Ci, którzy przeżyli wtorkowe
zmagania z matematyką, czaroznawstwem i technologią magiczną, mogli śmiało
stwierdzić, że najgorsze mieli już za sobą. Środa niosła za sobą egzaminy z
zajęć typowo humanistycznych (a co za to idzie, przez uczniów w większej części
lekceważone).
Uczniowie z niejaką ulgą
przywitali na teście z Literatury i Językoznawstwa „Sto dni bez maga
Gerwazego”, lekturę charakteryzującą się największych poziomem akceptowalności
i bez większego rozżalenia opuścili salę egzaminacyjną.
Wśród wszystkich
jedenastoklasistów to jednak Feliks Wołoszyn wyróżniał się najbardziej ponurym
humorem.
Myślał sobie o Gerdzie i o
Ignacym i cieszył się, że przynajmniej nie pokłócił się z Niko, bo miał chociaż
z kim pogadać. A potem przypomniał sobie, że gdy tylko skończy się koszmar
egzaminów próbnych, będą musieli odrobić szlaban zadany przez dyrektora i to
wcale nie poprawiło mu humoru.
Siedział sobie na parapecie,
rozmawiając z Niko i udając, że wszystko jest w porządku, a Niko udawał, że mu
wierzy. I to też był jakiś sposób na spędzenie dzisiejszego dnia. Sprawdzał się
przynajmniej do czasu, aż niejaka Catherine de La Fère postanowiła im
przeszkodzić. Wyglądała na naprawdę załamaną.
– Horreur! – jęknęła z utrapieniem. – ‘iba źli napisałam to trudni
słowę…
– Gwóźdź? – zgadł Feliks.
– Szczelina? – spróbował Niko.
– Krzaczyny?
Cath wyciągnęła z kieszeni
chusteczkę i chlipnęła w materiał.
– Je savais!To się w końcu zemści! Mogłam iść do ‘Ogwart, je suispauvre, mogłam zrobić, jak ma mère mi kazali!
Feliks, który rozumiał koleżankę
z dalekiej Francji trochę gorzej niż zwykle, zapewne przez jej jęki i posiorbywanie
nosem, wydedukował, że dziewczyna zwątpiła w możliwość pokonania bariery
językowej.
– Daj spokój, Cath – pocieszył
ją Feliks. – Do tych prawdziwych egzaminów zostało jeszcze sporo czasu,
nauczysz się.
Ale Francuzka chyba mu nie
uwierzyła, ponieważ do końca dnia wydawała się mocno przygnębiona. Olaf
Puszczyk obserwował próby Feliksa w rozbawieniu jej i czort jeden wie, co sobie
wtedy myślał.
Ignacy natomiast większość dnia
spędził z Emilią, wiedząc, że najprościej byłoby po prostu przeczekać zły humor
przyjaciela. Sam nie uważał, by miał za co przepraszać i nie oczekiwał
przeprosin od Feliksa, więc zdecydował, że powinien dać mu trochę czasu, aż
ochłonie.
I wtedy uświadomił sobie, że
gdyby nie kłótnia między nim a Wołoszynem, to nawet nie pomyślałby, żeby
poświęcić trochę czasu Emilce i skłoniło go to do głębszej zadumy. W końcu
doszedł do wniosku, że to wszystko przez nerwową atmosferę, bo jakżeby mogło
chodzić o coś innego?
Na chwilę przed rozpoczęciem
testów z historii zauważył, że Izydor Soboń – który, mógłby przysiąc, jeszcze
na początku przerwy czekał z resztą uczniów na korytarzu – gdzieś się
zawieruszył. Pojawił się dopiero, gdy otwarto drzwi i zaczęto wpuszczać
egzaminowanych do sali; wyglądał okropnie. Blady i zdyszany, wydukał kilka pokrętnych
słów tłumaczenia nauczycielom i pospiesznie zajął wylosowane miejsce.
Ignacemu wydawało się to
cokolwiek podejrzane – obejrzał się, szukając wzrokiem Niko, jakby chciał się
upewnić, czy ma rację.
Ale Niko nie zwrócił na to
uwagi. Ssał końcówkę pióra, w zadumie kontemplując sufit. Twardowski nie mógł
odmówić przyjacielowi inteligencji, ale w chwilach zamyślenia ten bywał
naprawdę fatalnym obserwatorem.
Samuel Więckowski nie wydawał
się poruszony zachowaniem Izydora – siedział ze splecionymi pod podbródkiem
palcami, z miną wyrażającą zadowolenie.
Nawet gdy przed uczniami
pojawiły się już arkusze, Ignacy nie mógł się powstrzymać przed zerkaniem na
Sobonia. Izydor nie był złym uczniem – zawsze przykładał dużą wagę do
zdobywanych stopni – ale tym razem nic nie wskazywało na to, by przejmował się
próbnymi egzaminami. Wręcz przeciwnie, przerzucał niedbale kolejne strony,
czasami kreślił kilka szybkich zdań w polu odpowiedzi, co jakiś czas pocierał
dłonią czoło, jakby cierpiał na ból głowy.
„Skoro jest chory, dlaczego nie
pójdzie do gabinetu pielęgniarki?”, zastanowił się Ignacy. Wtedy Irek zostałby zwolniony
z egzaminów i nie musiał przecierpieć hańby, jaką niosło za sobą oblanie
testów.
Twardowski nie mógł jednak
zastanawiać się dłużej nad tym problemem, bo jeden z goblinów, uwiecznionych na
rycinie pod zadaniem siódmym, zaczął płoszyć generalskie konie, więc Ignacy
musiał się pospieszyć z identyfikacją dowódców i wpisać w odpowiednie miejsce
ich nazwiska.
Kiedy minął minimalny czas
przeznaczony na rozwiązywanie zadań, Izydor zerwał się z krzesła, oddał swój
arkusz i pospiesznie wyszedł z sali. Jako drugi pomieszczenie opuścił Vladimir
Cagašik, ale na to Ignacy już nie zwrócił uwagi.
Po zakończeniu egzaminu
Twardowski chciał porozmawiać z Niko, ale gdy tylko Fin wyszedł na korytarz,
został zatrzymany przez Agnieszkę Piechówkę („Wiedziałeś, że chodzi o Joakima
Trójnogiego? Dobrze, dobrze… Jak mogłeś nie znać daty wybuchu trzeciej wojny
atlantyckiej, przecież to elementarne!”). Ignacy westchnął, nie chcąc być tym,
który miałby wejść w drogę Agnieszce, i stanął obok okna.
A więc tak – najpierw Izydor
spotyka się z Samuelem w lombardzie tego wampira, później Feliks przyłapuje go
na próbie włamania do lochów, a na koniec zwija się na ławce, nieudolnie
próbując napisać kilka zdań. Teraz zadaniem Ignacego jest znalezienie jakiejś
logicznej ciągłości pomiędzy tymi wydarzeniami. Nic prostszego.
Przez okno widział pokryte
pokrywą śnieżną drzewa i pomyślał, że nie cierpi zimy. Szczerze i mocno. Miał
irracjonalne wrażenie, że gdy tylko przyjdzie wiosna, wszystko wróci do normy.
Spojrzał przelotnie na zegarek –
przerwa przed egzaminem z języka obcego miała trwać godzinę. To dobrze,
powinien zdążyć.
Nie czekając, aż Niko wyrwie się
ze szponów Agnieszki, ruszył szybko korytarzem.
*
Siostra Estera była na skraju
załamania nerwowego.
Najpierw dwa razy w ciągu tego
samego miesiąca musiała znosić obecność Feliksa Wołoszyna – za pierwszym razem
koniecznie chciał z księdzem porozmawiać, za drugim (Estera była tego pewna!)
przyszedł tylko po to, by odebrać od duchownego jakiś patyk. Zakonnica bała się
tego chłopaka jak diabła i wcale się tego nie wstydziła; za każdym razem, gdy
się pojawiał, działo się coś dziwnego. Co prawda, odkąd uczęszczał do tego…
ośrodka, trochę się ustabilizował, ale Estera dalej pamiętała wszystkie wybryki
chłopca. Raz w klasie od religii zauważyła ślady stóp na suficie i naprawdę nie
chciała wiedzieć, jak Feliks tego dokonał.
Ale teraz, mimo że młodzieniec
wyjechał, jego obecność dalej BYŁA wyczuwalna. Raz zauważyła, gdy do okna
księdza Koszuli puka ogromna sowa i od tej pory Szczepan rzadko bywał na
plebanii. Na dywanie przed kominkiem znalazła odciski butów, zupełnie tak, jak
gdyby ktoś wyszedł prosto z paleniska. Nie potrafiła tego zrozumieć, ale
wiedziała, och, po prostu wiedziała, że stoi za tym Feliks Wołoszyn.
Któregoś dnia przed bramą
zauważyła dziwnego mężczyznę. Był całkiem łysy, choć jeszcze nie całkiem stary,
pomimo chmur zasłaniających niebo założył przeciwsłoneczne okulary. Jedno
spojrzenie na jego skórzaną kurtkę pozwoliło Esterze wydedukować, że najwyraźniej
ma do czynienia z jakimś groźnym bandziorem. Przyzwoici ludzie tak nie
wyglądali. Przyzwoici ludzie nie nasyłali na niewinne osoby sów i przestępców.
Nie zdążyła jednak podjąć
decyzji o zadzwonieniu na policję, bo oto ulicą nadszedł ksiądz Koszula. Przywitał
się z nieznajomym przyjaźnie i zaprosił go na plebanię. Siostra Estera wybiegła
na dziedziniec, nie wiedząc, co ma o tym myśleć.
– To mój znajomy ze szkoły –
przedstawił owego bandytę Koszula, a rzekomy kolega księdza uśmiechnął się,
ukazując kilka srebrnych zębów, i podał jej rękę. Zakonnica uścisnęła jego dłoń
z wyraźną obawą i uciekła jak najszybciej.
„Wytłumaczenie jest jedno”,
myślała, zamykając się w swoim pokoju, „ten nieznośny dzieciak należy do mafii
i nasłał na księdza swoich drabów.”
Teraz pozostawało tylko
dowiedzieć się, co z tym wszystkim mają wspólnego sowy.
*
– Słyszałem, że zrezygnowałeś z
pracy – odezwał się ksiądz Koszula znad kubka herbaty.
Pytanie odniosło spodziewany
efekt. Jego rozmówca zamarł na moment, po czym niemrawo zanurzył łyżeczkę w
cukiernicy.
– Taaak… – odpowiedział
wymijająco. – Jakby nie patrzeć, nie robię się młodszy, co? I tak sobie
pomyślałem, Ania niedługo skończy siedem lat, a ja w domu jestem od święta…
zresztą, co ci będę, Szczepku, tłumaczył, sam nie masz rodziny, to nie wiesz.
– Nie wystarczyłoby przestać
brać nadgodziny jak głupi? – zauważył duchowny, po czym uśmiechnął się cierpko.
– Ale nie wydaje mi się, żeby Daniel Wieczorek czy Małgorzata Polanowska mieli
dzieci, a, dziwnym trafem, odeszli w tym samym czasie.
Rafał Wilczyński, eksauror,
przez krótką chwilę przyglądał się Koszuli z nieukrywaną niechęcią, po czym
wstał nagle i przeszedł kilka kroków ku wyjściu.
– Wiedziałem, że coś jest nie
tak – wymamrotał. – „Pogadajmy o starych czasach”, jasne. Tego akurat po tobie
nikt by się nie spodziewał.
– Rozmawialiśmy o starych
czasach – zaoponował ksiądz Koszula, zezując w stronę zegara. – Przez dokładnie
czterdzieści siedem minut.
Wilczyński zatrzymał się. Przez
krótką chwilę stał w miejscu, po czym westchnął i wrócił na fotel.
Duchowny przyglądał się mu z
umiarkowanym zainteresowaniem. To było niemal przerażające, że prawie w ogóle
nie zmienił się od czasów szkolnych.
– No więc? Co chcesz wiedzieć? –
ponaglił go z pytaniami Wilczyński.
– Chcę wiedzieć, co się dzieje.
– Co się dzieje – powtórzył
bezbarwnie eksauror, po czym skrzywił się widocznie. – Żebym ja to wiedział.
Żeby ktokolwiek wiedział, co tu się, do cholery, dzieje.
Chwilę milczał, po czym podjął
na nowo.
– Ci z Brygady Uderzeniowej
dostali zgłoszenie, że coś niepokojącego dzieje się w lesie niedaleko Łukowca.
Wysłali dwójkę ludzi. Nie wrócili. Nie znaleziono ciał. Oficjalnie są uznani za
zaginionych, ale ja… jestem pewien, że nie żyją. Bo po tym, jak sprzątnęli
brygadzistów, do akcji mieliśmy wkroczyć my.
Ksiądz Koszula słuchał z miną
wyrażającą absolutne skupienie. Zdawał się nawet nie mrugać.
– Regularnie patrolowaliśmy
obszar, ale przez kilka tygodni nie udało nam się nic znaleźć. A potem ja i
Bianka natknęliśmy się… na nich. Dwójka zamaskowanych facetów znęcała się nad
jakąś dziewczynką. Myśleliśmy, że pójdzie gładko, jeden na jednego,
wychodziliśmy cało z gorszych pojedynków. Bianka próbowała rozbroić jednego z
nich i, przysięgam, że zaklęcie nie chybiło, ale po prostu nic się nie stało.
Ja rzuciłem oszołamiacza w drugiego z takim samym skutkiem. Rozumiesz? Promień
w niego uderzył i nic. Nawet na nas nie spojrzeli. Po prostu zabili tę małą,
jakby nas tam w ogóle nie było.
Znowu umilknął. Przez dłuższy
czas patrzył pusto w ścianę.
– Bianka się wściekła. Zawsze
była cięta na tych, co krzywdzą dzieciaki, wiesz. – Jego głos zachrypnął. – W
tego, który zamordował dziewczynkę, uderzyliśmy oboje w tej samej chwili, przy
czym nawet nie chcę wiedzieć, skąd Bianka znała taką potworną klątwę… ale on nawet
nie drgnął. Nawet nie drgnął, a najlepsi czarodzieje, jakich znam, nie mieliby
prawa wyjść z tego cało. Wtedy trochę spanikowałem. Chciałem się wycofać,
poczekać na posiłki, cokolwiek, po prostu wiedziałem, że nie damy rady w
dwójkę. Bianka nie słuchała. Miotała klątwy jedna po drugiej, a kiedy dotarło
do niej, że to nie ma sensu, po prostu się na nich rzuciła. Jeden z nich
miotnął w nią jakimś zaklęciem, upadła na ziemię, musiało jej rozciąć tętnicę,
bo strasznie krwawiła. Próbowałem jakoś jej pomóc, ale wtedy ten drugi
powiedział, że jeśli się ruszę, zrobią mi to samo. A ja wtedy pomyślałem o
mojej Ani i… nie mogłem, rozumiesz? Nie mogłem. Chwilę stali w miejscu i po
prostu patrzyli na Biankę, jak się wykrwawia. Później zerwali z jej szyi ten
naszyjnik, który zawsze nosiła i zamienili go w świstoklik. Gdy zniknęli, natychmiast
aportowałem się z Bianką do szpitala, ale było już za późno.
Wilczyński najwyraźniej uznał
swoją opowieść za zakończoną, ale nie ruszył się z miejsca. Ksiądz Koszula
siedział dalej w fotelu, pocierając w zadumie podbródek. Minęło trochę czasu,
zanim się odezwał.
– Dlatego zrezygnowałeś? –
zapytał, a eksauror spojrzał na niego ze zdziwieniem. – Nie zrozum mnie źle.
Byłeś aurorem, znasz ryzyko. Byłbym zaskoczony, gdyby to cię złamało.
– Nie – odpowiedział szeptem
Wilczyński. – Nie dlatego. Po tym, jak wróciliśmy, szef rozmawiał z premierem.
Szef powiedział mi, że ci na górze nie życzą sobie wybuchu paniki i mamy
załatwić sprawę po cichu. Rozumiesz? Ci skurwysyni byli odporni na każdą
klątwę, a oni uznali, że da się to załatwić, by nikt nawet nie zauważył.
– Rozumiem, że opowiadanie mi
tego wszystkiego jest raczej średnio legalne? – zainteresował się ksiądz
Koszula.
– Wszystko mi jedno. –
Wilczyński uśmiechnął się kwaśno. – W następnym tygodniu wyprowadzamy się do
Stanów. Jeśli tutaj chcą posyłać kolejno aurorów na śmierć, proszę bardzo, ale
ja nie jestem taki głupi. Wiem, jeśli nie dam czemuś rady.
Na twarzy duchownego trudno było
się doszukiwać oznak aprobaty. Zanim cokolwiek powiedział, odezwał się ponownie
Wilczyński.
– A ty co zamierzasz, Szczepku?
Ksiądz Koszula wydawał się
zdziwiony tym pytaniem. Po chwili wstał i podszedł do niskiego kredensu. Jakby
od niechcenia otworzył jedną z szuflad. Wyciągnął z niej wąską i długą
szkatułkę, jednak zanim otworzył wieko, przez moment po prostu jej się
przyglądał z zadumą.
– Myślę, że zrobię to, co do
mnie należy. – Bardzo ostrożnie wydobył z wnętrza puzderka różdżkę. – Ktoś musi
się zatroszczyć o moje owieczki.
*
Bez bety i w ogóle bez niczego, ale miałam serdecznie dość zastoju tutaj!
Jednak tak po ałtoreczkowemu powiem, że gdyby nie te piękne komentarze pod ostatnim rozdziałem, to na dziewiętnastkę musielibyście jeszcze czekać. Nawet nie wiecie, jak mnie motywujecie do pisania, kochani. :D