Najpierw dostawał
cynk o kolejnym szaleńcu odrobinę za bardzo utalentowanym w
dziedzinie czarnej magii. Czasem pracował w parze z Harrym, czasem
samotnie, ale jeśli miał taką możliwość, brał ze sobą jednego
z nowszych rekrutów. Widok ślepego uwielbienia w oczach nowicjuszy
uważał za drobną rekompensatę trudów aurorskiego życia (Harry
uważał, że Rona czasem ponosi przy nich wyobraźnia, Ron w
skrytości ducha sądził, że ktoś nieustannie podziwiany od
jedenastego roku życia nie powinien skąpić przyjacielowi odrobiny
splendoru). Ronald cenił sobie zadania stosunkowo mało
skomplikowane, gdzie liczyły się najbardziej odwaga, zmysł
taktyczny i determinacja. W zagadkach kryminalnych nie radził sobie
zbyt dobrze, a jego możliwości całkowicie przerastało
uwzględnienie rysu psychologicznego poszukiwanego czarnoksiężnika.
Z naturalnych
przyczyn w Polsce Ron czuł się zagubiony. Nie miał pojęcia, w
opozycji do kogo został postawiony i zaczynał podejrzewać, że z
jakiegoś powodu ta sprawa nie może zostać rozwiązana. Nie
zdziwiłby się, gdyby Rosier oznajmił: „w porządku, chłopcy,
załatwiłem, co trzeba, a teraz wracamy do domu”.
„Nie rozumiem
tylko”, zastanawiał się Ron w chwilach szczególnego zwątpienia,
„po co nas w to wszystko wplątali”.
Jego pewność
siebie dodatkowo została zachwiana, gdy odkrył, że zaczyna mieć
coraz większe problemy z komunikacją z tubylcami. Harry pod tym
względem radził sobie dużo lepiej. Sporo rozmawiał z miejscowymi
i (Ron mógłby przysiąc!) okiełznał gramatykę tego diabelskiego
języka szybciej, niż zdołałby przeciętny śmiertelnik. Weasley
na wszelkie zaczepki dawał zazwyczaj odpowiedzi burcząco-mruczące.
– Wiesz przecież,
że mnemotyki mają działanie czasowe – zganił go kiedyś Harry.
– Nie będziesz używał języka, to zapomnisz go szybciej, niż
się nauczyłeś.
– Nie mieliśmy
przypadkiem nie zwracać na siebie uwagi? – zasugerował
defensywnie Ron.
Potter nie
kontynuował sprzeczki, chociaż siedzenie w kącie baru i unikanie
nieznajomych wzrokiem nie mieściło się w jego wąskiej definicji
wtapiania się w tłum.
Osobiście Ron
również uważał, że jest za stary na taką tremę. W praktyce nie
bardzo mógł cokolwiek z tym zrobić.
Ronald Weasley stał
na skraju kryzysu i miał wrażenie, że to tylko kwestia czasu, nim
Rosier popchnie go naprzód.
I prawdopodobnie
jeszcze nigdy tak nie cieszył się na wieść o nieboszczyku, jak
tego dnia. Oczywiście, zdawał sobie sprawę z tego, że to głęboko
niemoralne, ale prawdopodobnie nic nie mogło dostarczyć tyle
materiału dowodowego co jeszcze świeży denat.
Ron wiedział, że
mają do czynienia z czymś nietypowym, gdy poproszono wszystkich
aurorów o obejrzenie ciała. W większości przypadków, o ile nie
trafiał na niezabezpieczone miejsce zbrodni, nie musiał oglądać
ofiar.
Właściwie Ron się
nie mylił.
W pierwszej chwili
poczuł się tak, jakby ktoś go uderzył w twarz.
– Na Godryka –
powiedział – przecież to pieprzona rodzynka.
Ron widział już
kiedyś podobnie wyglądające zwłoki. Zwykle datę zgonu datowano
na jakieś kilka tysięcy lat – dość trudno było uwierzyć, że
denat zmarł zaledwie kilka godzin temu.
Spodziewał się,
że Harry go upomni, ale zamiast tego Potter pochylił się nad
ciałem. Skóra tego człowieka była ciemna, pomarszczona i
kompletnie sucha. Ron miał wrażenie, że pod wpływem najlżejszego
dotyku nieboszczyk rozsypie się w proch. Przez zniekształcone rysy
twarzy zamordowanego trudno było określić jego wiek albo chociaż
płeć – po wiszącym na przykurczonym korpusie, obszernym (i dość
paskudnym) swetrze zgadywał, że jest to mężczyzna.
„Był”,
poprawił się w myślach.
– Rany –
odezwała się Henrie, asystująca im aurorka, tonem, w którym
obrzydzenie przeplatało się z fascynacją. – Wyssali z niego
krew?
– No... –
zawahał się Hyde, pocierając dłonią kark. – Tak, chociaż nie
tylko. Jeszcze limfę, płyn mózgowo-rdzeniowy, płyn tkankowy...
– Hyde –
upomniał go ostro Harry.
– Sok
komórkowy... – zakończył niemal przepraszającym głosem Hyde.
– Czekaj –
powiedział Ron, wskazując palcem na Hyde'a. – Mówiłeś, że te
znaki służą do transportu magii?
Klątwołamacz
wzruszył ramionami.
– Jak chcecie
znać moje zdanie, to oni z tym gościem po prostu spartolili
zaklęcie. Wiecie co, tak sobie myślę, większość truposzy
znaleziono porządnie pociętych, znęcają się gnojki, tak
uznaliśmy, ale może faktycznie zbierali ich krew po coś? Może
sobie wymyślili jakieś zaklęcie pompujące, ale ups, nie wypaliło?
– Nie o to mi...
– zirytował się Ron, po czym zamarł na chwilę. – Co?
Harry spojrzał na
niego z ukosa, po czym zwrócił się do Hyde'a:
– Stawiam, że
masz rację, ale sprawdź to zaklęcie. Henrie, zerknij, czy ktoś
nie zgłaszał zaginięcia, trzeba go zidentyfikować. Ron, chodź na
chwilę.
Ronald rzucił
ostatnie spojrzenie na nieboszczyka, nim wyszedł z sali. Harry
zamknął za nimi drzwi i westchnął ciężko.
– Niedawno Hyde
mówił, że morderstwo to część jakiegoś rytuału, a teraz
zbierają krew? – odezwał się z powątpiewaniem w głosie Ron.
Harry nie
odpowiedział od razu.
– Najwyraźniej
przeszli do fazy drugiej... czegokolwiek by nie planowali.
– Cóż –
opowiedział po chwili Ron – przynajmniej mamy jeszcze jeden trop.
*
Niko nie pamiętał,
kiedy ostatnio był tak zmęczony.
Spał w pociągu, z
policzkiem przyklejonym do zimnej szyby. Gdy drzwi przedziału
zaskrzypiały przy otwarciu, obudził się, z dziwnym przeczuciem, że
w śnie doszedł do jakiejś niezwykle istotnej konkluzji. Nie mógł
sobie przypomnieć, o czym śnił, szybko więc przestał się nad
tym zastanawiać.
Spojrzał w dół,
na książkę trzymaną na kolanach. Drażniła go myśl, że nawet
na dobre jej nie zaczął – odpowiedź wciąż mogła znajdować
się na którejś z bliska tysiąca stron. Świadomość, że równie
dobrze może wcale jej nie znaleźć, wcale nie poprawiała mu
humoru.
Westchnął i
dopiero teraz zerknął na swojego nowego współpasażera.
Nie sądził, że
można wyglądać w tak przeciętny sposób. Przed nim siedział
mężczyzna w średnim wieku, nieco brzuchaty i łysawy. Prostokątny
wąsik pod nosem nowego współpasażera w dziwny sposób rozpraszał
Niko. Przypominał nieco kanciastą gąsienicę.
Chłopak spojrzał
na czubki swoich butów i przypomniał sobie jeden z tych głupich
dowcipów o fińskiej narodowej nieśmiałości.
– To chyba
niezbyt ciekawa lektura? – odezwał się nagle mężczyzna.
Niko drgnął,
zaskoczony tym nagłym pytaniem.
– Nie... nie
całkiem – przyznał.
– Tak myślałem.
– Nieznajomy uśmiechnął się lekko. – Nic tak nie leczy
bezsenności jak nudna książka.
Niko odpowiedział
na uśmiech. Coś w akcencie mężczyzny mocno mu nie odpowiadało.
– Pan chyba nie
pochodzi stąd...? – zapytał ostrożnie.
– Skąd, jestem z
Londynu, chociaż moja matka była Polką.
– Zwiedza pan?
– Pracuję.
Romuald Jenkins, wicedyrektor biura entomologicznego wydziału
zwierząt.
– Nikodemus
Suutari-Jääskö – przedstawił się Niko, dosyć zaskoczony. –
Biura entomologicznego?
– No tak, nie
brzmi zbyt imponująco. – Jenkins uśmiechnął się znowu. –
Wyobraź sobie, że na wyspach niemal całkowicie wyginął parchołek
wąskoskrzydły!
– Och –
powiedział Niko.
– Wierz lub nie,
ale na parchołku wąskoskrzydłym oparta jest cała nasza
gospodarka.
– Wierzę –
zapewnił Niko.
– Chcemy
odbudować jego populację, ale piekielnie trudno je wytropić.
Widzisz, produkują specyficzny rodzaj nici, z którego budują
niezwykle trwałe gniazda. Niewidzialne gniazda.
– Och – wyraził
współczucie Niko.
– Tak –
westchnął Jenkins. – Nasza praca mniej więcej polega na
delikatnym szturchaniu leśnego powietrza.
– Dlaczego nie
rozpylicie w powietrzu jakiegoś barwnika?
– Ograniczone
środki – odparł bez mrugnięcia entomolog, po czym odchrząknął.
– Właściwie, zagadnąłem, bo wydajesz mi się znajomy.
– Naprawdę?
– Chyba często
wychodzisz poza szkołę?
– Tak, chyba tak
– odpowiedział z rezerwą Niko.
– Ostatnia klasa,
dobrze zgadłem?
– Tak.
– I jakieś plany
co do życia po szkole?
– Nie... chyba
nie.
Przez chwilę obaj
milczeli.
– Podoba się tu
panu? – zapytał nagle Niko.
– Góry są
bardzo piękne – przyznał mężczyzna – ale mam wrażenie, że
przyjechaliśmy trochę nie w porę.
– Tak?
– Ludzie wydają
się nerwowi.
– Tak.. –
zgodził się ostrożnie Niko. – Dużo się dzieje.
– Wyobraź sobie
– odezwał po chwili entomolog tonem, którym zwykle opowiada się
żarty – że dziewczyna z baru myślała, że jesteśmy aurorami.
– Coś podobnego.
– Długo w tych
fantazjach nie trwała – roześmiał się mężczyzna. – Uwierz
mi, przy moim przyjacielu jestem smukły jak baletnica.
– Od entomologów
nikt nie wymaga sprawności fizycznej – powiedział Niko.
Uśmiech nie
zniknął z twarzy Jenkinsa, chociaż chłopak mógłby przysiąc, że
coś w atmosferze się zmieniło.
– Bez obrazy –
dodał chłodnym tonem.
– Bez obrazy –
przytaknął Jenkins.
Niko nie powiedział
nic.
Dotarło do niego,
że chyba nie przepada za podróżowaniem pociągami. Wejść do
przedziału i obudzić się już niemal u celu – to się dla niego
cokolwiek kłóciło z sensem podróżowania.
Nie wspominając o
przypadkowych współpodróżnych.
Uznał, że musi
natychmiastowo przemyśleć kilka spraw, więc otworzył książkę i
zaczął udawać, że czyta. Poczuł na sobie czujne spojrzenie
Jenkinsa i w jakiś sposób utwierdziło go to w przekonaniu, że ma
rację.
„Prawie na pewno
nie jest entomologiem”, pomyślał. „I nie sądzę, by podał mi
swoje prawdziwe nazwisko”.
– Panie Jenkins?
– odezwał się Niko.
– Tak?
Mężczyzna
odpowiedział niemal od razu i Niko nie był w stanie ocenić, czy
zareagował tak szybko, ponieważ przedstawił się prawdziwe
personalia, czy po prostu dość dobrze przygotował się do swojej
roli.
– Pamięta pan,
jak się nazywa ten motyl... taki niebieski z dużymi skrzydłami?
Entomolog
przyglądał mu się z wyrazem twarzy, który mógł oznaczać
zarówno „nie mam pojęcia, o czym mówisz”, jak i „musisz
doprecyzować, synu”.
– To dosyć
szeroka definicja – odpowiedział w końcu, uśmiechając się
lekko.
– Nie robiło się
z niego jakiegoś eliksiru usypiającego?
– Nie znam
żadnego motyla, który mógłby się w taki sposób przysłużyć.
– Och –
powiedział Niko, żałując odrobinę, że nie przykładał się
nigdy do zgłębiania swojej wiedzy w zakresie entomologii.
Spuścił wzrok na
książkę. Obecność mężczyzny denerwowała go coraz bardziej,
ale nie miał pojęcia, do czego to spotkanie mogłoby doprowadzić.
Nabrał dziwnego podejrzenia, że Jenkins wiedział, że tego dnia
będzie wracać pociągiem do Łukowca.
Świadomość, że
nie może tego udowodnić, była jeszcze bardziej męcząca.
„Ciekawe”,
naszła go nagła myśl, „czy to on mnie wtedy śledził w drodze
do szkoły?”
*
„Cholerna
entomologia”, myślał Niko, wchodząc po schodach, „kto niby
interesuje się owadami?”
*
Dla Feliksa
Wołoszyna przyszedł czas rozczarowań.
Po pierwsze,
spodziewał się jakiegoś nagłego olśnienia w sprawie posiadanych
dwóch fiolek eliksiru wielosokowego. Do głowy przychodziły mu
różne pomysły, ale ostatecznie w każdym odkrywał znaczne luki.
Póki co postanowił ukryć je starannie na dnie szuflady, sprytnie
nakładając na nie naturalny kamuflaż w postaci bielizny w
najbardziej skandalicznym stanie. Dla pewności próbował również
rzucić na nie zaklęcie, które sprawiłoby, że dla każdego poza
nim samym fiolki wyglądałyby jak dwie pary zwiniętych skarpetek,
ale nie miał pojęcia, czy czar zadziałał, jak powinien. Nie miał
na kim go przetestować.
Po drugie, Ignacy
Twardowski nie został wcale w ostatnie wydarzenia wtajemniczony.
Zniknięcia Feliksa zdawał się nawet nie zauważyć, a nawet jeśli
był tego świadom, najwyraźniej nie przejął się ani trochę.
Feliks czasami zastanawiał się, jak piękne byłoby życie bez
wiszącej nad nim ręki sprawiedliwości Ignacego, ale w jakiś
dziwaczny sposób nie czuł się wcale dobrze, gdy Twardowski nie
narzucał mu swojej moralności.
Po trzecie,
posiadanie długu u wampira okazało się bardziej wyczerpujące
psychicznie, niż Feliks mógł się spodziewać. Po całej nocy
wypełnionej koszmarami o Mircei, wymyślającym dla niego coraz
bardziej krwawe zajęcia, poczuł, że ma serdecznie dosyć.
Wcześniej opcja „nigdy” wydawała mu się kusząca, ostatnio
jednak zaczął woleć „choćby jutro”.
Po czwarte,
zdolności interpersonalne Nikodemusa okazały się jeszcze mniej
rozwinięte, niż Feliks przypuszczał.
Feliks spodziewał
się, że pierwsze spotkanie po przymusowej rozłące może być
odrobinę niezręczne. Przypuszczał, że zignorowanie powodu, dla
którego Niko opuścił szkołę, byłoby niestosowne, ale z drugiej
strony cokolwiek, czego by nie powiedział, brzmiałoby głupio.
Mimo wszystko
ucieszył się jak diabli na widok Fina. Spotkał go na korytarzu,
już bez bagaży i kurtki – musiał się rozpakować, gdy reszta
uczniów była zajęta obiadem.
– Cześć! –
zawołał Feliks, przyspieszając nieco kroku. – Jak się...
– Widziałeś
Agnieszkę? – zapytał Niko.
Feliks zatrzymał
się, zdziwiony.
– Może ją
jeszcze złapiesz w jadalni – stwierdził ostrożnie. – Ale...
– Dziękuję –
powiedział Niko i minął Feliksa. Przed zakrętem korytarza
zatrzymał się nagle, jakby sobie o czymś przypomniał. – Dobrze
cię widzieć – dodał i zniknął za rogiem.
Feliks jeszcze
przez chwilę stał w miejscu.
– Pragmatyk –
mruknął do siebie.
Nie wiedział, co
ze sobą zrobić. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie powinien
powiedzieć Niko o pakcie zawartym z Mirceą, ale ta myśl wywołała
w nim niezrozumiały sprzeciw.
„Pies go trącał”,
pomyślał z żalem, „sam się tym zajmę”.
W drodze do pokoju
minął wicedyrektorkę Zadecką – jej widok podsunął mu
ostateczne rozwiązanie.
„Rosier”,
pomyślał, „jeśli ktoś wie, co się dzieje, to Rosier”.
Pomysł, który
powoli w nim dojrzewał, już na wstępie wydawał się ryzykowny,
głupi i z niską szansą na powodzenie, ale z jakiegoś powodu
Feliks Wołoszyn uwierzył, że jeśli odpowiednio się postara,
wszystko może pójść po jego myśli.
Otworzył drzwi i
ku swojemu zdziwieniu zarejestrował, jak Ignacy przykrywa kawałek
pergaminu pierwszą z brzegu książką.
– Oho – odezwał
się Feliks, podchodząc bliżej. – A od kiedy ty jesteś nerwowy?
– Przestań –
mruknął Ignacy.
– Co piszesz?
– Nieważne.
Widziałeś się z Niko?
– Co piszesz?
Feliks przyłapał
się na tym, że w jego tonie było dużo więcej podejrzliwości,
niż by sobie tego życzył. Ignacy przez chwilę mu się przyglądał,
po czym opornie sięgnął po stronę i podał ją przyjacielowi.
Feliks nie myślał,
że Twardowski skapituluje tak szybko. Pobieżnie przejrzał zapiski.
Z początku nie
uwierzył. Przeczytał jeszcze raz.
– Co to jest? –
zapytał.
– Prawda.
– Ja... –
zawahał się Feliks. – Ale po co?
Ignacy westchnął
cicho.
– Wiesz, co jest
jedenastego lutego?
– Ta wielka
imprezka z okazji urodzin twojego ojca? – zgadł ostrożnie Feliks,
po czym spojrzał w dół, na zapiski Ignacego. – Ale co to ma... –
urwał nagle.
– Pomyślałem,
że lepiej ci nie mówić, ale z drugiej strony...
– Twardowski –
wszedł mu w słowo Feliks – ty chcesz to tam PRZECZYTAĆ?
– I tak miałem
wygłosić mowę.
– Wiesz o co mi
chodzi! – uniósł się Feliks. – Kto ci w ogóle powiedział, że
to dobry pomysł?!
– Ktoś to
powinien powiedzieć.
– Ale nie ty! I
nie wtedy! I... o Boże.
Feliks usiadł na
skraju łóżka i z niedowierzaniem spojrzał na trzymany w dłoni
manifest. Z wołającą gdzieś na dnie jego rozumu świadomością,
że to nie zmieni niczego, rozerwał pergamin na pół.
– Tak –
powiedział z zadumą w głosie Ignacy – myślę, że pierwsza
wersja była lepsza.
– Pierwsza
wersja! – jęknął Feliks, po czym wstał raptownie. – Wiesz co?
Może załóż od razu koszulkę z napisem „najlepsze życzenia,
wydziedzicz mnie, tato”, co?
– Przestań, nie
będzie tak...
– Nie, nie, masz
rację! Wiesz co, nawet gdybyś założył tę koszulkę i przyznał
do posiadania mugolskiej kochanki...
– Feliks...
– Zamężnej,
dzieciatej i kurwa osiemdziesięcioletniej mugolskiej kochanki...
– Przecież...
– I gdybyś dla
tej kochanki chciał rzucić szkołę i wyjechać z nią do Niemiec
zbierać szparagi, twój ojciec NIE BYŁBY tak wściekły, jak po
przeczytaniu tego... Boże!
Feliks usiadł
ponownie, ukrywając twarz w dłoniach. Ignacy milczał przez chwilę.
– Wiesz –
odezwał się w końcu – podajesz argumenty ciężkie do zbicia.
Feliks poderwał na
niego gniewne spojrzenie.
– Nie próbuj
żartować, Twardowski – ostrzegł go, po czym westchnął ciężko.
– Ty nie rozumiesz, tępa pało, że sobie tym zmarnujesz życie?
– Czasem nie
chodzi o mnie – zauważył ostro Ignacy.
– Ja... –
Feliks przez chwilę szukał słowa, po czym wzniósł ręce do góry
w geście bezradności. – Ty jesteś jakimś jebanym kolumbem! –
Nagle zbliżył się do Ignacego i ściszył nieco głos. –
Słuchaj, zrobimy tak. Wyrzucisz wszystkie warianty tej swojej
heroicznej przemowy, pójdziesz na tę potańcówkę, powiesz jakieś
bzdety-bajery i będziecie pić ten komicznie drogi szampan, a potem
sobie twój stary z ojcem Emilki wypiją bruderszafta, a za jakieś
iks lat odziedziczysz cały hajs, będziesz miał ładną chatę,
ładną żonę, Boże, Ignacy, co ci się nie podoba w tym planie?
– Może ta
gigantyczna plama na moim honorze? – zasugerował Twardowski.
– Boże –
jęknął Feliks.
Ignacy westchnął.
– Po pierwsze,
nie wydaje mi się, by to miało skończyć się tak... dramatycznie
– zaczął spokojnym tonem.
– Ignacy, ty nie
widziałeś tych wszystkich filmów, jak dziedzic przegnie pałę, to
go ZAWSZE wydziedziczają!
– Wiesz –
mruknął z irytacją Ignacy – czasem kochają swoje dzieci
bardziej niż...
– ZAWSZE
WYDZIEDZICZAJĄ – powtórzył dobitnie Feliks.
– A nawet jeśli,
to co z tego?
Feliks zamrugał.
– Chyba nie
pytasz poważnie – stwierdził. – Ignacy, ty przecież... ty
przecież sobie nie poradzisz z normalnym życiem.
– Nie poradzę
sobie? – powtórzył głucho Ignacy.
– Przecież
ciebie nikt nie nauczył cwaniakowania, Boże, Ignacy, ty nie
rozumiesz, że bez cwaniakowania w tym kraju nikt nie daje rady
przeżyć?
– Umiem o siebie
zadbać – powiedział zirytowanym tonem Twardowski.
– Tak, bo to
wręcz szalenie trudne, gdy masz portfel pękający w szwach od
pieniędzy i masę ludzi, która by całowała ziemię, po której
stąpasz... – zaczął Feliks, ale urwał, dostrzegając minę
Ignacego. – Nie, nie, w porządku, nie kłóćmy się o to. Po
prostu mi obiecaj, że tego nie zrobisz, dobrze? Obiecaj.
Przez chwilę
mierzyli się wzrokiem.
– Nie mogę –
odpowiedział Ignacy.
Feliks westchnął.
Opadł ciężko na łóżko i przed dłuższy czas tylko wpatrywał
się przed siebie. Ignacy milczał.
– A może... –
zastanowił się na głos Feliks – ja to powiem?
– Bez obrazy,
Feliks – zaczął Ignacy – ale wiesz, że żadnego mugolaka nie
potraktują poważnie.
– To może...
ktoś inny... – wymruczał bez nadziei.
– Feliks,
przestań. To muszę być ja. Nie rozumiesz? Na tym przyjęciu będą
wszyscy. Nikt nie będzie mógł udawać, że to się nie stało.
Będą musieli nas wysłuchać.
Feliks nie
odpowiedział. Opadł tylko na plecy i z zaciętym wyrazem twarzy
oglądał sufit. Ignacy westchnął i wstał, ale w miejscu zatrzymał
go głos przyjaciela.
– Robiłeś sobie
kiedyś kanapkę?
Ignacy spojrzał na
niego, zdziwiony.
– Co to za
pytanie?
– Odpowiedz.
Robiłeś?
– Chyba każdy to
potrafi – stwierdził zapobiegawczo Ignacy.
– Wiedziałem. –
Feliks zakrył twarz dłońmi. – Boże.
Zerwał się nagle
i chwycił ze stolika szkolny piórnik.
– Jak myślisz,
ile to kosztuje?
– Czy to według
ciebie do czegoś prowadzi? – zdenerwował się Ignacy.
– No dobra.
Przychodzisz, powiedzmy sobie, do spożywczaka. Chcesz kupić, no nie
wiem, masło, chleb i mleko. Masz dyszkę w kieszeni. Starczy ci?
Ignacy patrzył na
niego ze złością.
– Nie rozumiem,
co próbujesz powiedzieć – wycedził.
– Okej. A jak ci
w środku miesiąca zostanie ostatnia stówa, przyjdzie wezwanie do
zapłaty za wynajem mieszkania i abonament na czaroradio, co zrobisz?
– Przy
odpowiednim gospodarowaniu pieniędzmi...
– Boże –
przerwał mu Feliks. – Odpowiednie gospodarowanie pieniędzmi.
Boże.
Obaj poderwali się
nerwowo, gdy drzwi się otworzyły. W progu stanął Niko. Westchnął
ciężko na ich widok.
– Znowu się
kłócicie? – zgadł.
Feliks z dziką
nadzieją wyrwał się ku Finowi i złapał go za ręce. Niko
spojrzał na niego z zaskoczeniem.
– Dobrze! –
zawołał Feliks. – Ciebie posłucha. Wytłumacz temu burakowi, że
sobie zrobi krzywdę.
– Chodzi mu o
urodziny mojego ojca – uzupełnił ponurym tonem Ignacy.
– Och –
powiedział Niko. – W takim razie wybacz, Feliks, ale uważam, że
Ignacy ma rację.
Wołoszyn drgnął
raptownie, nim zamarł na kilka sekund.
– Wiesz co –
odparł lodowatym tonem – chyba nawet mnie to nie dziwi. Cholerny
cyborg i cholerny bankrut, bawcie się dobrze!
Wyszedł,
trzaskając za sobą drzwiami.
– Cyborg? –
powtórzył Niko.
Ignacy wzruszył
ramionami.
– Myślisz, że
to była obelga? – zastanowił się na głos Fin.
– Nie mogę tego
nie zrobić – odezwał się Ignacy. – Ludzie muszą się
dowiedzieć.
– Wiem.
– Ojciec przecież
to zrozumie.
– Pewnie tak.
Obaj milczeli przez
chwilę.
– A tak poza tym
– powiedział Niko – musimy porozmawiać o jeszcze jednej rzeczy.
*
Druella zaczynała
czuć się samotnie.
Nie miała zamiaru
więcej rozmawiać z tym chłopcem, a ponieważ Emilia spędzała z
nim coraz więcej czasu, nawet z nią ograniczyła swoje kontakty do
minimum. Uczniowie wydawali jej się zbyt chaotyczni, nauczyciele
nudni, mieszkańcy okolicznej wioski wręcz grubiańscy. Oczywiście,
pozostawały jeszcze listy od przyjaciół, ale przy czytaniu
korespondencji dopadało ją paradoksalne poczucie, że jej wrażenie
samotności tylko się od tego pogłębia.
Papa był ciągle
zajęty. Druella zaczynała podejrzewać, że nawet gdyby została na
wyspach, wcale nie widywałaby go dużo częściej.
Czuła się winna,
że nie odpisuje na listy, ale coś ją przed tym blokowało. Nie
wydawało jej się, by ktokolwiek z jej znajomych potrafił ją
zrozumieć. Przyjaciółki opowiadały jej o nowych kreacjach. O
rozterkach miłosnych. O śmiesznych anegdotkach z udziałem ich
skrzatów domowych.
Druella przez
pewien czas odpowiadała: „och, musisz koniecznie mi się kiedyś w
tym zaprezentować!”, „moja droga, zawsze ci mówiłam, że
jesteś dla niego zbyt wyrozumiała” i „niemądre stworzenie,
dobrze, że nikomu nie stała się krzywda”, mimo że chciała
wyjaśnić im dziwne, chroniczne poczucie pustki, jakiej
doświadczała.
Druella czuła się
nieszczęśliwa. W nocy myślała o Azkabanie i płakała w poduszkę.
Druella przestała
też pisać, co właściwie nikogo nie zaskoczyło. Albo raczej, co
Druellę dodatkowo smuciło, nikt tego nie zauważył. Pewnego dnia
odłożyła swój aparat na półkę i nigdy nie usłyszała pytania:
„dlaczego”.
W Hogwarcie rzadko
przebywała w bibliotece. Czasem czuła lekki wstyd, gdy o tym
myślała, ale nie przywiązywała dużej wagi do nauki. Gdy
skończyła szkołę, miała wrażenie, że mogła postarać się
lepiej, ale wtedy też żadna przyjaciółka nie potrafiła jej
zrozumieć.
Druella lubiła
widok z łukowieckiej biblioteki. Zastanawiało ją to, że nikt poza
nią nie przychodził tu po prostu popatrzeć na las z tej
perspektywy. Raz z ogromnym zaskoczeniem zauważyła sarnę, która
wyszła spomiędzy drzew. Nie sądziła, by w Zakazanym Lesie żyły
takie miłe stworzenia.
Naszła ją
kilkakrotnie refleksja, dlaczego pozwala się, by małe dzieci uczyły
się tuż obok puszczy skrywającej dzikie bestie.
„Chyba niełatwo
byłoby przenieść cały zamek”, doszła w końcu do wniosku i nie
zawracała sobie tym więcej głowy.
Tym razem w
bibliotece trafiła na znajomą twarz. Izydor siedział przy jej
ulubionym oknie, przygarbiony i smutny.
Rozmawianie z
Izydorem nie było łatwe, ale Druella w jakiś sposób to lubiła.
Wtedy, gdy udawało jej się zdobyć jego uśmiech, aprobatę albo
zrozumienie, czuła się jak po rozwiązaniu naprawdę wymagającej
łamigłówki.
– Dzień dobry,
Izydorze – przywitała się. Nie zwrócił na nią uwagi, więc
dodała nieco głośniej: – Dzień dobry.
Poderwał głowę i
przez sekundę przyglądał się jej tak, jakby jej nie rozpoznawał.
– Dzień dobry –
odpowiedział w końcu.
– Dawno cię nie
widziałam – zagaiła Druella, przysiadając się. – Wiesz,
zaczęłam czytać tę książkę, którą mi poleciłeś.
– Tak? I jak
wrażenia?
– Główna
bohaterka jest szalenie irytująca – wyznała z westchnięciem. –
To utrudnia czytanie.
Izydor uśmiechnął
się i Druella znowu nie była w stanie zorientować się, czy
przypadkiem powiedziała coś zabawnego, czy może raczej niemądrego.
– Wydawało mi
się, że będziesz nią raczej... oczarowana – powiedział Izydor.
– Oczarowana! –
oburzyła się Druella.
– Nie można jej
odmówić uroku osobistego.
– Och, proszę
cię – zirytowała się Druella – ładna buzia to tylko połowa
uroku osobistego.
– Najwyraźniej
jeszcze nie dotarłaś do tej sceny...
– Psst! –
syknęła ostrzegawczo.
– Skądinąd
dramatycznej...
– Psst, psst!
Izydor uśmiechnął
się ponownie, ale zaraz znowu przybrał swój zmartwiony wyraz
twarzy. Odwrócił głowę w stronę okna i zapatrzył się w
krajobraz.
Druella westchnęła
i spojrzała gdzieś w bok. Przez dłuższą chwilę układała w
myślach jedno zdanie i wciąż nie brzmiało zbyt dobrze.
– Może nie
jesteśmy przyjaciółmi – odezwała się w końcu – ale jeśli
masz jakiś problem, zawsze możesz mi o nim opowiedzieć.
Nie odpowiedział.
– Może będę
mogła pomóc – dodała mniej pewnie – jednak mimo wszystko...
czasami dobrze po prostu zwierzyć się komuś.
Dalej milczał i
Druella nie wiedziała, czy ją ignoruje, czy może wcale nie
usłyszał tej propozycji. Zrobiło jej się jeszcze smutniej.
„Ma takie
szczupłe palce”, pomyślała nagle, „takie palce u chłopców
wcale nie wyglądają dobrze”.
Założyła kosmyk
włosów za ucho, spojrzała na Izydora i wstała z krzesła.
– Masz rację –
powiedział, nie patrząc na nią Izydor. – Wygląd to tylko połowa
uroku osobistego.
Druella nie
wiedziała, co powinna odpowiedzieć.
– To chyba nie
jest nic odkrywczego... – stwierdziła w końcu ostrożnie. –
Wydawało mi się, że każdy o tym wie.
Izydor spojrzał na
nią z niedowierzaniem, ale ostatecznie tylko uśmiechnął się i
pokręcił głową.
*
Harry musiał
przemyśleć kilka spraw.
Wciąż doskonale
pamiętał rozmowę z tym chłopakiem z „Białego Misia” i wciąż
nie miał pojęcia, do czego go ona zaprowadzi. Ten chłopak – jak
on się nazywał, Soboń? – właściwie chciał zwrócić uwagę
tylko na jedną osobę.
Ari-Pekka Nikodemus
Suutari-Jääskö, młodzieniec blisko dziewiętnastoletni,
przeciętny i mało ambitny uczeń. Raczej wyizolowany i często
znikający ze szkoły, oraz, co zastanawiało Harry'ego najbardziej,
zdecydowanie za bardzo zainteresowany ostatnimi wydarzeniami.
Harry przyłapał
go kiedyś, gdy wychodził z jednej rudery. Po upewnieniu się, że
wraca do szkoły, kazał sprawdzić tamten dom. Aurorzy nie znaleźli
tam nic podejrzanego, jednak doświadczenie podpowiadało Potterowi,
że coś jednak powinni tam znaleźć. Węszył jakieś zaklęcie
zabezpieczające, ale klątwołamacze intensywnie pracowali nad
rozsupływaniem pętli. Ostatnio podczas obiadu Hyde po prostu zasnął
z twarzą w ziemniakach, a Peggy coraz częściej zdarzało się
zapominać, po co wchodziła do konkretnych pomieszczeń. Harry'emu
czasem było żal tych dzieciaków, ale musieli sobie radzić we
dwójkę. Sprowadzenie większej ilości służb porządkowych do
Polski byłoby nazbyt uprzejmym zaproszeniem do wzmożenia
działalności dla brytyjskich czarnoksiężników.
Ron uważał, że
wizyta tego dzieciaka była jednorazowa. Skoro w jego naturze leżało
włóczenie się gdzie popadnie, nikogo nie powinno dziwić, że
odwiedzał też lokalne rudery.
Harry uznał, że
skoro nie może liczyć na klątwołamaczy, pora na bardziej
tradycyjną i dużo żmudniejszą metodę – obserwację.
Dzięki krótkiej
rozmowie z Ari-Pekką dowiedział się dwóch rzeczy: po pierwsze,
chłopak jest sprytny. A skoro jest sprytny, istnieje duże
prawdopodobieństwo, że potrafi tak załatwiać swoje sprawy, by nie
zaniepokoić nikogo.
Po drugie, Soboń
najpewniej nie był szczery.
Harry wciąż miał
w pamięci jego twarz – dzieciak wydawał się całą tą rozmową
koszmarnie zestresowany. Czy też konkretnie – wyglądał, jakby
coś wiedział, ale próbował sprawiać wrażenie, że tylko się
pewnych rzeczy domyśla. Niemal błagał o zachowanie tego spotkania
w tajemnicy, ale Harry szczerze wątpił, że bał się Ari-Pekki i
jego ewentualnej zemsty.
Problem polegał na
tym, że Soboń nie zechce powiedzieć niczego więcej. To była
jedna z tych spraw, co do których Harry nie miał żadnych
wątpliwości.
Teraz czekało go
jedno z trudniejszych zadań, jakie mogło stanąć przed aurorem.
Zdobycie zaufania
nastolatków.
*
– Auror? –
zapytał sceptycznym tonem Ignacy. – Jesteś pewien?
– Jestem. A on
doskonale wie, że ja wiem, że on wie, że wiem – westchnął
Niko, po czym spojrzał z zadumą na ścianę. – Co prowadzi do
trochę patowej sytuacji.
– Poczekaj.
Podejrzewasz go, bo jest Brytyjczykiem?
– Prowokował
mnie.
– Prowokował...?
– To znaczy... –
Niko zmieszał się trochę. – Zadawał pytania.
Ignacy przez chwilę
przyglądał się przyjacielowi, po czym westchnął głęboko.
Niko wstał i
podszedł do okna.
– Nie mogę
spotkać się z Mirceą – powiedział.
Ignacy poderwał
głowę i zerknął na niego zdziwiony.
– Dlaczego?
Niko przez chwilę
milczał. Wpatrywał się tylko uparcie w szybę, bębniąc opuszkami
palców w parapet.
– W takim razie
przyprowadzimy go tutaj – stwierdził i odwrócił się w kierunku
drzwi.
Ignacy zrozumiał,
że najwyraźniej nie został zaproszony do udziału w dialogu.
Zastąpił drogę
przyjacielowi.
– Poczekaj –
zażądał. – Mnie to wygląda na bardzo kiepski plan.
– Póki co to
tylko pomysł – zauważył Niko. – Plan będziemy mieć za jakieś
półtora godziny.