Klaudiusz
Trzcinka zapalił papierosa i zaciągnął się pożądliwie. „Zabawny dzieciak”,
pomyślał, strzepując popiół na podłogę, „sprytny jak wąż i dość przyzwoity, by
się z tym nie obnosić”.
Tymczasem
z odbicia w lustrze spoglądał na niego zmęczony, niski staruszek, o złośliwym
spojrzeniu i uśmiechu bez cienia radości. Klaudiusz uśmiechał się na myśl, że
ten wstrętny dziadek też kiedyś był zabawnym, sprytnym i przyzwoitym
dzieciakiem.
Zakrywszy
ciemną płachtą lustro, wyciągnął spod lady podniszczony notatnik. Kolumny
zapisanych nazwisk, należności do spłacenia, tego, co on sam był winny.
Wszystko zapisane drobnym, koślawym pismem. Trzcinka przerzucił niedbale strony
i dopisał kolejne miano do listy. Właściwie, zawsze zastanawiał się, jak bardzo
zdesperowani musieli być ludzie, by robić tu interesy. Rzecz jasna, miał na
myśli zwykłych ludzi, z rodzinami i przyjaciółmi; nie tych szemranych zbirów, o
ile Klaudiusz miał jakiekolwiek prawo, by tak wyrażać się o kolegach z branży.
Z
chwilą, gdy tylko oderwał stalówkę pióra od kartki, dzwonek u drzwi zabrzęczał
dźwięcznie. Trzcinka uważał ten dzwonek za doskonały żart. Dawał złudną
nadzieję, że to porządny lokal; wycieraczka z napisem „witaj” i dzwonek to
ostatnie rzeczy, jakich ktoś mógł się spodziewać, wchodząc do takiego miejsca.
–
Nie móviłem, żeby ściągnąć te ustrojstvo?
Szkoda,
że nie każdy podzielał jego poczucie humoru. Klaudiusz wypuścił dym papierosowy
nosem i spojrzał na przybysza.
Chłopak
strzepał śnieg z czarnych niczym węgiel włosów i uśmiechnął się zadziornie do
Trzcinki.
–
Co, zaskoczony? – Wyciągnął rękę przed siebie. – Visisz mi paczkę, stary
draniu! Słyszałem, co żeś vygadywał! Sze teraz nie uda mi się vyvinąć? To
teraz płać, cholera!
–
Powiedziałem, że teraz będziesz potrzebował więcej niż tydzień, by zwiać z
aresztu. – Strzepnął na dłoń przybyłego pojedynczego papierosa. – Na więcej nie
licz. Dzieci nie powinny palić, nawet takie paskudne jak ty.
–
Ha, ha. – Przybysz przeskoczył przez ladę, odpalił papierosa od żaru w kominku
i oparł się o ścianę. – Jak ja jestem dziecko, to ty, staruszku, povinieneś
dawno gnić v trumnie.
–
Jakbyś był w moim wieku, też byś traktował jako dzieciaki każdego poniżej
trzydziestki.
–
V tvoim vieku? – powtórzył chłopak leniwie. – Do licha, v tvoim vieku mam
zamiar mieć vięcej kasy, niż umiem zliczyć i vięcej kobiet, niż ty vszy na
głovie. I na pevno nie będę miał zamiaru traktovać tych dzievczyn jak dzieci.
Klaudiusz
z zainteresowaniem obserwował, jak przybysz zaciągnął się i z pewnym
roztargnieniem potarł policzek.
–
Kto tu był? Ta dvójka? – padło w końcu pytanie, którego Trzcinka spodziewał się
od początku tej rozmowy.
–
Jakiś dzieciak – wyjaśnił Klaudiusz. – A potem klient.
–
Dzie… zaraz, od tych tamtych?
–
Nie wydaje mi się, by miał z nimi coś wspólnego. Trochę węszył. Interesował się
memoriotami. Niegroźny.
–
To się zobaczy – burknął chłopak ponuro. – Nie chcę znovu iść do paki. Raz v
miesiącu to maksimum. A klient?
–
Chciał zastawić to lustro. Twierdził, że magiczne.
–
Ain Eingarp?
–
Chciałbym. Tak naprawdę nie wiem, co w nim magicznego. Powiedziałem, że dam do
wyceny i żeby facet przyszedł za tydzień.
Młodzieniec,
którym był słynny w niektórych kręgach Mircea Crăsescu, z zaciekawieniem
odsłonił lustro. Chwilę wodził palcami po zdobionej ramie, po czym odwrócił się
przez ramię do staruszka.
–
Nie viem, czy cokolviek uda się na tym zarobić. Vłaściwie, nie vidzę tu
niczego niezvykłego.
–
Ja owszem – odpowiedział Klaudiusz. – Ale zdaje się, że już przywykłem.
Mircea
stał tak blisko lustra, że powinien widzieć wyłącznie własne odbicie. Powinien.
–
Wiesz, ten dzieciak pytał o ciebie – odezwał się nagle Klaudiusz. – Twierdził,
że może mieć do ciebie interes.
–
Tak, a jaki?
–
Tego już nie powiedział. Ale mam takie wrażenie, że…
–
Że co?
–
To był naprawdę sprytny dzieciak. Zastanawiam się, czy nie powiedziałem mu za
dużo. Na odchodnym odwrócił się, chwilę myślał i zapytał: „mam nadzieję, że ten
pana przyjaciel nie trzyma tu żadnych gigantycznych skorpionów?”.
–
A co ma to niby znaczyć? – Mircea zmarszczył brwi.
Klaudiusz
wzruszył ramionami. Wiedział tylko jedno.
To
był piekielnie sprytny dzieciak. W końcu udało mu się znaleźć swoje zgubione
półtora kroku. A to już o czymś świadczy!
*
–
W środku budynek był mniejszy, niż na zewnątrz – wyjaśnił Niko. – Tknęło mnie
dopiero, jak już wyszedłem. Zmierzyłem długość zewnętrznej ściany krokami, a
później na piętrze. Nie zgadzało się.
Feliks
i Ignacy wpatrywali się w niego ze zdziwieniem.
–
Ale jedno mnie zastanowiło. To w końcu była straszna rudera, ale zawiasy okna
były naoliwione. Nie zauważyliście?
–
Eee… – powiedział Feliks. – Miałem niejasne przeczucie.
–
Za oknem jest przejście – ciągnął dalej Niko. – Schody i ściana są niewidzialne
od środka, dlatego zza szyby dało się zobaczyć ulicę.
–
Chcesz powiedzieć, że kiedy my weszliśmy do środka… to tak naprawdę w środku
byłeś ty? – Feliks podrapał się po głowie.
–
Po cholerę właziłeś tam sam? – zdenerwował się Ignacy. – Przecież nie
wiedziałeś, co mogło być wewnątrz!
–
W środku był tylko stary charłak. Raczej nie wydawał się groźny, ale też nie
dowiedziałem się od niego niczego istotnego. Powiedział, że jeśli chcę
informacji, muszę skontaktować się z „Mirceą”.
Zapanowała
cisza. Wszyscy trzej jak jeden mąż zastanowili się, jak u licha zejść do
Łukowca i jednocześnie nie łamać warunków szlabanu.
Ignacy
w końcu westchnął i pokręcił głową.
–
Nie wiem, czy jesteście tego świadomi, ale to ostatnia możliwość, żeby się
wycofać – powiedział w końcu, dziwnie cichym i zrezygnowanym tonem.
Nie
odpowiedzieli. Ignacy nie wiedział, czy zrozumieli, co chciał im powiedzieć.
–
Wszyscy wiemy, że ta sprawa śmierdzi – dodał. – Dotychczas tylko grzebaliśmy w
książkach, ale teraz wchodzimy na niepewny grunt. Żeby ruszyć dalej, będziemy
musieli naprawdę ryzykować. Może być tak, że nie wyjdziemy z tego cało. Chcecie
tego?
–
A ty chcesz? – odparł Feliks.
–
Teraz chyba nie mogę udawać, że nic nie widzę – mruknął Twardowski. – Ale wy…
–
Kretyn jesteś, Ignaś – skwitował Feliks. – To przecież też mój kraj. I nie dam
tu zrobić rozpierduchy.
Ich
spojrzenia utkwiły w Niko, ale on jak zwykle był niewzruszony.
–
Sisu – powiedział spokojnie.
–
Co? – bąknął Feliks, pewien, że się przesłyszał. – Jakie sisu?
–
Trudno to wytłumaczyć, ale nie można być Finem, nie mając sisu. A jeśli ktoś
jest sisukas, to zawsze doprowadza sprawy do końca.
Wszyscy
milczeli przez krótką chwilę, ale to nie było złe, niezręczne milczenie. Po
prostu w tym momencie nie potrzebowali żadnych słów. Podjęli decyzję. I dalej
mogło być tylko gorzej.
Nagle
coś w twarzy Niko zmieniło się; spokój i determinacja ustąpiły miejsca czemuś w
rodzaju roztargnienia. Nie zwiastowało to niczego dobrego.
–
Chyba zapomniałem wam powiedzieć – powiedział cicho – że ten cały Mircea
najprawdopodobniej jest wampirem.
Ignacy
zamrugał. Do Feliksa ta informacja jakby jeszcze nie dotarła.
–
Tak naprawdę, od dłuższego czasu wiedziałem, że żyje tu jakiś wampir – dodał po
chwili Niko, jakby miało go tu usprawiedliwić.
–
Po czym poznałeś? – sarknął Feliks, dziwnie wysokim tonem. – Rozwieszał po
lesie czarne koronki i zbudował prowizoryczny schron na dziewice?
–
Nie – odparł ze spokojem Niko. – Coś zabijało zwierzęta i wysysało z nich krew.
I było dość sprytne, by nie dać się nikomu złapać.
Jako
pierwszy otrząsnął się Ignacy.
–
I nic nie powiedziałeś?!
–
No… – zastanowił się Niko. – Wydawało mi się, że skoro poluje na zwierzęta, to
nie robi krzywdy ludziom, więc… z drugiej strony, może faktycznie… ale wtedy
miałem takie wrażenie…
Czasami
Fin był trudny. W takich chwilach Ignacy z goryczą przyznawał, że przepaść
dzieląca ludy indoeuropejskie od przybyszy znad Uralu bywała praktycznie
niemożliwa do przekroczenia.
Ale
do licha, przecież przed chwilą wszyscy się zgodzili. Nie chodziło już nawet o
przyjaźń. Powiedzieli sobie prosto w oczy, że idą dalej. Gdyby teraz chociażby
sugerowali wycofanie się, to byłoby jak splunięcie sobie nawzajem w twarz.
„Tak, jesteśmy jak trzej muszkieterowie, pójdziemy za sobą w ogień, ale nie
wtedy, gdy na drodze stoi wielki, zły wampir… wybaczcie, chłopaki”.
Dlatego,
według nieco pokręconej logiki, to naprawdę nie miało znaczenia.
Niebezpieczeństwo jest niebezpieczeństwem, bez względu na to, czy przybierze
postać biegających po lesie morderców szlam, czy krwiopijcy o nieznanych
zamiarach.
Wróć.
To oni mieli zamiary. Wampir po prostu był, jak lew pilnujący beczki z ogórkami
prawdy… albo jakoś tak.
–
No dobrze – powiedział w końcu Ignacy. – Skąd w ogóle wiesz, że to wampir?
Niko
musiał się zastanowić.
Ignacego
zawsze intrygował umysł przyjaciela. Suutari-Jääskö czasem pewne rzeczy po
prostu przewidywał, ale nie zawsze potrafił wytłumaczyć, jak. Po prostu coś
zauważał i w tej chwili miał gotowy wniosek, z pominięciem standardowego
procesu myślowego.
–
Wiecie, dlaczego najczęściej do produkcji magicznych urządzeń używa się złota
albo srebra?
Feliks
westchnął. Nie był gotowy na powtórkę z lekcji, dlatego po prostu czekał, aż
przyjaciel odpowie.
–
Chodzi o to, że chłoną zaklęcia jak gąbka. I bardzo długo zachowują swoje
właściwości.
Ignacy
przypomniał sobie, że ojciec Niko zajmował się magiczną inżynierią.
–
Nie od razu wszedłem do środka. Przez chwilę szarpałem klamkę, a później drzwi
otworzył tamten mężczyzna. Ale w drzwiach nie było zamka!
–
I? – ponaglił go Feliks.
–
Później zapytałem go o to. Powiedział, że ta klamka zapamiętuje gości i
nieznajomych po prostu nie wpuszcza do środka. Ale to była zwykła, miedziana
klamka. Praktycznie co kilka dni wymaga kolejnego zaklęcia. Gdyby załatwili
sobie klamkę z chociażby niewielką domieszką srebra, nie mieliby takiego problemu.
–
Więc dlatego Mircea musi być wampirem? – zdziwił się Feliks.
–
Sugerowałem wymianę klamki, ale ten staruszek udawał, że nie słyszy… mniejsza o
to. Kiedy powiedziałem, że chciałbym rozmawiać z Mirceą, kazał mi przyjść za
kilka dni. Chodzi o to, że Mircea często znika na prawie tygodniowe urlopy.
–
Wampir z lasu również? – domyślił się Ignacy.
–
Od dłuższego czasu nie napotykałem się na jego ślady, więc gdy usłyszałem, że
Mircei nie ma…
–
Tak właściwie, od jak dawna o nim wiesz? – przerwał brutalnie Ignacy.
–
Tak właściwie, to jakieś cztery lata.
–
W porządku, porozmawiamy o tym kiedy indziej – powiedział Ignacy, z trudem
powstrzymując złość. Denerwować się na Niko, to jakby… krzyczeć na bryłę lodu.
A przynajmniej przynosiły podobny rezultat. – Poza tym, w tej chwili to i tak
nasz najmniejszy problem – dodał już spokojniej.
Feliks
i Niko wiedzieli, że Ignacy miał rację. Mircea, bez względu na to, jaki gatunek
reprezentował, pozostawał nieosiągalny tak długo, jak wisiał nad nimi szlaban.
A dyrektor nie wyglądał na kogoś, kto łatwo zmienia zdanie. Oczywiście, zawsze
mogli spokojnie przeczekać dwa tygodnie, ale to jak dwa tygodnie ofiarowane w
ładnie zapakowanym pudełku zorganizowanej grupie przestępczej, z eleganckim
bilecikiem „z pozdrowieniami od Miłujących Dobro”.
Feliks
nagle wstał. Z nietypowo jak na siebie rozdrażnioną miną podszedł do okna i oparł się łokciami o
parapet.
Ignacy
westchnął. Od czego to wszystko się zaczęło? Od tego, że Niko znalazł wypalone
znaki w korze? Od tego, że Feliks przyłapał Izydora i jego koleżków na tym,
czego zdecydowanie nie powinni robić? Kiedy całe to śledztwo przestało być
męczące, a stało się oczywistym końcem wszystkiego?
I
wtedy pomyślał: „dlaczego my”? W Łukowcu są setki uczniów. Są mądrzy i głupi,
dobrzy i źli, słabi i silni, ale każdy z nich tak samo nadawał się na bohaterów
jak oni. Co prawda, żaden z nich nie łaził tak często po krzakach jak Niko, ani
nie miał tego głupiego fartu, jaki w udziale przypadł Feliksowi, ani… cóż, nikt
poza nim samym nie był Ignacym Twardowskim, a to z reguły wystarczało, by
wszystko układało się po jego myśli.
Może
to po prostu nic strasznego. Może aurorzy panują nad sytuacją. Może wszystko
się układa, a oni głupio pchają się tam, gdzie nikt ich nie potrzebuje.
A
potem pomyślał: „Ignacy, ty kretynie. Giną ludzie. Nie możesz myśleć, że nic
się nie dzieje, gdy ktoś umiera.”
Tak.
Prawdopodobnie postępują słusznie, co wcale nie znaczy, że to najlepsza droga.
Gdyby Ignacy był młodszy, pewnie zwróciłby się do rodziny, ale w sytuacji, gdy
nawet własny dziadek znajduje się po drugiej stronie szachownicy, Twardowski
nie potrafił powiedzieć, komu można ufać.
–
Hej, wiecie… – odezwał się Feliks, przerywając zawisłe w powietrzu milczenie. –
Kiedy okazało się, że ten cały czarodziejski świat naprawdę gdzieś istnieje, to
za każdym razem przed snem myślałem: „ciekawe, co będzie jutro”. Ale teraz…
teraz jakoś wcale nie chcę wiedzieć.
Nikt
nie potrafił tego skomentować.
*
Profesor
Jerzy Puszczyk przyłapał się na tym, że przemyka korytarzem.
Kiedyś
czuł wielką dumę z tego, że jest nauczycielem. W jego rękach leżała przecież
przyszłość narodu; chociaż nie był sam w sobie ważną osobistością, wszyscy ci
przyszli ministrowie, urzędnicy czy sędziowie, chcąc nie chcąc, będą musieli
powiedzieć, że znali starego Puszczyka. Po to został nauczycielem. By mieć
pewność, że wszystkie te dzieciaki nie pogubią się po drodze.
Więc
gdzie się podziała cała ta jego duma? Gdzie ten pewien siebie krok?
Może
został w świecie, w którym nauczyciel był autorytetem, a nie kłamcą. W świecie,
do którego nie można już wrócić.
To
zabawne, ale dopiero teraz Jerzy Puszczyk zaczął dostrzegać wady Łukowca. To
był ładny pałacyk w barokowym stylu, dosyć solidny i jak na polskie standardy,
zadbany, ale przydałoby się wymienić kilka okien. Freski w kilku miejscach
wymagały renowacji. Niektóre obrazy aż prosiły, by się nimi zająć; cóż,
niektóre z nich prosiły aż nazbyt dosłownie.
Ale
to był przecież ten sam Łukowiec, co rok temu, prawda? I Jerzy Puszczyk sam
sobie odpowiedział – nie, wcale nie. Bo wtedy… wtedy to był ich Łukowiec i to
pozwalało im kochać każdą wymagającą naprawy cegiełkę tego budynku. Teraz
zostały tylko popękane freski i niejasne przeczucie, że robi się coś złego. A
Jerzy Puszczyk po prostu próbował stosować się do Zasad.
To
były jednak złe zasady. Łamanie tych zasad też było złe. Godzenie się na ten
spisek było złe. A odejście i zostawienie tych dzieci samych…
Miał
przecież syna. Olaf może nie był… standardowy, ale po prostu był i to
zobowiązywało. Nawet bardziej niż bycie nauczycielem.
Na
korytarzu natknął się na Cecylię Dorsz-Krępicką, nauczycielkę Literatury i
Językoznawstwa. Miała nieco zalęknione spojrzenie i Puszczyk może uznałby je za
dziwne, gdyby sam nie widział go codziennie w lustrze.
–
Można prosić na słowo, Jerzy? – zapytała cicho.
–
Naturalnie.
Spiskowanie
jest odrobinę łatwiejsze, gdy jest się nauczycielem. Weszli do jednej z sali
lekcyjnych i zamknęli drzwi.
–
Nie powinniśmy dłużej na to pozwalać – powiedziała w końcu Krępicka, tonem
pełnym przekonania. – Te dzieci nie wiedzą, co się dzieje. Ich rodzice nie
wiedzą. To nie jest uczciwe.
–
Dobrze wiesz, że się z tobą zgadzam, Cecylio. – Jerzy westchnął cierpiętniczo.
– Pytanie brzmi; ile jesteśmy w stanie zrobić? Chcą ciągnąć tę szopkę aż do
wyborów i prawdopodobnie nic ich przed tym nie powstrzyma.
–
Więc wytrąćmy im oręż z dłoni! Teraz grają na jedną kartę. Nie chcą tracić
wiarygodności, więc oszukują.
–
Są zdesperowani. I gotowi do wszystkiego, byleby zamknąć usta temu, kto za
głośno się odezwie.
–
Ale razem…
–
Cecylio, bądź realistką! – Jerzy pokręcił głową. – Dobrze znałaś starego
Twardowskiego. To nie był człowiek, który godził się na byle jakie warunki. A
jednak zrezygnował. Nawet nie walczył. Jeśli potraktowano go tak obcesowo, co
mogą zaoferować nam?
Pewność
siebie wyparowała z nauczycielki. Chwilę milczała, po czym spojrzała na
Puszczyka, jakby chciała zapytać: „to co teraz?”.
–
Powinniśmy pilnować, by to nie zaszło za daleko – orzekł Jerzy z pewnym
wahaniem. – I chronić te dzieci. Powinniśmy…
–
Czekać – skończyła za niego Cecylia. – Rozumiem. Cóż, dobranoc, Jerzy.
Co
im jeszcze zostało?