środa, 12 czerwca 2013

14. To może być bieszczadzki suojelusenkeli



Klaudiusz Trzcinka zapalił papierosa i zaciągnął się pożądliwie. „Zabawny dzieciak”, pomyślał, strzepując popiół na podłogę, „sprytny jak wąż i dość przyzwoity, by się z tym nie obnosić”.
Tymczasem z odbicia w lustrze spoglądał na niego zmęczony, niski staruszek, o złośliwym spojrzeniu i uśmiechu bez cienia radości. Klaudiusz uśmiechał się na myśl, że ten wstrętny dziadek też kiedyś był zabawnym, sprytnym i przyzwoitym dzieciakiem.
Zakrywszy ciemną płachtą lustro, wyciągnął spod lady podniszczony notatnik. Kolumny zapisanych nazwisk, należności do spłacenia, tego, co on sam był winny. Wszystko zapisane drobnym, koślawym pismem. Trzcinka przerzucił niedbale strony i dopisał kolejne miano do listy. Właściwie, zawsze zastanawiał się, jak bardzo zdesperowani musieli być ludzie, by robić tu interesy. Rzecz jasna, miał na myśli zwykłych ludzi, z rodzinami i przyjaciółmi; nie tych szemranych zbirów, o ile Klaudiusz miał jakiekolwiek prawo, by tak wyrażać się o kolegach z branży.
Z chwilą, gdy tylko oderwał stalówkę pióra od kartki, dzwonek u drzwi zabrzęczał dźwięcznie. Trzcinka uważał ten dzwonek za doskonały żart. Dawał złudną nadzieję, że to porządny lokal; wycieraczka z napisem „witaj” i dzwonek to ostatnie rzeczy, jakich ktoś mógł się spodziewać, wchodząc do takiego miejsca.
– Nie móviłem, żeby ściągnąć te ustrojstvo?
Szkoda, że nie każdy podzielał jego poczucie humoru. Klaudiusz wypuścił dym papierosowy nosem i spojrzał na przybysza.
Chłopak strzepał śnieg z czarnych niczym węgiel włosów i uśmiechnął się zadziornie do Trzcinki.
– Co, zaskoczony? – Wyciągnął rękę przed siebie. – Visisz mi paczkę, stary draniu! Słyszałem, co żeś vygadywał! Sze teraz nie uda mi się vyvinąć? To teraz płać, cholera! 
– Powiedziałem, że teraz będziesz potrzebował więcej niż tydzień, by zwiać z aresztu. – Strzepnął na dłoń przybyłego pojedynczego papierosa. – Na więcej nie licz. Dzieci nie powinny palić, nawet takie paskudne jak ty.
– Ha, ha. – Przybysz przeskoczył przez ladę, odpalił papierosa od żaru w kominku i oparł się o ścianę. – Jak ja jestem dziecko, to ty, staruszku, povinieneś dawno gnić v trumnie. 
– Jakbyś był w moim wieku, też byś traktował jako dzieciaki każdego poniżej trzydziestki.
– V tvoim vieku? – powtórzył chłopak leniwie. – Do licha, v tvoim vieku mam zamiar mieć vięcej kasy, niż umiem zliczyć i vięcej kobiet, niż ty vszy na głovie. I na pevno nie będę miał zamiaru traktovać tych dzievczyn jak dzieci. 
Klaudiusz z zainteresowaniem obserwował, jak przybysz zaciągnął się i z pewnym roztargnieniem potarł policzek.
– Kto tu był? Ta dvójka? – padło w końcu pytanie, którego Trzcinka spodziewał się od początku tej rozmowy. 
– Jakiś dzieciak – wyjaśnił Klaudiusz. – A potem klient.
– Dzie… zaraz, od tych tamtych?
– Nie wydaje mi się, by miał z nimi coś wspólnego. Trochę węszył. Interesował się memoriotami. Niegroźny.
– To się zobaczy – burknął chłopak ponuro. – Nie chcę znovu iść do paki. Raz v miesiącu to maksimum. A klient?
– Chciał zastawić to lustro. Twierdził, że magiczne.
– Ain Eingarp?
– Chciałbym. Tak naprawdę nie wiem, co w nim magicznego. Powiedziałem, że dam do wyceny i żeby facet przyszedł za tydzień.
Młodzieniec, którym był słynny w niektórych kręgach Mircea Crăsescu, z zaciekawieniem odsłonił lustro. Chwilę wodził palcami po zdobionej ramie, po czym odwrócił się przez ramię do staruszka.
– Nie viem, czy cokolviek uda się na tym zarobić. Vłaściwie, nie vidzę tu niczego niezvykłego. 
– Ja owszem – odpowiedział Klaudiusz. – Ale zdaje się, że już przywykłem.
Mircea stał tak blisko lustra, że powinien widzieć wyłącznie własne odbicie. Powinien.
– Wiesz, ten dzieciak pytał o ciebie – odezwał się nagle Klaudiusz. – Twierdził, że może mieć do ciebie interes.
– Tak, a jaki?
– Tego już nie powiedział. Ale mam takie wrażenie, że…
– Że co?
– To był naprawdę sprytny dzieciak. Zastanawiam się, czy nie powiedziałem mu za dużo. Na odchodnym odwrócił się, chwilę myślał i zapytał: „mam nadzieję, że ten pana przyjaciel nie trzyma tu żadnych gigantycznych skorpionów?”.
– A co ma to niby znaczyć? – Mircea zmarszczył brwi. 
Klaudiusz wzruszył ramionami. Wiedział tylko jedno.
To był piekielnie sprytny dzieciak. W końcu udało mu się znaleźć swoje zgubione półtora kroku. A to już o czymś świadczy!

*

– W środku budynek był mniejszy, niż na zewnątrz – wyjaśnił Niko. – Tknęło mnie dopiero, jak już wyszedłem. Zmierzyłem długość zewnętrznej ściany krokami, a później na piętrze. Nie zgadzało się.
Feliks i Ignacy wpatrywali się w niego ze zdziwieniem.
– Ale jedno mnie zastanowiło. To w końcu była straszna rudera, ale zawiasy okna były naoliwione. Nie zauważyliście?
– Eee… – powiedział Feliks. – Miałem niejasne przeczucie.
– Za oknem jest przejście – ciągnął dalej Niko. – Schody i ściana są niewidzialne od środka, dlatego zza szyby dało się zobaczyć ulicę.
– Chcesz powiedzieć, że kiedy my weszliśmy do środka… to tak naprawdę w środku byłeś ty? – Feliks podrapał się po głowie.
– Po cholerę właziłeś tam sam? – zdenerwował się Ignacy. – Przecież nie wiedziałeś, co mogło być wewnątrz!
– W środku był tylko stary charłak. Raczej nie wydawał się groźny, ale też nie dowiedziałem się od niego niczego istotnego. Powiedział, że jeśli chcę informacji, muszę skontaktować się z „Mirceą”.
Zapanowała cisza. Wszyscy trzej jak jeden mąż zastanowili się, jak u licha zejść do Łukowca i jednocześnie nie łamać warunków szlabanu.
Ignacy w końcu westchnął i pokręcił głową.
– Nie wiem, czy jesteście tego świadomi, ale to ostatnia możliwość, żeby się wycofać – powiedział w końcu, dziwnie cichym i zrezygnowanym tonem.
Nie odpowiedzieli. Ignacy nie wiedział, czy zrozumieli, co chciał im powiedzieć.
– Wszyscy wiemy, że ta sprawa śmierdzi – dodał. – Dotychczas tylko grzebaliśmy w książkach, ale teraz wchodzimy na niepewny grunt. Żeby ruszyć dalej, będziemy musieli naprawdę ryzykować. Może być tak, że nie wyjdziemy z tego cało. Chcecie tego?
– A ty chcesz? – odparł Feliks.
– Teraz chyba nie mogę udawać, że nic nie widzę – mruknął Twardowski. – Ale wy…
– Kretyn jesteś, Ignaś – skwitował Feliks. – To przecież też mój kraj. I nie dam tu zrobić rozpierduchy.
Ich spojrzenia utkwiły w Niko, ale on jak zwykle był niewzruszony.
– Sisu – powiedział spokojnie.
– Co? – bąknął Feliks, pewien, że się przesłyszał. – Jakie sisu?
– Trudno to wytłumaczyć, ale nie można być Finem, nie mając sisu. A jeśli ktoś jest sisukas, to zawsze doprowadza sprawy do końca.
Wszyscy milczeli przez krótką chwilę, ale to nie było złe, niezręczne milczenie. Po prostu w tym momencie nie potrzebowali żadnych słów. Podjęli decyzję. I dalej mogło być tylko gorzej.
Nagle coś w twarzy Niko zmieniło się; spokój i determinacja ustąpiły miejsca czemuś w rodzaju roztargnienia. Nie zwiastowało to niczego dobrego.
– Chyba zapomniałem wam powiedzieć – powiedział cicho – że ten cały Mircea najprawdopodobniej jest wampirem.
Ignacy zamrugał. Do Feliksa ta informacja jakby jeszcze nie dotarła.
– Tak naprawdę, od dłuższego czasu wiedziałem, że żyje tu jakiś wampir – dodał po chwili Niko, jakby miało go tu usprawiedliwić.
– Po czym poznałeś? – sarknął Feliks, dziwnie wysokim tonem. – Rozwieszał po lesie czarne koronki i zbudował prowizoryczny schron na dziewice?
– Nie – odparł ze spokojem Niko. – Coś zabijało zwierzęta i wysysało z nich krew. I było dość sprytne, by nie dać się nikomu złapać.
Jako pierwszy otrząsnął się Ignacy.
– I nic nie powiedziałeś?!
– No… – zastanowił się Niko. – Wydawało mi się, że skoro poluje na zwierzęta, to nie robi krzywdy ludziom, więc… z drugiej strony, może faktycznie… ale wtedy miałem takie wrażenie…
Czasami Fin był trudny. W takich chwilach Ignacy z goryczą przyznawał, że przepaść dzieląca ludy indoeuropejskie od przybyszy znad Uralu bywała praktycznie niemożliwa do przekroczenia.
Ale do licha, przecież przed chwilą wszyscy się zgodzili. Nie chodziło już nawet o przyjaźń. Powiedzieli sobie prosto w oczy, że idą dalej. Gdyby teraz chociażby sugerowali wycofanie się, to byłoby jak splunięcie sobie nawzajem w twarz. „Tak, jesteśmy jak trzej muszkieterowie, pójdziemy za sobą w ogień, ale nie wtedy, gdy na drodze stoi wielki, zły wampir… wybaczcie, chłopaki”.
Dlatego, według nieco pokręconej logiki, to naprawdę nie miało znaczenia. Niebezpieczeństwo jest niebezpieczeństwem, bez względu na to, czy przybierze postać biegających po lesie morderców szlam, czy krwiopijcy o nieznanych zamiarach.
Wróć. To oni mieli zamiary. Wampir po prostu był, jak lew pilnujący beczki z ogórkami prawdy… albo jakoś tak.
– No dobrze – powiedział w końcu Ignacy. – Skąd w ogóle wiesz, że to wampir?
Niko musiał się zastanowić.
Ignacego zawsze intrygował umysł przyjaciela. Suutari-Jääskö czasem pewne rzeczy po prostu przewidywał, ale nie zawsze potrafił wytłumaczyć, jak. Po prostu coś zauważał i w tej chwili miał gotowy wniosek, z pominięciem standardowego procesu myślowego.
– Wiecie, dlaczego najczęściej do produkcji magicznych urządzeń używa się złota albo srebra?
Feliks westchnął. Nie był gotowy na powtórkę z lekcji, dlatego po prostu czekał, aż przyjaciel odpowie.
– Chodzi o to, że chłoną zaklęcia jak gąbka. I bardzo długo zachowują swoje właściwości.
Ignacy przypomniał sobie, że ojciec Niko zajmował się magiczną inżynierią.
– Nie od razu wszedłem do środka. Przez chwilę szarpałem klamkę, a później drzwi otworzył tamten mężczyzna. Ale w drzwiach nie było zamka!
– I? – ponaglił go Feliks.
– Później zapytałem go o to. Powiedział, że ta klamka zapamiętuje gości i nieznajomych po prostu nie wpuszcza do środka. Ale to była zwykła, miedziana klamka. Praktycznie co kilka dni wymaga kolejnego zaklęcia. Gdyby załatwili sobie klamkę z chociażby niewielką domieszką srebra, nie mieliby takiego problemu.
– Więc dlatego Mircea musi być wampirem? – zdziwił się Feliks.
– Sugerowałem wymianę klamki, ale ten staruszek udawał, że nie słyszy… mniejsza o to. Kiedy powiedziałem, że chciałbym rozmawiać z Mirceą, kazał mi przyjść za kilka dni. Chodzi o to, że Mircea często znika na prawie tygodniowe urlopy.
– Wampir z lasu również? – domyślił się Ignacy.
– Od dłuższego czasu nie napotykałem się na jego ślady, więc gdy usłyszałem, że Mircei nie ma…
– Tak właściwie, od jak dawna o nim wiesz? – przerwał brutalnie Ignacy.
– Tak właściwie, to jakieś cztery lata.
– W porządku, porozmawiamy o tym kiedy indziej – powiedział Ignacy, z trudem powstrzymując złość. Denerwować się na Niko, to jakby… krzyczeć na bryłę lodu. A przynajmniej przynosiły podobny rezultat. – Poza tym, w tej chwili to i tak nasz najmniejszy problem – dodał już spokojniej.
Feliks i Niko wiedzieli, że Ignacy miał rację. Mircea, bez względu na to, jaki gatunek reprezentował, pozostawał nieosiągalny tak długo, jak wisiał nad nimi szlaban. A dyrektor nie wyglądał na kogoś, kto łatwo zmienia zdanie. Oczywiście, zawsze mogli spokojnie przeczekać dwa tygodnie, ale to jak dwa tygodnie ofiarowane w ładnie zapakowanym pudełku zorganizowanej grupie przestępczej, z eleganckim bilecikiem „z pozdrowieniami od Miłujących Dobro”.
Feliks nagle wstał. Z nietypowo jak na siebie rozdrażnioną miną  podszedł do okna i oparł się łokciami o parapet.
Ignacy westchnął. Od czego to wszystko się zaczęło? Od tego, że Niko znalazł wypalone znaki w korze? Od tego, że Feliks przyłapał Izydora i jego koleżków na tym, czego zdecydowanie nie powinni robić? Kiedy całe to śledztwo przestało być męczące, a stało się oczywistym końcem wszystkiego?
I wtedy pomyślał: „dlaczego my”? W Łukowcu są setki uczniów. Są mądrzy i głupi, dobrzy i źli, słabi i silni, ale każdy z nich tak samo nadawał się na bohaterów jak oni. Co prawda, żaden z nich nie łaził tak często po krzakach jak Niko, ani nie miał tego głupiego fartu, jaki w udziale przypadł Feliksowi, ani… cóż, nikt poza nim samym nie był Ignacym Twardowskim, a to z reguły wystarczało, by wszystko układało się po jego myśli.
Może to po prostu nic strasznego. Może aurorzy panują nad sytuacją. Może wszystko się układa, a oni głupio pchają się tam, gdzie nikt ich nie potrzebuje.
A potem pomyślał: „Ignacy, ty kretynie. Giną ludzie. Nie możesz myśleć, że nic się nie dzieje, gdy ktoś umiera.”
Tak. Prawdopodobnie postępują słusznie, co wcale nie znaczy, że to najlepsza droga. Gdyby Ignacy był młodszy, pewnie zwróciłby się do rodziny, ale w sytuacji, gdy nawet własny dziadek znajduje się po drugiej stronie szachownicy, Twardowski nie potrafił powiedzieć, komu można ufać.
– Hej, wiecie… – odezwał się Feliks, przerywając zawisłe w powietrzu milczenie. – Kiedy okazało się, że ten cały czarodziejski świat naprawdę gdzieś istnieje, to za każdym razem przed snem myślałem: „ciekawe, co będzie jutro”. Ale teraz… teraz jakoś wcale nie chcę wiedzieć.
Nikt nie potrafił tego skomentować.

*

Profesor Jerzy Puszczyk przyłapał się na tym, że przemyka korytarzem.
Kiedyś czuł wielką dumę z tego, że jest nauczycielem. W jego rękach leżała przecież przyszłość narodu; chociaż nie był sam w sobie ważną osobistością, wszyscy ci przyszli ministrowie, urzędnicy czy sędziowie, chcąc nie chcąc, będą musieli powiedzieć, że znali starego Puszczyka. Po to został nauczycielem. By mieć pewność, że wszystkie te dzieciaki nie pogubią się po drodze.
Więc gdzie się podziała cała ta jego duma? Gdzie ten pewien siebie krok?
Może został w świecie, w którym nauczyciel był autorytetem, a nie kłamcą. W świecie, do którego nie można już wrócić.
To zabawne, ale dopiero teraz Jerzy Puszczyk zaczął dostrzegać wady Łukowca. To był ładny pałacyk w barokowym stylu, dosyć solidny i jak na polskie standardy, zadbany, ale przydałoby się wymienić kilka okien. Freski w kilku miejscach wymagały renowacji. Niektóre obrazy aż prosiły, by się nimi zająć; cóż, niektóre z nich prosiły aż nazbyt dosłownie.
Ale to był przecież ten sam Łukowiec, co rok temu, prawda? I Jerzy Puszczyk sam sobie odpowiedział – nie, wcale nie. Bo wtedy… wtedy to był ich Łukowiec i to pozwalało im kochać każdą wymagającą naprawy cegiełkę tego budynku. Teraz zostały tylko popękane freski i niejasne przeczucie, że robi się coś złego. A Jerzy Puszczyk po prostu próbował stosować się do Zasad.
To były jednak złe zasady. Łamanie tych zasad też było złe. Godzenie się na ten spisek było złe. A odejście i zostawienie tych dzieci samych…
Miał przecież syna. Olaf może nie był… standardowy, ale po prostu był i to zobowiązywało. Nawet bardziej niż bycie nauczycielem.
Na korytarzu natknął się na Cecylię Dorsz-Krępicką, nauczycielkę Literatury i Językoznawstwa. Miała nieco zalęknione spojrzenie i Puszczyk może uznałby je za dziwne, gdyby sam nie widział go codziennie w lustrze.
– Można prosić na słowo, Jerzy? – zapytała cicho.
– Naturalnie.
Spiskowanie jest odrobinę łatwiejsze, gdy jest się nauczycielem. Weszli do jednej z sali lekcyjnych i zamknęli drzwi.
– Nie powinniśmy dłużej na to pozwalać – powiedziała w końcu Krępicka, tonem pełnym przekonania. – Te dzieci nie wiedzą, co się dzieje. Ich rodzice nie wiedzą. To nie jest uczciwe.
– Dobrze wiesz, że się z tobą zgadzam, Cecylio. – Jerzy westchnął cierpiętniczo. – Pytanie brzmi; ile jesteśmy w stanie zrobić? Chcą ciągnąć tę szopkę aż do wyborów i prawdopodobnie nic ich przed tym nie powstrzyma.
– Więc wytrąćmy im oręż z dłoni! Teraz grają na jedną kartę. Nie chcą tracić wiarygodności, więc oszukują.
– Są zdesperowani. I gotowi do wszystkiego, byleby zamknąć usta temu, kto za głośno się odezwie.
– Ale razem…
– Cecylio, bądź realistką! – Jerzy pokręcił głową. – Dobrze znałaś starego Twardowskiego. To nie był człowiek, który godził się na byle jakie warunki. A jednak zrezygnował. Nawet nie walczył. Jeśli potraktowano go tak obcesowo, co mogą zaoferować nam?
Pewność siebie wyparowała z nauczycielki. Chwilę milczała, po czym spojrzała na Puszczyka, jakby chciała zapytać: „to co teraz?”.
– Powinniśmy pilnować, by to nie zaszło za daleko – orzekł Jerzy z pewnym wahaniem. – I chronić te dzieci. Powinniśmy…
– Czekać – skończyła za niego Cecylia. – Rozumiem. Cóż, dobranoc, Jerzy.
Co im jeszcze zostało?