał dłonią czoło, jakby cierpiał na ból głowy.
„Skoro jest chory, dlaczego nie pójdzie do gabinetu pielęgniarki?”, zastanowił się Ignacy. Wtedy Irek zostałby zwolniony z egzaminów i nie musiał przecierpieć hańby, jaką niosło za sobą oblanie testów.
Twardowski nie mógł jednak zastanawiać się dłużej nad tym problemem, bo jeden z goblinów, uwiecznionych na rycinie pod zadaniem siódmym, zaczął płoszyć generalskie konie, więc Ignacy musiał się pospieszyć z identyfikacją dowódców i wpisać w odpowiednie miejsce ich nazwiska.
Kiedy minął minimalny czas przeznaczony na rozwiązywanie zadań, Izydor zerwał się z krzesła, oddał swój arkusz i pospiesznie wyszedł z sali. Jako drugi pomieszczenie opuścił Vladimir Cagašik, ale na to Ignacy już nie zwrócił uwagi.
Po zakończeniu egzaminu Twardowski chciał porozmawiać z Niko, ale gdy tylko Fin wyszedł na korytarz, został zatrzymany przez Agnieszkę Piechówkę („Wiedziałeś, że chodzi o Joakima Trójnogiego? Dobrze, dobrze… Jak mogłeś nie znać daty wybuchu trzeciej wojny atlantyckiej, przecież to elementarne!”). Ignacy westchnął, nie chcąc być tym, który miałby wejść w drogę Agnieszce, i stanął obok okna.
A więc tak – najpierw Izydor spotyka się z Samuelem w lombardzie tego wampira, później Feliks przyłapuje go na próbie włamania do lochów, a na koniec zwija się na ławce, nieudolnie próbując napisać kilka zdań. Teraz zadaniem Ignacego jest znalezienie jakiejś logicznej ciągłości pomiędzy tymi wydarzeniami. Nic prostszego.
Przez okno widział pokryte pokrywą śnieżną drzewa i pomyślał, że nie cierpi zimy. Szczerze i mocno. Miał irracjonalne wrażenie, że gdy tylko przyjdzie wiosna, wszystko wróci do normy.
Spojrzał przelotnie na zegarek – przerwa przed egzaminem z języka obcego miała trwać godzinę. To dobrze, powinien zdążyć.
Nie czekając, aż Niko wyrwie się ze szponów Agnieszki, ruszył szybko korytarzem.

*

Siostra Estera była na skraju załamania nerwowego.
Najpierw dwa razy w ciągu tego samego miesiąca musiała znosić obecność Feliksa Wołoszyna – za pierwszym razem koniecznie chciał z księdzem porozmawiać, za drugim (Estera była tego pewna!) przyszedł tylko po to, by odebrać od duchownego jakiś patyk. Zakonnica bała się tego chłopaka jak diabła i wcale się tego nie wstydziła; za każdym razem, gdy się pojawiał, działo się coś dziwnego. Co prawda, odkąd uczęszczał do tego… ośrodka, trochę się ustabilizował, ale Estera dalej pamiętała wszystkie wybryki chłopca. Raz w klasie od religii zauważyła ślady stóp na suficie i naprawdę nie chciała wiedzieć, jak Feliks tego dokonał.
Ale teraz, mimo że młodzieniec wyjechał, jego obecność dalej BYŁA wyczuwalna. Raz zauważyła, gdy do okna księdza Koszuli puka ogromna sowa i od tej pory Szczepan rzadko bywał na plebanii. Na dywanie przed kominkiem znalazła odciski butów, zupełnie tak, jak gdyby ktoś wyszedł prosto z paleniska. Nie potrafiła tego zrozumieć, ale wiedziała, och, po prostu wiedziała, że stoi za tym Feliks Wołoszyn.
Któregoś dnia przed bramą zauważyła dziwnego mężczyznę. Był całkiem łysy, choć jeszcze nie całkiem stary, pomimo chmur zasłaniających niebo założył przeciwsłoneczne okulary. Jedno spojrzenie na jego skórzaną kurtkę pozwoliło Esterze wydedukować, że najwyraźniej ma do czynienia z jakimś groźnym bandziorem. Przyzwoici ludzie tak nie wyglądali. Przyzwoici ludzie nie nasyłali na niewinne osoby sów i przestępców.
Nie zdążyła jednak podjąć decyzji o zadzwonieniu na policję, bo oto ulicą nadszedł ksiądz Koszula. Przywitał się z nieznajomym przyjaźnie i zaprosił go na plebanię. Siostra Estera wybiegła na dziedziniec, nie wiedząc, co ma o tym myśleć.
– To mój znajomy ze szkoły – przedstawił owego bandytę Koszula, a rzekomy kolega księdza uśmiechnął się, ukazując kilka srebrnych zębów, i podał jej rękę. Zakonnica uścisnęła jego dłoń z wyraźną obawą i uciekła jak najszybciej.
„Wytłumaczenie jest jedno”, myślała, zamykając się w swoim pokoju, „ten nieznośny dzieciak należy do mafii i nasłał na księdza swoich drabów.”
Teraz pozostawało tylko dowiedzieć się, co z tym wszystkim mają wspólnego sowy.

*

– Słyszałem, że zrezygnowałeś z pracy – odezwał się ksiądz Koszula znad kubka herbaty.
Pytanie odniosło spodziewany efekt. Jego rozmówca zamarł na moment, po czym niemrawo zanurzył łyżeczkę w cukiernicy.
– Taaak… – odpowiedział wymijająco. – Jakby nie patrzeć, nie robię się młodszy, co? I tak sobie pomyślałem, Ania niedługo skończy siedem lat, a ja w domu jestem od święta… zresztą, co ci będę, Szczepku, tłumaczył, sam nie masz rodziny, to nie wiesz.
– Nie wystarczyłoby przestać brać nadgodziny jak głupi? – zauważył duchowny, po czym uśmiechnął się cierpko. – Ale nie wydaje mi się, żeby Daniel Wieczorek czy Małgorzata Polanowska mieli dzieci, a, dziwnym trafem, odeszli w tym samym czasie.
Rafał Wilczyński, eksauror, przez krótką chwilę przyglądał się Koszuli z nieukrywaną niechęcią, po czym wstał nagle i przeszedł kilka kroków ku wyjściu.
– Wiedziałem, że coś jest nie tak – wymamrotał. – „Pogadajmy o starych czasach”, jasne. Tego akurat po tobie nikt by się nie spodziewał.
– Rozmawialiśmy o starych czasach – zaoponował ksiądz Koszula, zezując w stronę zegara. – Przez dokładnie czterdzieści siedem minut.
Wilczyński zatrzymał się. Przez krótką chwilę stał w miejscu, po czym westchnął i wrócił na fotel.
Duchowny przyglądał się mu z umiarkowanym zainteresowaniem. To było niemal przerażające, że prawie w ogóle nie zmienił się od czasów szkolnych.
– No więc? Co chcesz wiedzieć? – ponaglił go z pytaniami Wilczyński.
– Chcę wiedzieć, co się dzieje.
– Co się dzieje – powtórzył bezbarwnie eksauror, po czym skrzywił się widocznie. – Żebym ja to wiedział. Żeby ktokolwiek wiedział, co tu się, do cholery, dzieje.
Chwilę milczał, po czym podjął na nowo.
– Ci z Brygady Uderzeniowej dostali zgłoszenie, że coś niepokojącego dzieje się w lesie niedaleko Łukowca. Wysłali dwójkę ludzi. Nie wrócili. Nie znaleziono ciał. Oficjalnie są uznani za zaginionych, ale ja… jestem pewien, że nie żyją. Bo po tym, jak sprzątnęli brygadzistów, do akcji mieliśmy wkroczyć my.
Ksiądz Koszula słuchał z miną wyrażającą absolutne skupienie. Zdawał się nawet nie mrugać.
– Regularnie patrolowaliśmy obszar, ale przez kilka tygodni nie udało nam się nic znaleźć. A potem ja i Bianka natknęliśmy się… na nich. Dwójka zamaskowanych facetów znęcała się nad jakąś dziewczynką. Myśleliśmy, że pójdzie gładko, jeden na jednego, wychodziliśmy cało z gorszych pojedynków. Bianka próbowała rozbroić jednego z nich i, przysięgam, że zaklęcie nie chybiło, ale po prostu nic się nie stało. Ja rzuciłem oszołamiacza w drugiego z takim samym skutkiem. Rozumiesz? Promień w niego uderzył i nic. Nawet na nas nie spojrzeli. Po prostu zabili tę małą, jakby nas tam w ogóle nie było.
Znowu umilknął. Przez dłuższy czas patrzył pusto w ścianę.
– Bianka się wściekła. Zawsze była cięta na tych, co krzywdzą dzieciaki, wiesz. – Jego głos zachrypnął. – W tego, który zamordował dziewczynkę, uderzyliśmy oboje w tej samej chwili, przy czym nawet nie chcę wiedzieć, skąd Bianka znała taką potworną klątwę… ale on nawet nie drgnął. Nawet nie drgnął, a najlepsi czarodzieje, jakich znam, nie mieliby prawa wyjść z tego cało. Wtedy trochę spanikowałem. Chciałem się wycofać, poczekać na posiłki, cokolwiek, po prostu wiedziałem, że nie damy rady w dwójkę. Bianka nie słuchała. Miotała klątwy jedna po drugiej, a kiedy dotarło do niej, że to nie ma sensu, po prostu się na nich rzuciła. Jeden z nich miotnął w nią jakimś zaklęciem, upadła na ziemię, musiało jej rozciąć tętnicę, bo strasznie krwawiła. Próbowałem jakoś jej pomóc, ale wtedy ten drugi powiedział, że jeśli się ruszę, zrobią mi to samo. A ja wtedy pomyślałem o mojej Ani i… nie mogłem, rozumiesz? Nie mogłem. Chwilę stali w miejscu i po prostu patrzyli na Biankę, jak się wykrwawia. Później zerwali z jej szyi ten naszyjnik, który zawsze nosiła i zamienili go w świstoklik. Gdy zniknęli, natychmiast aportowałem się z Bianką do szpitala, ale było już za późno.
Wilczyński najwyraźniej uznał swoją opowieść za zakończoną, ale nie ruszył się z miejsca. Ksiądz Koszula siedział dalej w fotelu, pocierając w zadumie podbródek. Minęło trochę czasu, zanim się odezwał.
– Dlatego zrezygnowałeś? – zapytał, a eksauror spojrzał na niego ze zdziwieniem. – Nie zrozum mnie źle. Byłeś aurorem, znasz ryzyko. Byłbym zaskoczony, gdyby to cię złamało.
– Nie – odpowiedział szeptem Wilczyński. – Nie dlatego. Po tym, jak wróciliśmy, szef rozmawiał z premierem. Szef powiedział mi, że ci na górze nie życzą sobie wybuchu paniki i mamy załatwić sprawę po cichu. Rozumiesz? Ci skurwysyni byli odporni na każdą klątwę, a oni uznali, że da się to załatwić, by nikt nawet nie zauważył.
– Rozumiem, że opowiadanie mi tego wszystkiego jest raczej średnio legalne? – zainteresował się ksiądz Koszula.
– Wszystko mi jedno. – Wilczyński uśmiechnął się kwaśno. – W następnym tygodniu wyprowadzamy się do Stanów. Jeśli tutaj chcą posyłać kolejno aurorów na śmierć, proszę bardzo, ale ja nie jestem taki głupi. Wiem, jeśli nie dam czemuś rady.
Na twarzy duchownego trudno było się doszukiwać oznak aprobaty. Zanim cokolwiek powiedział, odezwał się ponownie Wilczyński.
– A ty co zamierzasz, Szczepku?
Ksiądz Koszula wydawał się zdziwiony tym pytaniem. Po chwili wstał i podszedł do niskiego kredensu. Jakby od niechcenia otworzył jedną z szuflad. Wyciągnął z niej wąską i długą szkatułkę, jednak zanim otworzył wieko, przez moment po prostu jej się przyglądał z zadumą.
– Myślę, że zrobię to, co do mnie należy. – Bardzo ostrożnie wydobył z wnętrza puzderka różdżkę. – Ktoś musi się zatroszczyć o moje owieczki.




*


Bez bety i w ogóle bez niczego, ale miałam serdecznie dość zastoju tutaj!
Jednak tak po ałtoreczkowemu powiem, że gdyby nie te piękne komentarze pod ostatnim rozdziałem, to na dziewiętnastkę musielibyście jeszcze czekać. Nawet nie wiecie, jak mnie motywujecie do pisania, kochani. :D