środa, 29 maja 2013

13. Dom, w którym nikt nie jest mile widziany


Gdyby Ignacy i Feliks zostaliby dłużej na stacji Łukowiec, pewnie zauważyliby dwóch dość charakterystycznych dżentelmenów.
Na pierwszy rzut oka dało się poznać, że mają za sobą naprawdę długą podróż; jasnym tego świadectwem były ich zmęczone spojrzenia i wyraźna ulga, jaka odzywa się w człowieku, gdy po żmudnej wyprawie w końcu osiąga upragniony cel. Druga rzecz, jaka odróżniała ich od tłumu pospolitych Polaków, ściągających do Łukowca w różnych sprawach, to język, jakim się posługiwali.
Podróżni gawędzili po angielsku – wprawne ucho rozpoznałoby brytyjski akcent. Rozmawiali swobodnie, ale dość cicho, jakby mimo wszystko obawiali się, że bariera językowa nie przeszkodzi niepowołowanym osobom w przechwyceniu pewnych informacji.
Po krótkiej chwili oczekiwania jeden z nich, wysoki rudzielec, szturchnął swojego towarzysza i wskazał na zmierzającego ku nim mężczyźnie. Ruszyli mu na powitanie.
– Nareszcie – zaczął bez ogródek przybysz. – Prawdę mówiąc, obawiałem się, że będziemy musieli obyć się bez was. Kazaliście na siebie długo czekać. 
– Ten język okazał się większą przeszkodą, niż przypuszczaliśmy – odezwał się rudzielec.
– Najmocniej przepraszamy, sir – dodał jego towarzysz.
– Mam wrażenie, że szef traktuje tę sprawę bardziej niż obcesowo – westchnął ich rozmówca. – Pięć dni spóźnienia! To niedopuszczalne, biorąc pod uwagę fakt, że daliśmy wam dodatkowy tydzień na przygotowania. 
– Mnemotyki przygotowane przez naszego Mistrza Eliksirów okazały się mieć pewne działania uboczne, sir – powiedział niespokojnie przyjaciel rudowłosego. – Działały nadzwyczaj efektownie, ale…
– Ale co?
– Wolelibyśmy, by to zostało między nami a uzdrowicielami z Munga, sir – stwierdził nieco zażenowanym tonem rudzielec.
– W każdym razie, witamy na pokładzie. Świetny kamuflaż, panowie…
– Jenkins i Dawson, sir – podpowiedział przyjaciel rudego.
– Co prawda, nie uważam, by w pana przypadku, panie… Dawson, było to aż tak konieczne. 
– Środki bezpieczeństwa, sir. Moja żona nalegała.
– Rozumiem. Dalsze instrukcje będą czekały na was na miejscu. Doprawdy, gdybym miał do dyspozycji wszystkich moich chłopców z kwatery głównej, już dawno mielibyśmy to za sobą!
Dwaj przybysze spojrzeli po sobie.
– Słyszeliśmy, że są pewne komplikacje, sir – zagadnął jeden z nich.
– A więc dotarły do was raporty tutejszych aurorów… Cóż, faktycznie nie wyglądają zbyt optymistycznie, ale zapewniam, że trudno tutaj o kompetentnych pracowników. Dlatego właśnie zwrócono się do nas.
– Tak, sir.
– Liczę na was, panowie.
– Tak, sir.
– Wiecie, dokąd macie się udać?
– Tak, sir.
– Doskonale. Powodzenia.
Mężczyzna oddalił się szybko, zostawiając cudzoziemców samych.
Chwilę stali w miejscu, odprowadzając wzrokiem Richarda Rosiera, dyrektora Akademii Magicznej imienia Karola Stanisława Radziwiłła w Łukowcu i zastępcę szefa biura aurorów w jednym.
– Szczerze? – odezwał się nagle jeden do rudzielca. – Gdyby ktoś powiedział, że przez ponad dwa tygodnie będą nas poić jakąś szemraną miksturą, dzięki której podstawy najbardziej pokręconego języka świata da się opanować w zadziwiająco krótkim czasie, by wysłać nas na koniec świata, gdzie do końca misji będziemy musieli truć się eliksirem wielosokowym, chyba nie brałbym tej roboty.
– Daj spokój, Harry, mieliśmy dziwniejsze zlecenia.
Gdyby biedak znał wszystkie okoliczności tej sprawy, pewnie nie wypowiadałby tak pewnie owej opinii.

*

W drodze do „Rożna” Ignacy i Feliks przeszli obok tajemniczego budynku, którym tak zainteresował się Niko. Wołoszyn zatrzymał się raptownie i przyjrzał ruderze ze sceptycznym wyrazem twarzy.
– Myślisz, że ktoś tu mieszka? – zapytał przyjaciela.
– Myślę, że to dosyć łatwo sprawdzić.
Zajrzał przez okno, po czym wzruszył ramionami i otworzył drzwi. Ku zdziwieniu Feliksa, ustąpiły bez większego oporu.
Ignacy wszedł do środka pierwszy, Feliks z pewnymi obawami przestąpił próg za nim. Obaj poczuli się trochę zawiedzeni.
Budynek mógł służyć za modelowy przykład efektu ubocznego architektury. Był to typowy, stary dom, drewniany i trzeszczący, porośnięty grubą warstwą kurzu. Nie wydzielono w nim żadnych pokoi – cały parter składał się z pojedynczego pomieszczenia. W środku nie znajdowało się nic wartego uwagi; jedyne elementy wyposażenia stanowiły skrzynie poustawiane przy ścianach i kilka starych, brudnych płatów materiału. Na piętro prowadziły schody, tak samo zaniedbane, jak reszta domu.
Powietrze było tu ciężkie i nieprzyjemne. Feliks poczuł, jak kręci mu się w nosie od wszechobecnego kurzu.
– Może coś mu się przewidziało? – spróbował zgadnąć Ignacy. – Nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek miał jakiś interes, by tu przychodzić.
Feliks, walcząc z żądzą kichnięcia, pokręcił dramatycznie głową i machnął ręką przed sobą. Twardowski przyglądał się tym nieskoordynowanym ruchom z uniesionymi brwiami.
W końcu Wołoszyn kichnął, po czym z miejsca pobladł i cofnął się o krok. Ignacy już miał to jakoś skomentować, ale Feliks gestem nakazał mu milczenie i wskazał na coś przed nimi.
Dwa ślady butów odciśnięte na kurzu, prowadzące prosto do schodów i jeden wiodący w przeciwnym kierunku. Ignacego zaintrygował ten trop – w końcu oznaczał, że ktoś tu był. Po krótkiej chwili dotarło do niego, skąd to dziwne zachowanie ze strony Feliksa. Ów ktoś bowiem wszedł na piętro, z jakiegoś powodu cofnął się, by znowu ruszyć tą samą trasą i już nie wrócić.
Co oznaczało, że ktoś musiał być na górze. Ignacy nabrał powietrza w płuca i pożałował, że w ogóle się odezwał.
– Chyba powinniśmy spadać – zaproponował szeptem Feliks.
– Czekaj – mruknął Ignacy i ściskając różdżkę w dłoni, ruszył tropem. Jego przyjaciel westchnął z rozpaczą, ale poszedł w ślad za Twardowskim.
Wydawało się niemożliwym, by przejść po schodach bez zbędnego hałasu, ale mieli nadzieję, że trzask drewna zginie gdzieś w tłumie wszystkich jęków starego domostwa.
Na wyższej kondygnacji panował taki sam nieład. To, co rzuciło się Ignacemu jako pierwsze w oczy, to ścieżka wydeptana między równoległymi ścianami. Wyglądało to tak, jakby jakaś osoba kilkakrotnie kroczyła od jednej ściany do drugiej. Trop urywał się przy otwartym na oścież oknie.
Feliks i Ignacy spojrzeli po sobie, po czym podeszli do parapetu, by wyjrzeć na ulicę. Życie w Łukowcu biegło swoim tempem i nikt nie zachowywał się tak, jakby stało się coś niesamowitego.
– Nie rozumiem – przyznał się Feliks. – Jakiś koleś wlazł do środka, wyszedł, na górze łaził w tę i z powrotem, po czym wyskoczył przez okno?
– Wszystko na to wskazuje – odparł z zadumą Ignacy i westchnął ciężko. – Na dobrą sprawę, to nie jest jedyna bezsensowna rzecz, na jaką się napotykamy, co?
Feliks uśmiechnął się niespodziewanie.
– No wiesz, żyjemy w ciekawym kraju. – Odszedł od okna, po czym przyjrzał się uważnie śladom. – A ten, w sumie jedno mnie zastanawia. Niko mówił, że byli tutaj Soboń z Więckowskim, ale nie widać ich odcisków butów. To znaczy, wiem, że minął szmat czasu, ale to wygląda tak, jakby ktoś wszedł tu po raz pierwszy od dziesięciu lat.
Ignacy chwilę milczał, po czym wzruszył ramionami.
– Niko nie zawsze ma rację.
– Bluźnisz – powiedział z poważną miną Feliks. – Serio, to typ człowieka, który przemyśli milion razy, nim coś powie czy zrobi.
Niespodziewanie drgnął, poruszony jakąś nagłą myślą. Nim Ignacy zdążył zareagować, pognał schodami w dół. Twardowski usłyszał trzask drzwi – po chwili rozległ się tupot stóp i Feliks znowu zjawił się na piętrze.
– I co? – zapytał z podekscytowaniem.
– A co ma być? – wolał upewnić się Ignacy.
Feliks spojrzał na ślady tajemniczego ktosia i niewiele myśląc powtórzył ten skomplikowany układ choreograficzny, wykonany przez poprzedniego gościa dziwnego domostwa. Pełen ufności podskoczył do okna, uśmiech jednak szybko spełzł z jego twarzy.
– Rany – mruknął, zawiedziony. – Naprawdę miałem nadzieję, że to jakiś, wiesz, szyfr. Coś w stylu „sezamie, otwórz się”.
Ignacy pokręcił głową.
– Mam wrażenie, że nasza dwuosobowa grupa śledcza tylko zagmatwała sprawę – skrytykował. – To chyba ślepy zaułek.
Feliks musiał przyznać mu rację. Z jakiegoś powodu poczuł się przygnębiony.
– Co ja robię ze swoim życiem? – westchnął egzystencjalnie. – W poniedziałek egzaminy, a ja włóczę się po ruderach i omijam lekcje.
– I niby teraz odczuwasz drastyczną potrzebę doedukowania się?
– Nie, co ty. Teraz to już chyba serio spadamy, hm?
Ignacy wzruszył ramionami. Obaj zeszli na dół i wyszli na ulicę.
Znowu zaczął padać śnieg. Feliks westchnął z utrapieniem i naciągnął kaptur kurtki na głowę.
– Tyle, jeśli o knajpy chodzi – zawyrokował Ignacy. – Wracamy do szkoły, zanim nas zasypie.
W drodze do Łukowca każdemu z nich towarzyszyły zupełnie odmienne myśli. Feliks dosyć szybko przestał się trapić wycieczką do podejrzanego budynku i zaczął myśleć nad porannym zachowaniem przyjaciela z dalekiej Finlandii. Niko wydawał się naprawdę zdezorientowany całą sytuacją i nietrudno było się domyśleć, że coś musiało się stać w tym lesie. Co było na tyle istotne, że wytrąciło Fina z równowagi?
Jeśli zaś o Ignacego chodzi, jego myśli oscylowały wokół zupełnie innego tematu – z całą pewnością czegoś bardziej przyziemnego.
Śnieg wkrótce pokrył ziemię gęstą pokrywą, przez co powrót do szkoły był trochę utrudniony. Feliks ucieszył się, że zgodnie z przewidywaniem nie zdążyli na ostatnią lekcję, ale uśmiech szybko spełzł mu z twarzy. Łukowiec najwidoczniej przeżywał kolejny kryzys.
O tej porze nieliczni z własnej woli opuszczali ciepłe mury budynku, jednak tym razem błonia przed szkołą wywabiły ze szkoły kilkoro nauczycieli. Ignacy z Feliksem spojrzeli po sobie, przeczuwając kłopoty.
Nawet nie zdawali sobie sprawy z faktu, jakie mieli szczęście, że jako pierwsza dojrzała ich pani Wroniewska. Idalia, brodząc niezdarnie w śniegu, stanęła przed parą uczniów z wyrazem udręki wymieszanej ze strachem na twarzy.
– Na Welesa! – zawołała i przyjrzała się im dokładnie. – Jesteście cali? Wszystko w porządku? – Nie czekała na odpowiedź. – A wasz kolega?
– Niko? – upewnił się Feliks. – Nie było go z nami…
Nauczycielka załamała ręce.
– Do środka, migiem. I jeśli jeszcze raz się zdarzy… na Welesa!
Oddaliła się, machając chaotycznie rękami.
Feliks nie wiedział, jak zareagować. Oczywiście, należał do tych chłopców, którym notorycznie zdarzało się broić i podpadać nauczycielom, ale jeszcze nigdy nie doprowadził nikogo do stanu histerii. Powoli przeniósł wzrok na Ignacego, ale jego mina wskazywała na to, że on również nie wie, co o tym myśleć.
Po drodze zatrzymało ich jeszcze kilku profesorów, zadając kilka lakonicznych pytań i nie wyjaśniając, co jest przyczyną takiego zamieszania. Sprawę rozjaśnił dopiero Gerhard, na którego przypadkiem wpadli na korytarzu.
– Rany, Gerd! – zawołał Feliks na widok Niemca. – O co chodzi?
Gerhard najwidoczniej zdziwił się na ich widok. Dopiero po chwili zaczął mówić.
– Nauczyciele zorientowali się, że was nie ma i zareagowali trochę… nerwowo – powiedział Niemiec niepewnym tonem. – Odwołano lekcje i wydali kategoryczny zakaz opuszczania szkoły przez uczniów.
– Świetnie – jęknął Feliks. – Teraz to dostaniemy opiernicz życia.
– To przecież wcale nie były pierwsze wagary w historii szkoły – mruknął Ignacy. – Skoro podjęli takie środki, to muszą wiedzieć, co jest grane.
– Ja przepraszam – rzekł Gerd tonem graniczącym z błagalnym. – Bardzo się cieszę, że widzę was całych i zdrowych, naprawdę, ale muszę iść!
– Chwila, bo… – Chciał go zatrzymać Feliks, jednak Niemiec sprytnie go wyminął i pobiegł korytarzem.
Wołoszyn obejrzał się za nim ze zdziwioną miną. Ignacy westchnął i pokręcił z dezaprobatą głową.
– Nie dość, że mamy przekichane – odezwał się po chwili Feliks – to chyba zaraz naprawdę zacznę się martwić o tego cholernego włóczykija.
Ignacy milczał.
– Z rana wydawał się jakiś dziwny. Chyba widział w tym lesie więcej, niż chciałby widzieć – dodał po chwili.
– Znajdzie się – stwierdził lakonicznie Ignacy. – Nie zdziwiłbym się, gdyby przyszedł do szkoły dopiero wieczorem. Im gorszy ma humor, tym dłużej go nie ma.
– Trochę głupio wyszło z tą wycieczką, nie?
– Tak – odruchowo potwierdził Ignacy, zaraz jednak zmarszczył brwi. – Chociaż, wiesz co? Wcale nie żałuję. Przynajmniej teraz wiemy, komu nie można ufać. I że nie można czekać, aż sprawa się sama rozwiąże.
– Myślisz, że będą z tego kłopoty? – zapytał nagle Feliks. – Najwyraźniej próbujemy grzebać tam, gdzie nikt nas sobie nie życzy.
Ignacy uśmiechnął się z goryczą.
– Wiesz, Feliks, chyba już od dłuższego czasu ubiegamy się o specjalizację we wpadaniu w kłopoty.
Wołoszyn roześmiał się cicho, ale zaraz uśmiech spełznął z jego twarzy.
– Patrz, kto idzie.
Ignacy obejrzał się.
Szła korytarzem szybko, ale też z pewnym zrezygnowaniem. Wraz z zmniejszającym się między nimi dystansem przyspieszała, by w końcu prawie biec. Bez żadnego wahania wtuliła się w Ignacego i nie wiedząc czemu, wydawała się jeszcze drobniejsza i bledsza niż zwykle. Twardowski, oszołomiony, odwzajemnił uścisk i poczuł, jak jej ramiona drżą.
– Nigdy więcej mnie tak nie strasz – powiedziała cicho Emilia. – Nawet nie wiesz, jakie okropne plotki chodziły po szkole.
Ignacy nie odpowiedział. Trzymał ją w ramionach i zwyczajnie nie wiedział, jakich słów powinien użyć.
Feliks uśmiechnął się pod nosem i zostawił ich samych.

*

Druella Rosier z dumną miną postawiła kropkę po ostatnich zdaniu. Nie wątpiła, że tekst wciąż pachnący świeżym inkaustem zrewolucjonizuje definicję dziennikarstwa i zmieni spojrzenie na świat tysięcy ludzi… o ile zostanie dopuszczony do druku.
Och nie, nie myśl tak nawet, na pewno wszystko będzie dobrze! Ella zebrała w zgrabny pęk arkuszy efekt jej twórczej pracy i zerwała się z krzesła. Jeszcze nie do końca orientowała się w architekturze Łukowca, ale bez większych problemów udało jej się dotrzeć do gabinetu dyrektora.
Zawsze przykładała dużą uwagę do etykiety, ale w chwilach, kiedy była szczególnie podekscytowana, zdarzało jej się zapominać o dobrym wychowaniu. Wpadła do środka bez pukania, ściskając artykuł w rękach.
– Tatku! – zawołała z uśmiechem po angielsku. – Właśnie skończyłam, chciałbyś…
Urwała nagle, widząc, że dyrektor ma gości. Richard siedział przy biurku wraz z dwoma nieznajomymi Druelli mężczyznami. Raczej nie należeli do kadry nauczycielskiej; z tymi poważnymi minami i bardzo oficjalnymi strojami wyglądali na urzędników.
– Dobry wieczór – powiedziała, nieco zbita z tropu. – Najmocniej przepraszam, że przeszkodziłam.
– Wybacz, Druello – odparł jej ojciec, mierząc ją uważnym wzrokiem. – Pan premier z panem ministrem zaszczycili nas nieoficjalną wizytą. Nie powinna potrwać długo, prawda, panowie? W każdym razie, bądź tak miła i poczekaj na korytarzu.
Panna Rosier skinęła głową i posłusznie wyszła z gabinetu. Gdy drzwi się za nią zamknęły, coś sobie uświadomiła.
– Premier? – szepnęła do siebie, zdumiona.
Ale kiedy ojciec pozwolił jej wejść do środka, tajemniczych gości już nie było.

*

Późnym wieczorem Feliksowi i Ignacemu oznajmiono, że mają udać się do gabinetu dyrektora. Nie protestowali, ale – rzecz oczywista – żaden z nich nie tryskał entuzjazmem.
– Zabawne – zagaił na korytarzu Wołoszyn. – Bo wcześniej wszyscy daliby się chyba zabić za prywatną audiencję u mistycznego dyrektora zza morza, a w końcu ten zaszczyt padł na nas, nie?
Ignacy najwidoczniej nie widział w tym nic zabawnego, bowiem nie skomentował. Szli w milczeniu, nie do końca pewni, czy na końcu drogi czeka ich tylko wychowawcza pogadanka, czy szafot.
Wpuszczono ich do gabinetu. Przed biurkiem Rosiera stały już wcześniej przygotowane trzy krzesła, przy czym jedno ku ogólnej radości naszych bohaterów zajmował Niko. Na ich widok Fin również uśmiechnął się nieśmiało, ale surowe oblicze dyrektora wystarczyło, by zdławić wzruszającą atmosferę powitania w zarodku.
Chłopcy zajęli swoje miejsca i czekali na wyrok.
– Poprawcie mnie, jeśli się mylę, panowie – odezwał się w końcu Rosier, wstając od biurka. – O pozwolenie na samodzielne wycieczki do Łukowca mogą ubiegać się uczniowie co najmniej dwunastoletni, przy czym wypady te mogą odbywać się tylko w weekendy, a już z całą pewnością nie w trakcie zajęć lekcyjnych?
Milczeli.
– Dobrze – powiedział bardziej do siebie, niż do nich dyrektor, po czym dodał głośniej: – Za to pogwałcenie szkolnych zasad poniesiecie stosowne konsekwencje. Do końca semestru obowiązuje was zakaz odwiedzania miasteczka. W swoim czasie odrobicie też szlaban, konkretny rodzaj pracy i datę odbycia kary ustali wasz Opiekun Domu, oczywiście, po egzaminach próbnych.
– Wychowawca – poprawił dziwnie obojętnym tonem Ignacy, a widząc uniesione brwi mężczyzny, uściślił swoją wypowiedź. – Nie Opiekun Domu, tylko wychowawca.
– Naturalnie – rzekł Rosier, nie tracąc rezonu. – To wszystko, co macie mi do powiedzenia?
Spojrzeli po sobie.
– Zatem do widzenia.
Dopiero w swoim pokoju chłopcy pozwolili sobie na podzielenie się wrażeniami. Najsampierw wyrwał się Feliks, ściskając energicznie zaskoczonego Niko.
– Mordo ty! – zawołał emocjonalnie. – Gdzieś się włóczył?
Ignacy poczuł się w obowiązku zakończyć ten przejaw iście braterskiej miłości, nim Fin ucierpi z powodu połamanych żeber i odchrząknął głośno, ściągając na siebie uwagę obu przyjaciół.
– Wydaje mi się, Feliks, że mamy ważniejsze sprawy do omówienia – przypomniał.
– Tak! – podjął Feliks. – Bo słuchaj, Niko, byliśmy na peronie i ta dziewczyna…
– Nie obraź się, ale może lepiej by było, gdyby Ignacy opowiedział tę historię? – wtrącił Fin.
Wołoszyn był trochę innego zdania, ale Ignacy nie przejmując się jego uczuciami, zdał relację z pobytu w tajemniczym domu. Niko wydawał się bardzo zainteresowany tym tematem, więc chłopcy nie szczędzili sobie szczegółów.
– Mówię ci, Niko, facet musiał być zdrowo postrzelony – dodał na sam koniec Feliks. – Inaczej chyba się nie da tego wyjaśnić.
– Skąd wiesz, że facet? – zaciekawił się Niko.
– Po rozmiarze buta. Rąbnięty samobójca z wielkimi stopami.
Niko niespodziewanie zaczął się śmiać. Takie przejawy szczególnej wesołości z jego strony nie były zbyt częste, a zważywszy na to, że przed chwilą dostał szlaban, wyglądało to nadzwyczaj podejrzanie.
– A ty co się tak cieszysz? – zdziwił się Feliks.
– Przepraszam! – zawołał Niko, wciąż z szerokim uśmiechem na twarzy. – Po prostu tym rąbniętym samobójcą byłem ja.
Teraz przestali cokolwiek rozumieć.