Mijające dni przyniosły ze sobą
kilka rewolucji.
Przede wszystkim Ignacy ze
zgrozą stwierdził, że jakimś cudem stracił naturalny blask, dzięki któremu
zjednywał sobie ludzi, bo kiedy wpadł do gabinetu profesora Koniecpolskiego,
twierdząc, że Feliks nie jest winny popełnienia antymugolskiego wypracowania,
nauczyciel tylko spojrzał na niego ciężko. Wysłuchawszy wyjaśnień
Twardowskiego, z nadzwyczaj surową miną stwierdził, że nie ma żadnych dowodów
potwierdzających taką wersję wydarzeń.
Ignacy nie przygotował się
mentalnie na taki zwrot akcji – przeważnie ludzie nie stawiali mu oporu, chyba
że byli Feliksem Wołoszynem albo Izydorem Soboniem. Z całą pewnością nie
spodziewał się takiej asertywności po Dziadku Paulusie, więc dopiero po chwili
przyszły mu do głowy argumenty, których mógłby użyć.
– Minęło już kilka dni, Ignacy –
skomentował jego próbę udowodnienia, że ktoś podrobił pracę Feliksa profesor
Koniecpolski. – Skąd mam mieć pewność, że sami nie sporządziliście falsyfikatu,
żeby nie wybronić swojego przyjaciela?
Ignacy zamarł i sam nie
wiedział, co uraziło go bardziej – to, że jak dotąd adorujący go nauczyciel
wykazuje się wobec niego taką podejrzliwością, czy to, że właśnie zasugerowano
mu, że posiada poczucie sprawiedliwości żuka gnojaka.
Próbował przekonać
Koniecpolskiego, ale ten był nieugięty. I kiedy już Twardowski przyznał
niechętnie w duchu, że nie dość, że nie załagodził sprawy, to jeszcze wszystko
pogorszył, wpadł na zadziwiająco prosty pomysł.
Feliks sam jest mugolakiem, więc
nie pisałby takich rzeczy, prawda?
Ku jego uldze, podziałało.
Dziadek Paulus z pewnym zmieszaniem orzekł, że w takim razie ktoś zakpił sobie
zarówno z niego, jak i z Feliksa. Ignacy, nie chcąc dłużej przedłużać tej i tak
niezręcznej chwili, pożegnał się i pospiesznie wyszedł.
Po drugie, wbrew przewidywaniom
egzaminy praktyczne nie zebrały wcale krwawego żniwa. Pomijając kilku
nieszczęśników, którzy z nerwów pomylili ingrediencje i opuścili salę z
osmalonymi brwiami, uczniowie wydawali się całkiem zadowoleni. Co niektórzy
narzekali, twierdząc, że gdyby wiedzieli, jak proste mikstury przyjdzie im
przygotowywać, zdecydowanie mniej czasu spędziliby nad podręcznikiem do
eliksirów. Nieco gorzej wypadły zaklęcia i transmutacja, ale i tak większość
uczniów dostała wyższe stopnie od spodziewanych.
I właśnie egzaminy z
transmutacji okazały się najlepsze w skutkach, bo niesiony na fali pozytywnych
emocji Feliks zapomniał, że pokłócił się z Ignacym i z entuzjazmem zaczął mu
opowiadać, że jedna egzaminatorka aż zaklaskała z uciechy na widok jego
umiejętności, twierdząc, że nikt jeszcze w jej karierze nie transmutował z
parasolki w tak przekonywającego lelka.
Jedenastoklasiści ruszyli
tłumnie do Łukowca, chcąc uczcić koniec egzaminów próbnych i początek weekendu,
a Feliks, Ignacy i Niko jeszcze dotkliwiej poczuli zadaną im przez dyrektora
karę. Pozostawało jeszcze zgłosić się do wychowawcy, skoro przestał ich chronić
immunitet wynikający z podchodzenia do testów.
– Wiecie, co lubię w egzaminach
praktycznych? Są praktyczne – paplał
Feliks, gdy w trójkę wspinali się po schodach. – I poza tym od razu wiadomo,
jaką ocenę się dostanie. Zanim sprawdzą te papierki, to Wisła zamarznie. Ale
rany, czaicie, piąteczka z transmutacji i z zaklęć! Kij w oko Zadeckiej, że we
mnie nie wierzyła…!
Ignacy taktownie nie przerywał
jego monologu, wymienił tylko porozumiewawcze spojrzenie z Niko. Nieodzywanie
się do Twardowskiego musiało porządnie zmęczyć Feliksa, więc nic dziwnego, że
teraz wylewał z siebie potok słów.
Właściwie, zakaz odwiedzania
Łukowca wydawał się dużo bardziej dotkliwy niż perspektywa otrzymania szlabanu
od wychowawcy, a to dlatego, że pan Arkadiusz był naprawdę specyficzną osobą.
Gdy tylko weszli do klasy od
technologii magicznej, owionęło ich ciepłe, ciężkie od wilgoci powietrze.
Źródłem wszechobecnej pary było zadziwiająco małe, wykonane z kryształu
urządzenie, które na pierwszy rzut oka można by pomylić z czajnikiem. Coś w
jego wnętrzu jarzyło się ostrym światłem.
– Niezłe, co? – zapytał z
uśmiechem nauczyciel, wyłaniając się z kłębów pary. – Gdybym tylko wiedział,
jak ograniczyć temperaturę w środku, wydzielałby wodę. Właściwie, chciałem wam
to pokazać w przyszłym tygodniu i miałem nadzieję, że zdążę to jakoś, hm,
ogarnąć.
– Panie profesorze… – zaczął
Ignacy.
– Och, no dobrze, skoro już
prosicie! A więc tak, ściany są nasączone wywarem z turkojadek, dzięki czemu…
– Nam chodzi o coś innego –
wtrącił szybko Feliks. – To znaczy, to jest bardzo, eeee, ciekawe, ale
przyszliśmy w sprawie szlabanu.
Nauczyciel chyba nie zrozumiał.
Ściągnął okulary i wytarł końcem swetra w romby szkiełka, ale jego wysiłek na
niewiele się zdał, bo błyskawicznie zaszły mgiełką raz jeszcze.
– W sprawie czyjego szlabanu? –
zapytał po chwili.
– Naszego – odpowiedział Feliks,
podczas gdy Ignacy stał z założonymi rękoma, wpatrując się w sufit.
– Chcecie odwołać jakiś szlaban?
– Tak właściwie, to chcemy go
dostać. – Feliks odchrząknął. – To znaczy, już go dostaliśmy, ale nie wiemy, na
czym polega, bo pan ma zdecydować.
Gdy po latach chłopcy wspominali
tę sytuację, wielokrotnie kłócili się o to, czy Feliks specjalnie zamotał
zeznania (jak twierdził Wołoszyn), czy swoim zwyczajem nie potrafił sklecić
sensownej relacji i przypadkiem udało mu się obrócić to na swoją korzyść (jak
utrzymywał Twardowski). Najważniejsze, że Arkadiusz Węgrzyn chwilę wpatrywał
się w swoich wychowanków z roztargnieniem, po czym machnął ręką.
– No dobrze, nie wiem, o co wam
chodzi. Jak tak wam bardzo zależy, to po prostu powkładajcie tamte instrumenty
– Skinął głową w stronę biurka, na którym faktycznie zalegała masa tajemniczych
urządzeń – do szafek i nie przeszkadzajcie już więcej, co?
To była robota na mniej niż dwie
minuty, ale chłopcy dzielnie udawali, że nie są przesadnie szczęśliwi, co by
nie wzbudzić podejrzeń. Gdy wszystkie przedmioty znalazły się już na swoich
miejscach, pożegnali się i skierowali w stronę drzwi. Niko na chwilę zatrzymał
się przed progiem.
– Panie profesorze?
– Hm, tak? – Arkadiusz nawet nie
oderwał się od swojego najnowszego wynalazku.
– Do czego to właściwie służy?
Wodę można wyczarować zaklęciem.
– Aha! – Profesor odwrócił się,
wyraźnie ucieszony tym pytaniem. – Bo widzisz, to sprzęt podróżniczy. Wyobraź
sobie; wybrałeś się na wycieczkę po Afryce i podczas upalnego dnia orientujesz
się, że nie masz przy sobie różdżki. I wtedy wyciągasz ten oto hydrokreator i nie musisz obawiać się
śmierci z pragnienia!
– A jak to się uruchamia? –
zainteresował się Fin.
– Róż… – chciał odpowiedzieć
profesor, ale nagle zasępił się i spojrzał ponuro na swój wynalazek.
Feliks zawołał „do widzenia” i
wyciągnął Niko za łokieć na korytarz.
*
Tymczasem Druella Rosier omal
nie przeżyła swojej własnej, osobistej tragedii – bieżąc wdzięcznie po
kamiennych stopniach postawiła stópkę tak niefortunnie, że gdyby nie
błyskawiczny refleks przechodzącego obok ucznia, niechybnie spadłaby ze
schodów, skręciła kostkę lub – co nawet gorsze – złamała paznokieć. Całe
szczęście, że była urodziwa, inaczej nie każde męskie ramię okazałoby się tak
chętne do ratunku!
Druella wyprostowała się szybko,
odgarnęła ciemne loki z twarzy i posłała swojemu wybawicielowi ciepły uśmiech.
Bohaterem okazał się niewysoki,
szczupły, ciemnowłosy młodzieniec. Mógłby uchodzić za całkiem atrakcyjnego,
gdyby nie jego okulary. Druella z niewiadomych przyczyn zawsze uważała ludzi w
okularach za przemądrzałych.
– Dziękuję – powiedziała i
odsunęła się od chłopca na przyzwoitą odległość. – Zwykle nie zdarzają mi się
takie przykre zdarzenia, ale mam na sobie nowe buciki.
– W istocie wspaniałe – mruknął młodzian,
choć nawet nie zaszczycił spojrzeniem nabytku Druelli. – Sugeruję, by nie
chodziła w nich pani po tak stromych schodach, dopóki ich pani nie rozchodzi.
Panna Rosier nie potrafiła
ocenić, czy nieznajomy wyraził o nią troskę, czy w podły sposób z niej
zaszydził, więc tylko zakręciła kosmyk włosów wokół palca.
Tymczasem chłopiec wyglądał,
jakby gdzieś się spieszył i tylko to, że Druella mu się przygląda,
powstrzymywało go od odejścia.
– Nie przedstawi mi się pan? –
zapytała w końcu, trochę niezadowolona, że to ona musi wychodzić z inicjatywą.
– Izydor Soboń – odparł uczeń, może
nieco zbyt szybko jak na gust Druelli.
– Druella Rosier – przedstawiła się,
wystawiając dłoń wierzchem, ale Izydor zamiast ją szarmancko ucałować, jedynie
musnął ją końcami palców.
– Miło mi – rzucił obojętnie. –
Pozwoli pani, ale się spieszę. Do zobaczenia.
I po prostu wyminął ją i poszedł
dalej.
Druella poczuła się obrażona.
Jeszcze nigdy nie spotkała się z tak bezemocjonalną reakcją – przyzwyczaiła się
już, że wszyscy są nią żywo zainteresowani (rzecz jasna, szczególnie dotyczyło
to mężczyzn). Oczywiście, nie wszyscy ją uwielbiali, ale z żywą niechęcią
spotykała się głównie ze strony nieobytych z towarzystwem prostaków, jak… jak
ten jasnowłosy chłopiec, z którym z niewiadomych przyczyn zadaje się Ignacy.
Izydor, pomimo kilku faux pas,
nie zasłużył na miano prostaka i to szczerze zmartwiło Druellę. Bo jeśli potraktował
ją w tak wstrętny sposób nie dlatego, że nie potrafił docenić jej urody i
ewidentnych korzyści, jakie niesie ze sobą przyjaźnienie się z damą o tak
wysokiej pozycji, to… dlaczego?
I wtedy Druella puściła wodze
fantazji. Co jeśli Izydor jest jak jeden z bohaterów tych niezliczonych
historii miłosnych – boleśnie skrzywdzony i skrywający wrażliwe serce za grubą
warstwą lodu? Może poprzysiągł sobie, że już nigdy nikogo nie dopuści bliżej
niż to konieczne? A w takim wypadku kto, jeśli nie ona, nadaje się lepiej, by
przebić się przez mentalną osłonę biednego młodzieńca?
Wtedy mogłaby być jego
nauczycielką i pierwszą platoniczną miłością… on stałby się jej powiernikiem i
doradcą, a kiedy wszyscy przekonają się, że Druella Rosier jest nie tylko damą
o wielkiej urodzie, ale również gorącym sercu, ten chłopiec, Ignacy, osobiście
przyjdzie jej pogratulować.
„Nikt z nas nie podejrzewał, że
w rzeczywistości Izydor może być tak dobrym człowiekiem”, powie Ignacy, „widocznie
władasz rodzajem czarów, który jest mi całkowicie obcy”.
A Druella tylko spuści skromnie
wzrok, żeby Twardowski wzruszył się nad jej dobrocią, skromnością i długimi
rzęsami.
„Doprawdy, jesteś niezwykłą
kobietą”, doda Ignacy, a zaraz po tym pojawi się sam Izydor z Emilią Madejska,
by oznajmić, że od tej pory są razem, ich rodzice nie mają nic przeciwko, a
ślub odbędzie się w maju i rzecz jasna zarówno Twardowski i Rosierówna są
zaproszeni jako honorowi goście.
„Byłbym zaszczycony, gdybyś
przyszła jako moja towarzyszka, panno Rosier”, zaproponuje Ignacy, a ona rzecz
jasna się zgodzi.
W taki właśnie sposób widziała
świat Druella Rosier. Postanowiła więc urzeczywistnić swoje marzenia bez
względu na to, czy Izydor Soboń się do tego nadaje, czy nie.
*
Ignacy, nieświadom tej miłosnej
intrygi, siedział właśnie w bibliotece. Przerzucał ze zmarszczonymi brwiami
kolejne strony pożółkłej gazety; z niektórych fotografii czary prawie
całkowicie wywietrzały i uwiecznione na nich postacie tylko drgały nerwowo,
zamiast się płynnie poruszać. No cóż, jeśli o prasę chodzi, mało które
wydawnictwa przykładały się do trwałości używanych zaklęć.
Obok rozległo się skrzypienie
krzesła. Ignacy oderwał wzrok od tekstu – obok przysiadł się Niko.
– Myślałem, że skończyłeś już z
zadaniem dla Agnieszki – zaczął rozmowę Fin.
– Bo skończyłem – stwierdził lakonicznie
Twardowski. – Nad tym powinien głowić się Feliks.
– I słyszałem, że rozmawiałeś z
Koniecpolskim – dodał Niko.
– Naprawdę?
– Tak naprawdę słyszałem, jak
Dziadek Paulus powiedział na korytarzu, że Feliks ma głęboko skrywany
potencjał, więc pomyślałem, że ktoś musiał z nim porozmawiać.
Ignacy wzruszył ramionami i
spojrzał na gazetę.
– Nic o Rosierach – powiedział z
irytacją. – To już siódma recenzja jakiejś książki o jednorożcach, a przecież
to wydanie z czasów wojny.
– Wiesz, wtedy działała cenzura –
odezwał się Niko, wodząc wzrokiem po tekście. – Nie pisali tego, co mogłoby
zaszkodzić władzy.
– Dogrzebałem się do jeszcze
jakichś siedemdziesięciu numerów, więc jakbyś był chętny… – spróbował Ignacy.
– Nie znam angielskiego. – Niko uśmiechnął
się lekko.
– Po prostu szukaj tego nazwiska
– mruknął, odkładając kolejną gazetę na stos.
Niko nie wydawał się
uszczęśliwiony tą propozycją.
– Chyba źle się do tego zabrałeś
– stwierdził. – Czego właściwie chciałbyś się dowiedzieć?
– Sam nie wiem. – Ignacy rozmasował
z roztargnieniem kark. – Chciałbym dowiedzieć się czegoś o Rosierze. Nie wydaje
mi się, żeby chodziło o infiltrację, bo w takim wypadku Rosier nie ubiegałby
się o stanowisko dyrektora, tylko działałby z ukrycia… a w taki sposób robi
zbyt duże zamieszanie wokół siebie.
– Poza tym przyjęli go, więc
wasze ministerstwo ma powody, by mu ufać – zauważył Niko.
– Może o to mu właśnie chodzi? –
kontynuował Ignacy, jakby nie dosłyszał słów przyjaciela. – Żeby ściągnąć na
siebie uwagę? Tylko po co?
Niko sięgnął po pierwszą gazetę
z brzegu. Na jednej ze stron wykrzywiła się na niego zdecydowanie
najohydniejsza twarz, jaką w życiu widział – poorana zmarszczkami, ze
zdeformowanym nosem i nienaturalnie wielkim, niespokojnym okiem.
Z tekstu nie zrozumiał zbyt
wiele. Dowiedział się, że mężczyzna nazywał się Alastor Moody i nazwisko to
wydało mu się w jakiś sposób znajome. Przez chwilę wpatrywał się w tytuł, jakby
spodziewał się, że dzięki temu dozna olśnienia.
Ignacy spojrzał mu przez ramię.
– Tytuł to „Szalonooki Moody
znaleziony martwy w swoim mieszkaniu” – powiedział. – Piszą, że był świetnym
aurorem, ale pod koniec życia zwariował i popadł w paranoję, a zginął prawdopodobnie
przez rzucone przez siebie zaklęcie wymierzone we własne odbicie w lustrze.
Wtedy Niko sobie przypomniał.
– Ale to nieprawda – sprostował.
– Zginął w bitwie.
– Sam powiedziałeś, że wtedy
działała cenzura. – Ignacy wzruszył ramionami, po czym nagle zamarł.
Niko podążył za jego wzrokiem i
napotkał na linijkę, która tak poruszyła przyjaciela.
– Znany z mistrzowsko stoczonego
pojedynku z Evanem Rosierem – przeczytał Ignacy.
– Och – mruknął Niko. – To trochę
zmienia naszą sytuację.
– Chyba wiem już, czego
chciałbym się dowiedzieć – stwierdził Ignacy.
„Tak”, zgodził się w duchu Niko,
„też chciałbym wiedzieć, czy Rosier jest śmierciożercą”. Uznał jednak, że
lepiej nie mówić tego na głos.
Wstał i uśmiechnął się do
Ignacego.
– Jeśli jeszcze bardziej chcesz
ułatwić Feliksowi życie, zabierz go na trening quidditcha. Myślę, że dobrze mu
zrobi, jeśli się trochę wyładuje.
– Nie robię tego przecież dla
Feliksa – oburzył się Ignacy. – Po prostu ktoś musi to zrobić, a skoro Feliks
nie ma zamiaru, to…
Ale nie wiedzieć czemu, jego
słowa chyba tylko jeszcze bardziej rozbawiły Niko, więc Ignacy postanowił
dyplomatycznie pomilczeć.
– Poza tym, trening quidditcha i
tak miałem w planach, w końcu chodzi o MOJĄ drużynę – dodał po chwili, nie
dbając zresztą o to, czy przyjaciel go słyszy.
Czasami Niko naprawdę go
denerwował i chyba jeszcze bardziej irytująca była świadomość, że Fin sobie z
tego doskonale zdawał sprawę.