czwartek, 26 września 2013

20. Problemy idealistów


Mijające dni przyniosły ze sobą kilka rewolucji.
Przede wszystkim Ignacy ze zgrozą stwierdził, że jakimś cudem stracił naturalny blask, dzięki któremu zjednywał sobie ludzi, bo kiedy wpadł do gabinetu profesora Koniecpolskiego, twierdząc, że Feliks nie jest winny popełnienia antymugolskiego wypracowania, nauczyciel tylko spojrzał na niego ciężko. Wysłuchawszy wyjaśnień Twardowskiego, z nadzwyczaj surową miną stwierdził, że nie ma żadnych dowodów potwierdzających taką wersję wydarzeń.
Ignacy nie przygotował się mentalnie na taki zwrot akcji – przeważnie ludzie nie stawiali mu oporu, chyba że byli Feliksem Wołoszynem albo Izydorem Soboniem. Z całą pewnością nie spodziewał się takiej asertywności po Dziadku Paulusie, więc dopiero po chwili przyszły mu do głowy argumenty, których mógłby użyć.

– Minęło już kilka dni, Ignacy – skomentował jego próbę udowodnienia, że ktoś podrobił pracę Feliksa profesor Koniecpolski. – Skąd mam mieć pewność, że sami nie sporządziliście falsyfikatu, żeby nie wybronić swojego przyjaciela?
Ignacy zamarł i sam nie wiedział, co uraziło go bardziej – to, że jak dotąd adorujący go nauczyciel wykazuje się wobec niego taką podejrzliwością, czy to, że właśnie zasugerowano mu, że posiada poczucie sprawiedliwości żuka gnojaka.
Próbował przekonać Koniecpolskiego, ale ten był nieugięty. I kiedy już Twardowski przyznał niechętnie w duchu, że nie dość, że nie załagodził sprawy, to jeszcze wszystko pogorszył, wpadł na zadziwiająco prosty pomysł.
Feliks sam jest mugolakiem, więc nie pisałby takich rzeczy, prawda?
Ku jego uldze, podziałało. Dziadek Paulus z pewnym zmieszaniem orzekł, że w takim razie ktoś zakpił sobie zarówno z niego, jak i z Feliksa. Ignacy, nie chcąc dłużej przedłużać tej i tak niezręcznej chwili, pożegnał się i pospiesznie wyszedł.
Po drugie, wbrew przewidywaniom egzaminy praktyczne nie zebrały wcale krwawego żniwa. Pomijając kilku nieszczęśników, którzy z nerwów pomylili ingrediencje i opuścili salę z osmalonymi brwiami, uczniowie wydawali się całkiem zadowoleni. Co niektórzy narzekali, twierdząc, że gdyby wiedzieli, jak proste mikstury przyjdzie im przygotowywać, zdecydowanie mniej czasu spędziliby nad podręcznikiem do eliksirów. Nieco gorzej wypadły zaklęcia i transmutacja, ale i tak większość uczniów dostała wyższe stopnie od spodziewanych.
I właśnie egzaminy z transmutacji okazały się najlepsze w skutkach, bo niesiony na fali pozytywnych emocji Feliks zapomniał, że pokłócił się z Ignacym i z entuzjazmem zaczął mu opowiadać, że jedna egzaminatorka aż zaklaskała z uciechy na widok jego umiejętności, twierdząc, że nikt jeszcze w jej karierze nie transmutował z parasolki w tak przekonywającego lelka.
Jedenastoklasiści ruszyli tłumnie do Łukowca, chcąc uczcić koniec egzaminów próbnych i początek weekendu, a Feliks, Ignacy i Niko jeszcze dotkliwiej poczuli zadaną im przez dyrektora karę. Pozostawało jeszcze zgłosić się do wychowawcy, skoro przestał ich chronić immunitet wynikający z podchodzenia do testów.
– Wiecie, co lubię w egzaminach praktycznych? Są praktyczne – paplał Feliks, gdy w trójkę wspinali się po schodach. – I poza tym od razu wiadomo, jaką ocenę się dostanie. Zanim sprawdzą te papierki, to Wisła zamarznie. Ale rany, czaicie, piąteczka z transmutacji i z zaklęć! Kij w oko Zadeckiej, że we mnie nie wierzyła…!
Ignacy taktownie nie przerywał jego monologu, wymienił tylko porozumiewawcze spojrzenie z Niko. Nieodzywanie się do Twardowskiego musiało porządnie zmęczyć Feliksa, więc nic dziwnego, że teraz wylewał z siebie potok słów.
Właściwie, zakaz odwiedzania Łukowca wydawał się dużo bardziej dotkliwy niż perspektywa otrzymania szlabanu od wychowawcy, a to dlatego, że pan Arkadiusz był naprawdę specyficzną osobą.
Gdy tylko weszli do klasy od technologii magicznej, owionęło ich ciepłe, ciężkie od wilgoci powietrze. Źródłem wszechobecnej pary było zadziwiająco małe, wykonane z kryształu urządzenie, które na pierwszy rzut oka można by pomylić z czajnikiem. Coś w jego wnętrzu jarzyło się ostrym światłem.
– Niezłe, co? – zapytał z uśmiechem nauczyciel, wyłaniając się z kłębów pary. – Gdybym tylko wiedział, jak ograniczyć temperaturę w środku, wydzielałby wodę. Właściwie, chciałem wam to pokazać w przyszłym tygodniu i miałem nadzieję, że zdążę to jakoś, hm, ogarnąć.
– Panie profesorze… – zaczął Ignacy.
– Och, no dobrze, skoro już prosicie! A więc tak, ściany są nasączone wywarem z turkojadek, dzięki czemu…
– Nam chodzi o coś innego – wtrącił szybko Feliks. – To znaczy, to jest bardzo, eeee, ciekawe, ale przyszliśmy w sprawie szlabanu.
Nauczyciel chyba nie zrozumiał. Ściągnął okulary i wytarł końcem swetra w romby szkiełka, ale jego wysiłek na niewiele się zdał, bo błyskawicznie zaszły mgiełką raz jeszcze.
– W sprawie czyjego szlabanu? – zapytał po chwili.
– Naszego – odpowiedział Feliks, podczas gdy Ignacy stał z założonymi rękoma, wpatrując się w sufit.
– Chcecie odwołać jakiś szlaban?
– Tak właściwie, to chcemy go dostać. – Feliks odchrząknął. – To znaczy, już go dostaliśmy, ale nie wiemy, na czym polega, bo pan ma zdecydować.
Gdy po latach chłopcy wspominali tę sytuację, wielokrotnie kłócili się o to, czy Feliks specjalnie zamotał zeznania (jak twierdził Wołoszyn), czy swoim zwyczajem nie potrafił sklecić sensownej relacji i przypadkiem udało mu się obrócić to na swoją korzyść (jak utrzymywał Twardowski). Najważniejsze, że Arkadiusz Węgrzyn chwilę wpatrywał się w swoich wychowanków z roztargnieniem, po czym machnął ręką.
– No dobrze, nie wiem, o co wam chodzi. Jak tak wam bardzo zależy, to po prostu powkładajcie tamte instrumenty – Skinął głową w stronę biurka, na którym faktycznie zalegała masa tajemniczych urządzeń – do szafek i nie przeszkadzajcie już więcej, co?
To była robota na mniej niż dwie minuty, ale chłopcy dzielnie udawali, że nie są przesadnie szczęśliwi, co by nie wzbudzić podejrzeń. Gdy wszystkie przedmioty znalazły się już na swoich miejscach, pożegnali się i skierowali w stronę drzwi. Niko na chwilę zatrzymał się przed progiem.
– Panie profesorze?
– Hm, tak? – Arkadiusz nawet nie oderwał się od swojego najnowszego wynalazku.
– Do czego to właściwie służy? Wodę można wyczarować zaklęciem.
– Aha! – Profesor odwrócił się, wyraźnie ucieszony tym pytaniem. – Bo widzisz, to sprzęt podróżniczy. Wyobraź sobie; wybrałeś się na wycieczkę po Afryce i podczas upalnego dnia orientujesz się, że nie masz przy sobie różdżki. I wtedy wyciągasz ten oto hydrokreator i nie musisz obawiać się śmierci z pragnienia!
– A jak to się uruchamia? – zainteresował się Fin.
– Róż… – chciał odpowiedzieć profesor, ale nagle zasępił się i spojrzał ponuro na swój wynalazek.
Feliks zawołał „do widzenia” i wyciągnął Niko za łokieć na korytarz.

*

Tymczasem Druella Rosier omal nie przeżyła swojej własnej, osobistej tragedii – bieżąc wdzięcznie po kamiennych stopniach postawiła stópkę tak niefortunnie, że gdyby nie błyskawiczny refleks przechodzącego obok ucznia, niechybnie spadłaby ze schodów, skręciła kostkę lub – co nawet gorsze – złamała paznokieć. Całe szczęście, że była urodziwa, inaczej nie każde męskie ramię okazałoby się tak chętne do ratunku!
Druella wyprostowała się szybko, odgarnęła ciemne loki z twarzy i posłała swojemu wybawicielowi ciepły uśmiech.
Bohaterem okazał się niewysoki, szczupły, ciemnowłosy młodzieniec. Mógłby uchodzić za całkiem atrakcyjnego, gdyby nie jego okulary. Druella z niewiadomych przyczyn zawsze uważała ludzi w okularach za przemądrzałych.
– Dziękuję – powiedziała i odsunęła się od chłopca na przyzwoitą odległość. – Zwykle nie zdarzają mi się takie przykre zdarzenia, ale mam na sobie nowe buciki.
– W istocie wspaniałe – mruknął młodzian, choć nawet nie zaszczycił spojrzeniem nabytku Druelli. – Sugeruję, by nie chodziła w nich pani po tak stromych schodach, dopóki ich pani nie rozchodzi.
Panna Rosier nie potrafiła ocenić, czy nieznajomy wyraził o nią troskę, czy w podły sposób z niej zaszydził, więc tylko zakręciła kosmyk włosów wokół palca.
Tymczasem chłopiec wyglądał, jakby gdzieś się spieszył i tylko to, że Druella mu się przygląda, powstrzymywało go od odejścia.
– Nie przedstawi mi się pan? – zapytała w końcu, trochę niezadowolona, że to ona musi wychodzić z inicjatywą.
– Izydor Soboń – odparł uczeń, może nieco zbyt szybko jak na gust Druelli.
– Druella Rosier – przedstawiła się, wystawiając dłoń wierzchem, ale Izydor zamiast ją szarmancko ucałować, jedynie musnął ją końcami palców.
– Miło mi – rzucił obojętnie. – Pozwoli pani, ale się spieszę. Do zobaczenia.
I po prostu wyminął ją i poszedł dalej.
Druella poczuła się obrażona. Jeszcze nigdy nie spotkała się z tak bezemocjonalną reakcją – przyzwyczaiła się już, że wszyscy są nią żywo zainteresowani (rzecz jasna, szczególnie dotyczyło to mężczyzn). Oczywiście, nie wszyscy ją uwielbiali, ale z żywą niechęcią spotykała się głównie ze strony nieobytych z towarzystwem prostaków, jak… jak ten jasnowłosy chłopiec, z którym z niewiadomych przyczyn zadaje się Ignacy.
Izydor, pomimo kilku faux pas, nie zasłużył na miano prostaka i to szczerze zmartwiło Druellę. Bo jeśli potraktował ją w tak wstrętny sposób nie dlatego, że nie potrafił docenić jej urody i ewidentnych korzyści, jakie niesie ze sobą przyjaźnienie się z damą o tak wysokiej pozycji, to… dlaczego?
I wtedy Druella puściła wodze fantazji. Co jeśli Izydor jest jak jeden z bohaterów tych niezliczonych historii miłosnych – boleśnie skrzywdzony i skrywający wrażliwe serce za grubą warstwą lodu? Może poprzysiągł sobie, że już nigdy nikogo nie dopuści bliżej niż to konieczne? A w takim wypadku kto, jeśli nie ona, nadaje się lepiej, by przebić się przez mentalną osłonę biednego młodzieńca?
Wtedy mogłaby być jego nauczycielką i pierwszą platoniczną miłością… on stałby się jej powiernikiem i doradcą, a kiedy wszyscy przekonają się, że Druella Rosier jest nie tylko damą o wielkiej urodzie, ale również gorącym sercu, ten chłopiec, Ignacy, osobiście przyjdzie jej pogratulować.
„Nikt z nas nie podejrzewał, że w rzeczywistości Izydor może być tak dobrym człowiekiem”, powie Ignacy, „widocznie władasz rodzajem czarów, który jest mi całkowicie obcy”.
A Druella tylko spuści skromnie wzrok, żeby Twardowski wzruszył się nad jej dobrocią, skromnością i długimi rzęsami.
„Doprawdy, jesteś niezwykłą kobietą”, doda Ignacy, a zaraz po tym pojawi się sam Izydor z Emilią Madejska, by oznajmić, że od tej pory są razem, ich rodzice nie mają nic przeciwko, a ślub odbędzie się w maju i rzecz jasna zarówno Twardowski i Rosierówna są zaproszeni jako honorowi goście.
„Byłbym zaszczycony, gdybyś przyszła jako moja towarzyszka, panno Rosier”, zaproponuje Ignacy, a ona rzecz jasna się zgodzi.
W taki właśnie sposób widziała świat Druella Rosier. Postanowiła więc urzeczywistnić swoje marzenia bez względu na to, czy Izydor Soboń się do tego nadaje, czy nie.

*

Ignacy, nieświadom tej miłosnej intrygi, siedział właśnie w bibliotece. Przerzucał ze zmarszczonymi brwiami kolejne strony pożółkłej gazety; z niektórych fotografii czary prawie całkowicie wywietrzały i uwiecznione na nich postacie tylko drgały nerwowo, zamiast się płynnie poruszać. No cóż, jeśli o prasę chodzi, mało które wydawnictwa przykładały się do trwałości używanych zaklęć.
Obok rozległo się skrzypienie krzesła. Ignacy oderwał wzrok od tekstu – obok przysiadł się Niko.
– Myślałem, że skończyłeś już z zadaniem dla Agnieszki – zaczął rozmowę Fin.
– Bo skończyłem – stwierdził lakonicznie Twardowski. – Nad tym powinien głowić się Feliks.
– I słyszałem, że rozmawiałeś z Koniecpolskim – dodał Niko.
– Naprawdę?
– Tak naprawdę słyszałem, jak Dziadek Paulus powiedział na korytarzu, że Feliks ma głęboko skrywany potencjał, więc pomyślałem, że ktoś musiał z nim porozmawiać.
Ignacy wzruszył ramionami i spojrzał na gazetę.
– Nic o Rosierach – powiedział z irytacją. – To już siódma recenzja jakiejś książki o jednorożcach, a przecież to wydanie z czasów wojny.
– Wiesz, wtedy działała cenzura – odezwał się Niko, wodząc wzrokiem po tekście. – Nie pisali tego, co mogłoby zaszkodzić władzy.
– Dogrzebałem się do jeszcze jakichś siedemdziesięciu numerów, więc jakbyś był chętny… – spróbował Ignacy.
– Nie znam angielskiego. – Niko uśmiechnął się lekko.
– Po prostu szukaj tego nazwiska – mruknął, odkładając kolejną gazetę na stos.
Niko nie wydawał się uszczęśliwiony tą propozycją.
– Chyba źle się do tego zabrałeś – stwierdził. – Czego właściwie chciałbyś się dowiedzieć?
– Sam nie wiem. – Ignacy rozmasował z roztargnieniem kark. – Chciałbym dowiedzieć się czegoś o Rosierze. Nie wydaje mi się, żeby chodziło o infiltrację, bo w takim wypadku Rosier nie ubiegałby się o stanowisko dyrektora, tylko działałby z ukrycia… a w taki sposób robi zbyt duże zamieszanie wokół siebie.
– Poza tym przyjęli go, więc wasze ministerstwo ma powody, by mu ufać – zauważył Niko.
– Może o to mu właśnie chodzi? – kontynuował Ignacy, jakby nie dosłyszał słów przyjaciela. – Żeby ściągnąć na siebie uwagę? Tylko po co?
Niko sięgnął po pierwszą gazetę z brzegu. Na jednej ze stron wykrzywiła się na niego zdecydowanie najohydniejsza twarz, jaką w życiu widział – poorana zmarszczkami, ze zdeformowanym nosem i nienaturalnie wielkim, niespokojnym okiem.
Z tekstu nie zrozumiał zbyt wiele. Dowiedział się, że mężczyzna nazywał się Alastor Moody i nazwisko to wydało mu się w jakiś sposób znajome. Przez chwilę wpatrywał się w tytuł, jakby spodziewał się, że dzięki temu dozna olśnienia.
Ignacy spojrzał mu przez ramię.
– Tytuł to „Szalonooki Moody znaleziony martwy w swoim mieszkaniu” – powiedział. – Piszą, że był świetnym aurorem, ale pod koniec życia zwariował i popadł w paranoję, a zginął prawdopodobnie przez rzucone przez siebie zaklęcie wymierzone we własne odbicie w lustrze.
Wtedy Niko sobie przypomniał.
– Ale to nieprawda – sprostował. – Zginął w bitwie.
– Sam powiedziałeś, że wtedy działała cenzura. – Ignacy wzruszył ramionami, po czym nagle zamarł.
Niko podążył za jego wzrokiem i napotkał na linijkę, która tak poruszyła przyjaciela.
– Znany z mistrzowsko stoczonego pojedynku z Evanem Rosierem – przeczytał Ignacy.
– Och – mruknął Niko. – To trochę zmienia naszą sytuację.
– Chyba wiem już, czego chciałbym się dowiedzieć – stwierdził Ignacy.
„Tak”, zgodził się w duchu Niko, „też chciałbym wiedzieć, czy Rosier jest śmierciożercą”. Uznał jednak, że lepiej nie mówić tego na głos.
Wstał i uśmiechnął się do Ignacego.
– Jeśli jeszcze bardziej chcesz ułatwić Feliksowi życie, zabierz go na trening quidditcha. Myślę, że dobrze mu zrobi, jeśli się trochę wyładuje.
– Nie robię tego przecież dla Feliksa – oburzył się Ignacy. – Po prostu ktoś musi to zrobić, a skoro Feliks nie ma zamiaru, to…
Ale nie wiedzieć czemu, jego słowa chyba tylko jeszcze bardziej rozbawiły Niko, więc Ignacy postanowił dyplomatycznie pomilczeć.
– Poza tym, trening quidditcha i tak miałem w planach, w końcu chodzi o MOJĄ drużynę – dodał po chwili, nie dbając zresztą o to, czy przyjaciel go słyszy.
Czasami Niko naprawdę go denerwował i chyba jeszcze bardziej irytująca była świadomość, że Fin sobie z tego doskonale zdawał sprawę.