Gdyby Ignacy i Feliks zostaliby
dłużej na stacji Łukowiec, pewnie zauważyliby dwóch dość charakterystycznych
dżentelmenów.
Na pierwszy rzut oka dało się
poznać, że mają za sobą naprawdę długą podróż; jasnym tego świadectwem były ich
zmęczone spojrzenia i wyraźna ulga, jaka odzywa się w człowieku, gdy po żmudnej
wyprawie w końcu osiąga upragniony cel. Druga rzecz, jaka odróżniała ich od
tłumu pospolitych Polaków, ściągających do Łukowca w różnych sprawach, to
język, jakim się posługiwali.
Podróżni gawędzili po angielsku –
wprawne ucho rozpoznałoby brytyjski akcent. Rozmawiali swobodnie, ale dość
cicho, jakby mimo wszystko obawiali się, że bariera językowa nie przeszkodzi
niepowołowanym osobom w przechwyceniu pewnych informacji.
Po krótkiej chwili oczekiwania
jeden z nich, wysoki rudzielec, szturchnął swojego towarzysza i wskazał na
zmierzającego ku nim mężczyźnie. Ruszyli mu na powitanie.
– Nareszcie – zaczął bez ogródek
przybysz. – Prawdę mówiąc, obawiałem się, że będziemy musieli obyć się bez was.
Kazaliście na siebie długo czekać.
– Ten język okazał się większą
przeszkodą, niż przypuszczaliśmy – odezwał się rudzielec.
– Najmocniej przepraszamy, sir – dodał
jego towarzysz.
– Mam wrażenie, że szef traktuje
tę sprawę bardziej niż obcesowo – westchnął ich rozmówca. – Pięć dni
spóźnienia! To niedopuszczalne, biorąc pod uwagę fakt, że daliśmy wam dodatkowy
tydzień na przygotowania.
– Mnemotyki przygotowane przez
naszego Mistrza Eliksirów okazały się mieć pewne działania uboczne, sir –
powiedział niespokojnie przyjaciel rudowłosego. – Działały nadzwyczaj
efektownie, ale…
– Ale co?
– Wolelibyśmy, by to zostało
między nami a uzdrowicielami z Munga, sir – stwierdził nieco zażenowanym tonem rudzielec.
– W każdym razie, witamy na
pokładzie. Świetny kamuflaż, panowie…
– Jenkins i Dawson, sir –
podpowiedział przyjaciel rudego.
– Co prawda, nie uważam, by w
pana przypadku, panie… Dawson, było to aż tak konieczne.
– Środki bezpieczeństwa, sir.
Moja żona nalegała.
– Rozumiem. Dalsze instrukcje
będą czekały na was na miejscu. Doprawdy, gdybym miał do dyspozycji wszystkich
moich chłopców z kwatery głównej, już dawno mielibyśmy to za sobą!
Dwaj przybysze spojrzeli po
sobie.
– Słyszeliśmy, że są pewne
komplikacje, sir – zagadnął jeden z nich.
– A więc dotarły do was raporty
tutejszych aurorów… Cóż, faktycznie nie wyglądają zbyt optymistycznie, ale
zapewniam, że trudno tutaj o kompetentnych pracowników. Dlatego właśnie
zwrócono się do nas.
– Tak, sir.
– Liczę na was, panowie.
– Tak, sir.
– Wiecie, dokąd macie się udać?
– Tak, sir.
– Doskonale. Powodzenia.
Mężczyzna oddalił się szybko,
zostawiając cudzoziemców samych.
Chwilę stali w miejscu,
odprowadzając wzrokiem Richarda Rosiera, dyrektora Akademii Magicznej imienia
Karola Stanisława Radziwiłła w Łukowcu i zastępcę szefa biura aurorów w jednym.
– Szczerze? – odezwał się nagle
jeden do rudzielca. – Gdyby ktoś powiedział, że przez ponad dwa tygodnie będą
nas poić jakąś szemraną miksturą, dzięki której podstawy najbardziej
pokręconego języka świata da się opanować w zadziwiająco krótkim czasie, by
wysłać nas na koniec świata, gdzie do końca misji będziemy musieli truć się
eliksirem wielosokowym, chyba nie brałbym tej roboty.
– Daj spokój, Harry, mieliśmy
dziwniejsze zlecenia.
Gdyby biedak znał wszystkie
okoliczności tej sprawy, pewnie nie wypowiadałby tak pewnie owej opinii.
*
W drodze do „Rożna” Ignacy i
Feliks przeszli obok tajemniczego budynku, którym tak zainteresował się Niko.
Wołoszyn zatrzymał się raptownie i przyjrzał ruderze ze sceptycznym wyrazem
twarzy.
– Myślisz, że ktoś tu mieszka? –
zapytał przyjaciela.
– Myślę, że to dosyć łatwo
sprawdzić.
Zajrzał przez okno, po czym
wzruszył ramionami i otworzył drzwi. Ku zdziwieniu Feliksa, ustąpiły bez
większego oporu.
Ignacy wszedł do środka pierwszy,
Feliks z pewnymi obawami przestąpił próg za nim. Obaj poczuli się trochę
zawiedzeni.
Budynek mógł służyć za modelowy
przykład efektu ubocznego architektury. Był to typowy, stary dom, drewniany i
trzeszczący, porośnięty grubą warstwą kurzu. Nie wydzielono w nim żadnych pokoi
– cały parter składał się z pojedynczego pomieszczenia. W środku nie znajdowało
się nic wartego uwagi; jedyne elementy wyposażenia stanowiły skrzynie
poustawiane przy ścianach i kilka starych, brudnych płatów materiału. Na piętro
prowadziły schody, tak samo zaniedbane, jak reszta domu.
Powietrze było tu ciężkie i
nieprzyjemne. Feliks poczuł, jak kręci mu się w nosie od wszechobecnego kurzu.
– Może coś mu się przewidziało? –
spróbował zgadnąć Ignacy. – Nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek miał jakiś
interes, by tu przychodzić.
Feliks, walcząc z żądzą
kichnięcia, pokręcił dramatycznie głową i machnął ręką przed sobą. Twardowski
przyglądał się tym nieskoordynowanym ruchom z uniesionymi brwiami.
W końcu Wołoszyn kichnął, po czym
z miejsca pobladł i cofnął się o krok. Ignacy już miał to jakoś skomentować,
ale Feliks gestem nakazał mu milczenie i wskazał na coś przed nimi.
Dwa ślady butów odciśnięte na
kurzu, prowadzące prosto do schodów i jeden wiodący w przeciwnym kierunku.
Ignacego zaintrygował ten trop – w końcu oznaczał, że ktoś tu był. Po krótkiej
chwili dotarło do niego, skąd to dziwne zachowanie ze strony Feliksa. Ów ktoś
bowiem wszedł na piętro, z jakiegoś powodu cofnął się, by znowu ruszyć tą samą
trasą i już nie wrócić.
Co oznaczało, że ktoś musiał być
na górze. Ignacy nabrał powietrza w płuca i pożałował, że w ogóle się odezwał.
– Chyba powinniśmy spadać –
zaproponował szeptem Feliks.
– Czekaj – mruknął Ignacy i
ściskając różdżkę w dłoni, ruszył tropem. Jego przyjaciel westchnął z rozpaczą,
ale poszedł w ślad za Twardowskim.
Wydawało się niemożliwym, by przejść po schodach bez zbędnego hałasu, ale mieli nadzieję, że trzask drewna zginie gdzieś w tłumie wszystkich jęków starego domostwa.
Wydawało się niemożliwym, by przejść po schodach bez zbędnego hałasu, ale mieli nadzieję, że trzask drewna zginie gdzieś w tłumie wszystkich jęków starego domostwa.
Na wyższej kondygnacji panował
taki sam nieład. To, co rzuciło się Ignacemu jako pierwsze w oczy, to ścieżka
wydeptana między równoległymi ścianami. Wyglądało to tak, jakby jakaś osoba kilkakrotnie
kroczyła od jednej ściany do drugiej. Trop urywał się przy otwartym na oścież
oknie.
Feliks i Ignacy spojrzeli po
sobie, po czym podeszli do parapetu, by wyjrzeć na ulicę. Życie w Łukowcu
biegło swoim tempem i nikt nie zachowywał się tak, jakby stało się coś
niesamowitego.
– Nie rozumiem – przyznał się
Feliks. – Jakiś koleś wlazł do środka, wyszedł, na górze łaził w tę i z
powrotem, po czym wyskoczył przez okno?
– Wszystko na to wskazuje –
odparł z zadumą Ignacy i westchnął ciężko. – Na dobrą sprawę, to nie jest
jedyna bezsensowna rzecz, na jaką się napotykamy, co?
Feliks uśmiechnął się
niespodziewanie.
– No wiesz, żyjemy w ciekawym
kraju. – Odszedł od okna, po czym przyjrzał się uważnie śladom. – A ten, w
sumie jedno mnie zastanawia. Niko mówił, że byli tutaj Soboń z Więckowskim, ale
nie widać ich odcisków butów. To znaczy, wiem, że minął szmat czasu, ale to
wygląda tak, jakby ktoś wszedł tu po raz pierwszy od dziesięciu lat.
Ignacy chwilę milczał, po czym
wzruszył ramionami.
– Niko nie zawsze ma rację.
– Bluźnisz – powiedział z poważną
miną Feliks. – Serio, to typ człowieka, który przemyśli milion razy, nim coś
powie czy zrobi.
Niespodziewanie drgnął, poruszony
jakąś nagłą myślą. Nim Ignacy zdążył zareagować, pognał schodami w dół.
Twardowski usłyszał trzask drzwi – po chwili rozległ się tupot stóp i Feliks
znowu zjawił się na piętrze.
– I co? – zapytał z
podekscytowaniem.
– A co ma być? – wolał upewnić
się Ignacy.
Feliks spojrzał na ślady
tajemniczego ktosia i niewiele myśląc powtórzył ten skomplikowany układ
choreograficzny, wykonany przez poprzedniego gościa dziwnego domostwa. Pełen
ufności podskoczył do okna, uśmiech jednak szybko spełzł z jego twarzy.
– Rany – mruknął, zawiedziony. –
Naprawdę miałem nadzieję, że to jakiś, wiesz, szyfr. Coś w stylu „sezamie,
otwórz się”.
Ignacy pokręcił głową.
– Mam wrażenie, że nasza
dwuosobowa grupa śledcza tylko zagmatwała sprawę – skrytykował. – To chyba ślepy
zaułek.
Feliks musiał przyznać mu rację.
Z jakiegoś powodu poczuł się przygnębiony.
– Co ja robię ze swoim życiem? –
westchnął egzystencjalnie. – W poniedziałek egzaminy, a ja włóczę się po
ruderach i omijam lekcje.
– I niby teraz odczuwasz
drastyczną potrzebę doedukowania się?
– Nie, co ty. Teraz to już chyba
serio spadamy, hm?
Ignacy wzruszył ramionami. Obaj
zeszli na dół i wyszli na ulicę.
Znowu zaczął padać śnieg. Feliks
westchnął z utrapieniem i naciągnął kaptur kurtki na głowę.
– Tyle, jeśli o knajpy chodzi –
zawyrokował Ignacy. – Wracamy do szkoły, zanim nas zasypie.
W drodze do Łukowca każdemu z
nich towarzyszyły zupełnie odmienne myśli. Feliks dosyć szybko przestał się
trapić wycieczką do podejrzanego budynku i zaczął myśleć nad porannym zachowaniem
przyjaciela z dalekiej Finlandii. Niko wydawał się naprawdę zdezorientowany
całą sytuacją i nietrudno było się domyśleć, że coś musiało się stać w tym
lesie. Co było na tyle istotne, że wytrąciło Fina z równowagi?
Jeśli zaś o Ignacego chodzi, jego
myśli oscylowały wokół zupełnie innego tematu – z całą pewnością czegoś
bardziej przyziemnego.
Śnieg wkrótce pokrył ziemię gęstą
pokrywą, przez co powrót do szkoły był trochę utrudniony. Feliks ucieszył się,
że zgodnie z przewidywaniem nie zdążyli na ostatnią lekcję, ale uśmiech szybko
spełzł mu z twarzy. Łukowiec najwidoczniej przeżywał kolejny kryzys.
O tej porze nieliczni z własnej
woli opuszczali ciepłe mury budynku, jednak tym razem błonia przed szkołą
wywabiły ze szkoły kilkoro nauczycieli. Ignacy z Feliksem spojrzeli po sobie,
przeczuwając kłopoty.
Nawet nie zdawali sobie sprawy z
faktu, jakie mieli szczęście, że jako pierwsza dojrzała ich pani Wroniewska.
Idalia, brodząc niezdarnie w śniegu, stanęła przed parą uczniów z wyrazem
udręki wymieszanej ze strachem na twarzy.
– Na Welesa! – zawołała i
przyjrzała się im dokładnie. – Jesteście cali? Wszystko w porządku? – Nie
czekała na odpowiedź. – A wasz kolega?
– Niko? – upewnił się Feliks. –
Nie było go z nami…
Nauczycielka załamała ręce.
– Do środka, migiem. I jeśli
jeszcze raz się zdarzy… na Welesa!
Oddaliła się, machając
chaotycznie rękami.
Feliks nie wiedział, jak
zareagować. Oczywiście, należał do tych chłopców, którym notorycznie zdarzało
się broić i podpadać nauczycielom, ale jeszcze nigdy nie doprowadził nikogo do
stanu histerii. Powoli przeniósł wzrok na Ignacego, ale jego mina wskazywała na
to, że on również nie wie, co o tym myśleć.
Po drodze zatrzymało ich jeszcze
kilku profesorów, zadając kilka lakonicznych pytań i nie wyjaśniając, co jest
przyczyną takiego zamieszania. Sprawę rozjaśnił dopiero Gerhard, na którego
przypadkiem wpadli na korytarzu.
– Rany, Gerd! – zawołał Feliks na
widok Niemca. – O co chodzi?
Gerhard najwidoczniej zdziwił się
na ich widok. Dopiero po chwili zaczął mówić.
– Nauczyciele zorientowali się,
że was nie ma i zareagowali trochę… nerwowo – powiedział Niemiec niepewnym
tonem. – Odwołano lekcje i wydali kategoryczny zakaz opuszczania szkoły przez
uczniów.
– Świetnie – jęknął Feliks. –
Teraz to dostaniemy opiernicz życia.
– To przecież wcale nie były
pierwsze wagary w historii szkoły – mruknął Ignacy. – Skoro podjęli takie
środki, to muszą wiedzieć, co jest grane.
– Ja przepraszam – rzekł Gerd
tonem graniczącym z błagalnym. – Bardzo się cieszę, że widzę was całych i
zdrowych, naprawdę, ale muszę iść!
– Chwila, bo… – Chciał go
zatrzymać Feliks, jednak Niemiec sprytnie go wyminął i pobiegł korytarzem.
Wołoszyn obejrzał się za nim ze
zdziwioną miną. Ignacy westchnął i pokręcił z dezaprobatą głową.
– Nie dość, że mamy przekichane –
odezwał się po chwili Feliks – to chyba zaraz naprawdę zacznę się martwić o
tego cholernego włóczykija.
Ignacy milczał.
– Z rana wydawał się jakiś
dziwny. Chyba widział w tym lesie więcej, niż chciałby widzieć – dodał po
chwili.
– Znajdzie się – stwierdził
lakonicznie Ignacy. – Nie zdziwiłbym się, gdyby przyszedł do szkoły dopiero
wieczorem. Im gorszy ma humor, tym dłużej go nie ma.
– Trochę głupio wyszło z tą
wycieczką, nie?
– Tak – odruchowo potwierdził
Ignacy, zaraz jednak zmarszczył brwi. – Chociaż, wiesz co? Wcale nie żałuję. Przynajmniej
teraz wiemy, komu nie można ufać. I że nie można czekać, aż sprawa się sama
rozwiąże.
– Myślisz, że będą z tego
kłopoty? – zapytał nagle Feliks. – Najwyraźniej próbujemy grzebać tam, gdzie
nikt nas sobie nie życzy.
Ignacy uśmiechnął się z goryczą.
– Wiesz, Feliks, chyba już od
dłuższego czasu ubiegamy się o specjalizację we wpadaniu w kłopoty.
Wołoszyn roześmiał się cicho, ale
zaraz uśmiech spełznął z jego twarzy.
– Patrz, kto idzie.
Ignacy obejrzał się.
Szła korytarzem szybko, ale też z
pewnym zrezygnowaniem. Wraz z zmniejszającym się między nimi dystansem
przyspieszała, by w końcu prawie biec. Bez żadnego wahania wtuliła się w
Ignacego i nie wiedząc czemu, wydawała się jeszcze drobniejsza i bledsza niż
zwykle. Twardowski, oszołomiony, odwzajemnił uścisk i poczuł, jak jej ramiona
drżą.
– Nigdy więcej mnie tak nie
strasz – powiedziała cicho Emilia. – Nawet nie wiesz, jakie okropne plotki
chodziły po szkole.
Ignacy nie odpowiedział. Trzymał
ją w ramionach i zwyczajnie nie wiedział, jakich słów powinien użyć.
Feliks uśmiechnął się pod nosem i
zostawił ich samych.
*
Druella Rosier z dumną miną
postawiła kropkę po ostatnich zdaniu. Nie wątpiła, że tekst wciąż pachnący
świeżym inkaustem zrewolucjonizuje definicję dziennikarstwa i zmieni spojrzenie
na świat tysięcy ludzi… o ile zostanie dopuszczony do druku.
Och nie, nie myśl tak nawet, na
pewno wszystko będzie dobrze! Ella zebrała w zgrabny pęk arkuszy efekt jej
twórczej pracy i zerwała się z krzesła. Jeszcze nie do końca orientowała się w
architekturze Łukowca, ale bez większych problemów udało jej się dotrzeć do
gabinetu dyrektora.
Zawsze przykładała dużą uwagę do
etykiety, ale w chwilach, kiedy była szczególnie podekscytowana, zdarzało jej
się zapominać o dobrym wychowaniu. Wpadła do środka bez pukania, ściskając
artykuł w rękach.
– Tatku! – zawołała z uśmiechem
po angielsku. – Właśnie skończyłam, chciałbyś…
Urwała nagle, widząc, że dyrektor
ma gości. Richard siedział przy biurku wraz z dwoma nieznajomymi Druelli
mężczyznami. Raczej nie należeli do kadry nauczycielskiej; z tymi poważnymi
minami i bardzo oficjalnymi strojami wyglądali na urzędników.
– Dobry wieczór – powiedziała,
nieco zbita z tropu. – Najmocniej przepraszam, że przeszkodziłam.
– Wybacz, Druello – odparł jej
ojciec, mierząc ją uważnym wzrokiem. – Pan premier z panem ministrem
zaszczycili nas nieoficjalną wizytą. Nie powinna potrwać długo, prawda,
panowie? W każdym razie, bądź tak miła i poczekaj na korytarzu.
Panna Rosier skinęła głową i posłusznie
wyszła z gabinetu. Gdy drzwi się za nią zamknęły, coś sobie uświadomiła.
– Premier? – szepnęła do siebie,
zdumiona.
Ale kiedy ojciec pozwolił jej
wejść do środka, tajemniczych gości już nie było.
*
Późnym wieczorem Feliksowi i
Ignacemu oznajmiono, że mają udać się do gabinetu dyrektora. Nie protestowali,
ale – rzecz oczywista – żaden z nich nie tryskał entuzjazmem.
– Zabawne – zagaił na korytarzu
Wołoszyn. – Bo wcześniej wszyscy daliby się chyba zabić za prywatną audiencję u
mistycznego dyrektora zza morza, a w końcu ten zaszczyt padł na nas, nie?
Ignacy najwidoczniej nie widział
w tym nic zabawnego, bowiem nie skomentował. Szli w milczeniu, nie do końca
pewni, czy na końcu drogi czeka ich tylko wychowawcza pogadanka, czy szafot.
Wpuszczono ich do gabinetu. Przed
biurkiem Rosiera stały już wcześniej przygotowane trzy krzesła, przy czym jedno
ku ogólnej radości naszych bohaterów zajmował Niko. Na ich widok Fin również
uśmiechnął się nieśmiało, ale surowe oblicze dyrektora wystarczyło, by zdławić
wzruszającą atmosferę powitania w zarodku.
Chłopcy zajęli swoje miejsca i
czekali na wyrok.
– Poprawcie mnie, jeśli się mylę,
panowie – odezwał się w końcu Rosier, wstając od biurka. – O pozwolenie na
samodzielne wycieczki do Łukowca mogą ubiegać się uczniowie co najmniej
dwunastoletni, przy czym wypady te mogą odbywać się tylko w weekendy, a już z
całą pewnością nie w trakcie zajęć lekcyjnych?
Milczeli.
– Dobrze – powiedział bardziej do
siebie, niż do nich dyrektor, po czym dodał głośniej: – Za to pogwałcenie
szkolnych zasad poniesiecie stosowne konsekwencje. Do końca semestru obowiązuje
was zakaz odwiedzania miasteczka. W swoim czasie odrobicie też szlaban,
konkretny rodzaj pracy i datę odbycia kary ustali wasz Opiekun Domu,
oczywiście, po egzaminach próbnych.
– Wychowawca – poprawił dziwnie
obojętnym tonem Ignacy, a widząc uniesione brwi mężczyzny, uściślił swoją
wypowiedź. – Nie Opiekun Domu, tylko wychowawca.
– Naturalnie – rzekł Rosier, nie
tracąc rezonu. – To wszystko, co macie mi do powiedzenia?
Spojrzeli po sobie.
– Zatem do widzenia.
Dopiero w swoim pokoju chłopcy
pozwolili sobie na podzielenie się wrażeniami. Najsampierw wyrwał się Feliks,
ściskając energicznie zaskoczonego Niko.
– Mordo ty! – zawołał
emocjonalnie. – Gdzieś się włóczył?
Ignacy poczuł się w obowiązku
zakończyć ten przejaw iście braterskiej miłości, nim Fin ucierpi z powodu
połamanych żeber i odchrząknął głośno, ściągając na siebie uwagę obu
przyjaciół.
– Wydaje mi się, Feliks, że mamy
ważniejsze sprawy do omówienia – przypomniał.
– Tak! – podjął Feliks. – Bo
słuchaj, Niko, byliśmy na peronie i ta dziewczyna…
– Nie obraź się, ale może lepiej
by było, gdyby Ignacy opowiedział tę historię? – wtrącił Fin.
Wołoszyn był trochę innego
zdania, ale Ignacy nie przejmując się jego uczuciami, zdał relację z pobytu w
tajemniczym domu. Niko wydawał się bardzo zainteresowany tym tematem, więc
chłopcy nie szczędzili sobie szczegółów.
– Mówię ci, Niko, facet musiał
być zdrowo postrzelony – dodał na sam koniec Feliks. – Inaczej chyba się nie da
tego wyjaśnić.
– Skąd wiesz, że facet? –
zaciekawił się Niko.
– Po rozmiarze buta. Rąbnięty
samobójca z wielkimi stopami.
Niko niespodziewanie zaczął się
śmiać. Takie przejawy szczególnej wesołości z jego strony nie były zbyt częste,
a zważywszy na to, że przed chwilą dostał szlaban, wyglądało to nadzwyczaj
podejrzanie.
– A ty co się tak cieszysz? –
zdziwił się Feliks.
– Przepraszam! – zawołał Niko,
wciąż z szerokim uśmiechem na twarzy. – Po prostu tym rąbniętym samobójcą byłem
ja.
Teraz przestali cokolwiek
rozumieć.