wtorek, 10 marca 2015

27. Niko lubi gry w podchody

W przypadku Ronalda Weasleya praca aurora była zadziwiająco przewidywalna.
Najpierw dostawał cynk o kolejnym szaleńcu odrobinę za bardzo utalentowanym w dziedzinie czarnej magii. Czasem pracował w parze z Harrym, czasem samotnie, ale jeśli miał taką możliwość, brał ze sobą jednego z nowszych rekrutów. Widok ślepego uwielbienia w oczach nowicjuszy uważał za drobną rekompensatę trudów aurorskiego życia (Harry uważał, że Rona czasem ponosi przy nich wyobraźnia, Ron w skrytości ducha sądził, że ktoś nieustannie podziwiany od jedenastego roku życia nie powinien skąpić przyjacielowi odrobiny splendoru). Ronald cenił sobie zadania stosunkowo mało skomplikowane, gdzie liczyły się najbardziej odwaga, zmysł taktyczny i determinacja. W zagadkach kryminalnych nie radził sobie zbyt dobrze, a jego możliwości całkowicie przerastało uwzględnienie rysu psychologicznego poszukiwanego czarnoksiężnika.
Z naturalnych przyczyn w Polsce Ron czuł się zagubiony. Nie miał pojęcia, w opozycji do kogo został postawiony i zaczynał podejrzewać, że z jakiegoś powodu ta sprawa nie może zostać rozwiązana. Nie zdziwiłby się, gdyby Rosier oznajmił: „w porządku, chłopcy, załatwiłem, co trzeba, a teraz wracamy do domu”.
„Nie rozumiem tylko”, zastanawiał się Ron w chwilach szczególnego zwątpienia, „po co nas w to wszystko wplątali”.
Jego pewność siebie dodatkowo została zachwiana, gdy odkrył, że zaczyna mieć coraz większe problemy z komunikacją z tubylcami. Harry pod tym względem radził sobie dużo lepiej. Sporo rozmawiał z miejscowymi i (Ron mógłby przysiąc!) okiełznał gramatykę tego diabelskiego języka szybciej, niż zdołałby przeciętny śmiertelnik. Weasley na wszelkie zaczepki dawał zazwyczaj odpowiedzi burcząco-mruczące.
– Wiesz przecież, że mnemotyki mają działanie czasowe – zganił go kiedyś Harry. – Nie będziesz używał języka, to zapomnisz go szybciej, niż się nauczyłeś.
– Nie mieliśmy przypadkiem nie zwracać na siebie uwagi? – zasugerował defensywnie Ron.
Potter nie kontynuował sprzeczki, chociaż siedzenie w kącie baru i unikanie nieznajomych wzrokiem nie mieściło się w jego wąskiej definicji wtapiania się w tłum.
Osobiście Ron również uważał, że jest za stary na taką tremę. W praktyce nie bardzo mógł cokolwiek z tym zrobić.
Ronald Weasley stał na skraju kryzysu i miał wrażenie, że to tylko kwestia czasu, nim Rosier popchnie go naprzód.
I prawdopodobnie jeszcze nigdy tak nie cieszył się na wieść o nieboszczyku, jak tego dnia. Oczywiście, zdawał sobie sprawę z tego, że to głęboko niemoralne, ale prawdopodobnie nic nie mogło dostarczyć tyle materiału dowodowego co jeszcze świeży denat.
Ron wiedział, że mają do czynienia z czymś nietypowym, gdy poproszono wszystkich aurorów o obejrzenie ciała. W większości przypadków, o ile nie trafiał na niezabezpieczone miejsce zbrodni, nie musiał oglądać ofiar.
Właściwie Ron się nie mylił.
W pierwszej chwili poczuł się tak, jakby ktoś go uderzył w twarz.
– Na Godryka – powiedział – przecież to pieprzona rodzynka.
Ron widział już kiedyś podobnie wyglądające zwłoki. Zwykle datę zgonu datowano na jakieś kilka tysięcy lat – dość trudno było uwierzyć, że denat zmarł zaledwie kilka godzin temu.
Spodziewał się, że Harry go upomni, ale zamiast tego Potter pochylił się nad ciałem. Skóra tego człowieka była ciemna, pomarszczona i kompletnie sucha. Ron miał wrażenie, że pod wpływem najlżejszego dotyku nieboszczyk rozsypie się w proch. Przez zniekształcone rysy twarzy zamordowanego trudno było określić jego wiek albo chociaż płeć – po wiszącym na przykurczonym korpusie, obszernym (i dość paskudnym) swetrze zgadywał, że jest to mężczyzna.
„Był”, poprawił się w myślach.
– Rany – odezwała się Henrie, asystująca im aurorka, tonem, w którym obrzydzenie przeplatało się z fascynacją. – Wyssali z niego krew?
– No... – zawahał się Hyde, pocierając dłonią kark. – Tak, chociaż nie tylko. Jeszcze limfę, płyn mózgowo-rdzeniowy, płyn tkankowy...
– Hyde – upomniał go ostro Harry.
– Sok komórkowy... – zakończył niemal przepraszającym głosem Hyde.
– Czekaj – powiedział Ron, wskazując palcem na Hyde'a. – Mówiłeś, że te znaki służą do transportu magii?
Klątwołamacz wzruszył ramionami.
– Jak chcecie znać moje zdanie, to oni z tym gościem po prostu spartolili zaklęcie. Wiecie co, tak sobie myślę, większość truposzy znaleziono porządnie pociętych, znęcają się gnojki, tak uznaliśmy, ale może faktycznie zbierali ich krew po coś? Może sobie wymyślili jakieś zaklęcie pompujące, ale ups, nie wypaliło?
– Nie o to mi... – zirytował się Ron, po czym zamarł na chwilę. – Co?
Harry spojrzał na niego z ukosa, po czym zwrócił się do Hyde'a:
– Stawiam, że masz rację, ale sprawdź to zaklęcie. Henrie, zerknij, czy ktoś nie zgłaszał zaginięcia, trzeba go zidentyfikować. Ron, chodź na chwilę.
Ronald rzucił ostatnie spojrzenie na nieboszczyka, nim wyszedł z sali. Harry zamknął za nimi drzwi i westchnął ciężko.
– Niedawno Hyde mówił, że morderstwo to część jakiegoś rytuału, a teraz zbierają krew? – odezwał się z powątpiewaniem w głosie Ron.
Harry nie odpowiedział od razu.
– Najwyraźniej przeszli do fazy drugiej... czegokolwiek by nie planowali.
– Cóż – opowiedział po chwili Ron – przynajmniej mamy jeszcze jeden trop.

*

Niko nie pamiętał, kiedy ostatnio był tak zmęczony.
Spał w pociągu, z policzkiem przyklejonym do zimnej szyby. Gdy drzwi przedziału zaskrzypiały przy otwarciu, obudził się, z dziwnym przeczuciem, że w śnie doszedł do jakiejś niezwykle istotnej konkluzji. Nie mógł sobie przypomnieć, o czym śnił, szybko więc przestał się nad tym zastanawiać.
Spojrzał w dół, na książkę trzymaną na kolanach. Drażniła go myśl, że nawet na dobre jej nie zaczął – odpowiedź wciąż mogła znajdować się na którejś z bliska tysiąca stron. Świadomość, że równie dobrze może wcale jej nie znaleźć, wcale nie poprawiała mu humoru.
Westchnął i dopiero teraz zerknął na swojego nowego współpasażera.
Nie sądził, że można wyglądać w tak przeciętny sposób. Przed nim siedział mężczyzna w średnim wieku, nieco brzuchaty i łysawy. Prostokątny wąsik pod nosem nowego współpasażera w dziwny sposób rozpraszał Niko. Przypominał nieco kanciastą gąsienicę.
Chłopak spojrzał na czubki swoich butów i przypomniał sobie jeden z tych głupich dowcipów o fińskiej narodowej nieśmiałości.
– To chyba niezbyt ciekawa lektura? – odezwał się nagle mężczyzna.
Niko drgnął, zaskoczony tym nagłym pytaniem.
– Nie... nie całkiem – przyznał.
– Tak myślałem. – Nieznajomy uśmiechnął się lekko. – Nic tak nie leczy bezsenności jak nudna książka.
Niko odpowiedział na uśmiech. Coś w akcencie mężczyzny mocno mu nie odpowiadało.
– Pan chyba nie pochodzi stąd...? – zapytał ostrożnie.
– Skąd, jestem z Londynu, chociaż moja matka była Polką.
– Zwiedza pan?
– Pracuję. Romuald Jenkins, wicedyrektor biura entomologicznego wydziału zwierząt.
– Nikodemus Suutari-Jääskö – przedstawił się Niko, dosyć zaskoczony. – Biura entomologicznego?
– No tak, nie brzmi zbyt imponująco. – Jenkins uśmiechnął się znowu. – Wyobraź sobie, że na wyspach niemal całkowicie wyginął parchołek wąskoskrzydły!
– Och – powiedział Niko.
– Wierz lub nie, ale na parchołku wąskoskrzydłym oparta jest cała nasza gospodarka.
– Wierzę – zapewnił Niko.
– Chcemy odbudować jego populację, ale piekielnie trudno je wytropić. Widzisz, produkują specyficzny rodzaj nici, z którego budują niezwykle trwałe gniazda. Niewidzialne gniazda.
– Och – wyraził współczucie Niko.
– Tak – westchnął Jenkins. – Nasza praca mniej więcej polega na delikatnym szturchaniu leśnego powietrza.
– Dlaczego nie rozpylicie w powietrzu jakiegoś barwnika?
– Ograniczone środki – odparł bez mrugnięcia entomolog, po czym odchrząknął. – Właściwie, zagadnąłem, bo wydajesz mi się znajomy.
– Naprawdę?
– Chyba często wychodzisz poza szkołę?
– Tak, chyba tak – odpowiedział z rezerwą Niko.
– Ostatnia klasa, dobrze zgadłem?
– Tak.
– I jakieś plany co do życia po szkole?
– Nie... chyba nie.
Przez chwilę obaj milczeli.
– Podoba się tu panu? – zapytał nagle Niko.
– Góry są bardzo piękne – przyznał mężczyzna – ale mam wrażenie, że przyjechaliśmy trochę nie w porę.
– Tak?
– Ludzie wydają się nerwowi.
– Tak.. – zgodził się ostrożnie Niko. – Dużo się dzieje.
– Wyobraź sobie – odezwał po chwili entomolog tonem, którym zwykle opowiada się żarty – że dziewczyna z baru myślała, że jesteśmy aurorami.
– Coś podobnego.
– Długo w tych fantazjach nie trwała – roześmiał się mężczyzna. – Uwierz mi, przy moim przyjacielu jestem smukły jak baletnica.
– Od entomologów nikt nie wymaga sprawności fizycznej – powiedział Niko.
Uśmiech nie zniknął z twarzy Jenkinsa, chociaż chłopak mógłby przysiąc, że coś w atmosferze się zmieniło.
– Bez obrazy – dodał chłodnym tonem.
– Bez obrazy – przytaknął Jenkins.
Niko nie powiedział nic.
Dotarło do niego, że chyba nie przepada za podróżowaniem pociągami. Wejść do przedziału i obudzić się już niemal u celu – to się dla niego cokolwiek kłóciło z sensem podróżowania.
Nie wspominając o przypadkowych współpodróżnych.
Uznał, że musi natychmiastowo przemyśleć kilka spraw, więc otworzył książkę i zaczął udawać, że czyta. Poczuł na sobie czujne spojrzenie Jenkinsa i w jakiś sposób utwierdziło go to w przekonaniu, że ma rację.
„Prawie na pewno nie jest entomologiem”, pomyślał. „I nie sądzę, by podał mi swoje prawdziwe nazwisko”.
– Panie Jenkins? – odezwał się Niko.
– Tak?
Mężczyzna odpowiedział niemal od razu i Niko nie był w stanie ocenić, czy zareagował tak szybko, ponieważ przedstawił się prawdziwe personalia, czy po prostu dość dobrze przygotował się do swojej roli.
– Pamięta pan, jak się nazywa ten motyl... taki niebieski z dużymi skrzydłami?
Entomolog przyglądał mu się z wyrazem twarzy, który mógł oznaczać zarówno „nie mam pojęcia, o czym mówisz”, jak i „musisz doprecyzować, synu”.
– To dosyć szeroka definicja – odpowiedział w końcu, uśmiechając się lekko.
– Nie robiło się z niego jakiegoś eliksiru usypiającego?
– Nie znam żadnego motyla, który mógłby się w taki sposób przysłużyć.
– Och – powiedział Niko, żałując odrobinę, że nie przykładał się nigdy do zgłębiania swojej wiedzy w zakresie entomologii.
Spuścił wzrok na książkę. Obecność mężczyzny denerwowała go coraz bardziej, ale nie miał pojęcia, do czego to spotkanie mogłoby doprowadzić. Nabrał dziwnego podejrzenia, że Jenkins wiedział, że tego dnia będzie wracać pociągiem do Łukowca.
Świadomość, że nie może tego udowodnić, była jeszcze bardziej męcząca.
„Ciekawe”, naszła go nagła myśl, „czy to on mnie wtedy śledził w drodze do szkoły?”

*

„Cholerna entomologia”, myślał Niko, wchodząc po schodach, „kto niby interesuje się owadami?”

*

Dla Feliksa Wołoszyna przyszedł czas rozczarowań.
Po pierwsze, spodziewał się jakiegoś nagłego olśnienia w sprawie posiadanych dwóch fiolek eliksiru wielosokowego. Do głowy przychodziły mu różne pomysły, ale ostatecznie w każdym odkrywał znaczne luki. Póki co postanowił ukryć je starannie na dnie szuflady, sprytnie nakładając na nie naturalny kamuflaż w postaci bielizny w najbardziej skandalicznym stanie. Dla pewności próbował również rzucić na nie zaklęcie, które sprawiłoby, że dla każdego poza nim samym fiolki wyglądałyby jak dwie pary zwiniętych skarpetek, ale nie miał pojęcia, czy czar zadziałał, jak powinien. Nie miał na kim go przetestować.
Po drugie, Ignacy Twardowski nie został wcale w ostatnie wydarzenia wtajemniczony. Zniknięcia Feliksa zdawał się nawet nie zauważyć, a nawet jeśli był tego świadom, najwyraźniej nie przejął się ani trochę. Feliks czasami zastanawiał się, jak piękne byłoby życie bez wiszącej nad nim ręki sprawiedliwości Ignacego, ale w jakiś dziwaczny sposób nie czuł się wcale dobrze, gdy Twardowski nie narzucał mu swojej moralności.
Po trzecie, posiadanie długu u wampira okazało się bardziej wyczerpujące psychicznie, niż Feliks mógł się spodziewać. Po całej nocy wypełnionej koszmarami o Mircei, wymyślającym dla niego coraz bardziej krwawe zajęcia, poczuł, że ma serdecznie dosyć. Wcześniej opcja „nigdy” wydawała mu się kusząca, ostatnio jednak zaczął woleć „choćby jutro”.
Po czwarte, zdolności interpersonalne Nikodemusa okazały się jeszcze mniej rozwinięte, niż Feliks przypuszczał.
Feliks spodziewał się, że pierwsze spotkanie po przymusowej rozłące może być odrobinę niezręczne. Przypuszczał, że zignorowanie powodu, dla którego Niko opuścił szkołę, byłoby niestosowne, ale z drugiej strony cokolwiek, czego by nie powiedział, brzmiałoby głupio.
Mimo wszystko ucieszył się jak diabli na widok Fina. Spotkał go na korytarzu, już bez bagaży i kurtki – musiał się rozpakować, gdy reszta uczniów była zajęta obiadem.
– Cześć! – zawołał Feliks, przyspieszając nieco kroku. – Jak się...
– Widziałeś Agnieszkę? – zapytał Niko.
Feliks zatrzymał się, zdziwiony.
– Może ją jeszcze złapiesz w jadalni – stwierdził ostrożnie. – Ale...
– Dziękuję – powiedział Niko i minął Feliksa. Przed zakrętem korytarza zatrzymał się nagle, jakby sobie o czymś przypomniał. – Dobrze cię widzieć – dodał i zniknął za rogiem.
Feliks jeszcze przez chwilę stał w miejscu.
– Pragmatyk – mruknął do siebie.
Nie wiedział, co ze sobą zrobić. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie powinien powiedzieć Niko o pakcie zawartym z Mirceą, ale ta myśl wywołała w nim niezrozumiały sprzeciw.
„Pies go trącał”, pomyślał z żalem, „sam się tym zajmę”.
W drodze do pokoju minął wicedyrektorkę Zadecką – jej widok podsunął mu ostateczne rozwiązanie.
„Rosier”, pomyślał, „jeśli ktoś wie, co się dzieje, to Rosier”.
Pomysł, który powoli w nim dojrzewał, już na wstępie wydawał się ryzykowny, głupi i z niską szansą na powodzenie, ale z jakiegoś powodu Feliks Wołoszyn uwierzył, że jeśli odpowiednio się postara, wszystko może pójść po jego myśli.
Otworzył drzwi i ku swojemu zdziwieniu zarejestrował, jak Ignacy przykrywa kawałek pergaminu pierwszą z brzegu książką.
– Oho – odezwał się Feliks, podchodząc bliżej. – A od kiedy ty jesteś nerwowy?
– Przestań – mruknął Ignacy.
– Co piszesz?
– Nieważne. Widziałeś się z Niko?
– Co piszesz?
Feliks przyłapał się na tym, że w jego tonie było dużo więcej podejrzliwości, niż by sobie tego życzył. Ignacy przez chwilę mu się przyglądał, po czym opornie sięgnął po stronę i podał ją przyjacielowi.
Feliks nie myślał, że Twardowski skapituluje tak szybko. Pobieżnie przejrzał zapiski.
Z początku nie uwierzył. Przeczytał jeszcze raz.
– Co to jest? – zapytał.
– Prawda.
– Ja... – zawahał się Feliks. – Ale po co?
Ignacy westchnął cicho.
– Wiesz, co jest jedenastego lutego?
– Ta wielka imprezka z okazji urodzin twojego ojca? – zgadł ostrożnie Feliks, po czym spojrzał w dół, na zapiski Ignacego. – Ale co to ma... – urwał nagle.
– Pomyślałem, że lepiej ci nie mówić, ale z drugiej strony...
– Twardowski – wszedł mu w słowo Feliks – ty chcesz to tam PRZECZYTAĆ?
– I tak miałem wygłosić mowę.
– Wiesz o co mi chodzi! – uniósł się Feliks. – Kto ci w ogóle powiedział, że to dobry pomysł?!
– Ktoś to powinien powiedzieć.
– Ale nie ty! I nie wtedy! I... o Boże.
Feliks usiadł na skraju łóżka i z niedowierzaniem spojrzał na trzymany w dłoni manifest. Z wołającą gdzieś na dnie jego rozumu świadomością, że to nie zmieni niczego, rozerwał pergamin na pół.
– Tak – powiedział z zadumą w głosie Ignacy – myślę, że pierwsza wersja była lepsza.
– Pierwsza wersja! – jęknął Feliks, po czym wstał raptownie. – Wiesz co? Może załóż od razu koszulkę z napisem „najlepsze życzenia, wydziedzicz mnie, tato”, co?
– Przestań, nie będzie tak...
– Nie, nie, masz rację! Wiesz co, nawet gdybyś założył tę koszulkę i przyznał do posiadania mugolskiej kochanki...
– Feliks...
– Zamężnej, dzieciatej i kurwa osiemdziesięcioletniej mugolskiej kochanki...
– Przecież...
– I gdybyś dla tej kochanki chciał rzucić szkołę i wyjechać z nią do Niemiec zbierać szparagi, twój ojciec NIE BYŁBY tak wściekły, jak po przeczytaniu tego... Boże!
Feliks usiadł ponownie, ukrywając twarz w dłoniach. Ignacy milczał przez chwilę.
– Wiesz – odezwał się w końcu – podajesz argumenty ciężkie do zbicia.
Feliks poderwał na niego gniewne spojrzenie.
– Nie próbuj żartować, Twardowski – ostrzegł go, po czym westchnął ciężko. – Ty nie rozumiesz, tępa pało, że sobie tym zmarnujesz życie?
– Czasem nie chodzi o mnie – zauważył ostro Ignacy.
– Ja... – Feliks przez chwilę szukał słowa, po czym wzniósł ręce do góry w geście bezradności. – Ty jesteś jakimś jebanym kolumbem! – Nagle zbliżył się do Ignacego i ściszył nieco głos. – Słuchaj, zrobimy tak. Wyrzucisz wszystkie warianty tej swojej heroicznej przemowy, pójdziesz na tę potańcówkę, powiesz jakieś bzdety-bajery i będziecie pić ten komicznie drogi szampan, a potem sobie twój stary z ojcem Emilki wypiją bruderszafta, a za jakieś iks lat odziedziczysz cały hajs, będziesz miał ładną chatę, ładną żonę, Boże, Ignacy, co ci się nie podoba w tym planie?
– Może ta gigantyczna plama na moim honorze? – zasugerował Twardowski.
– Boże – jęknął Feliks.
Ignacy westchnął.
– Po pierwsze, nie wydaje mi się, by to miało skończyć się tak... dramatycznie – zaczął spokojnym tonem.
– Ignacy, ty nie widziałeś tych wszystkich filmów, jak dziedzic przegnie pałę, to go ZAWSZE wydziedziczają!
– Wiesz – mruknął z irytacją Ignacy – czasem kochają swoje dzieci bardziej niż...
– ZAWSZE WYDZIEDZICZAJĄ – powtórzył dobitnie Feliks.
– A nawet jeśli, to co z tego?
Feliks zamrugał.
– Chyba nie pytasz poważnie – stwierdził. – Ignacy, ty przecież... ty przecież sobie nie poradzisz z normalnym życiem.
– Nie poradzę sobie? – powtórzył głucho Ignacy.
– Przecież ciebie nikt nie nauczył cwaniakowania, Boże, Ignacy, ty nie rozumiesz, że bez cwaniakowania w tym kraju nikt nie daje rady przeżyć?
– Umiem o siebie zadbać – powiedział zirytowanym tonem Twardowski.
– Tak, bo to wręcz szalenie trudne, gdy masz portfel pękający w szwach od pieniędzy i masę ludzi, która by całowała ziemię, po której stąpasz... – zaczął Feliks, ale urwał, dostrzegając minę Ignacego. – Nie, nie, w porządku, nie kłóćmy się o to. Po prostu mi obiecaj, że tego nie zrobisz, dobrze? Obiecaj.
Przez chwilę mierzyli się wzrokiem.
– Nie mogę – odpowiedział Ignacy.
Feliks westchnął. Opadł ciężko na łóżko i przed dłuższy czas tylko wpatrywał się przed siebie. Ignacy milczał.
– A może... – zastanowił się na głos Feliks – ja to powiem?
– Bez obrazy, Feliks – zaczął Ignacy – ale wiesz, że żadnego mugolaka nie potraktują poważnie.
– To może... ktoś inny... – wymruczał bez nadziei.
– Feliks, przestań. To muszę być ja. Nie rozumiesz? Na tym przyjęciu będą wszyscy. Nikt nie będzie mógł udawać, że to się nie stało. Będą musieli nas wysłuchać.
Feliks nie odpowiedział. Opadł tylko na plecy i z zaciętym wyrazem twarzy oglądał sufit. Ignacy westchnął i wstał, ale w miejscu zatrzymał go głos przyjaciela.
– Robiłeś sobie kiedyś kanapkę?
Ignacy spojrzał na niego, zdziwiony.
– Co to za pytanie?
– Odpowiedz. Robiłeś?
– Chyba każdy to potrafi – stwierdził zapobiegawczo Ignacy.
– Wiedziałem. – Feliks zakrył twarz dłońmi. – Boże.
Zerwał się nagle i chwycił ze stolika szkolny piórnik.
– Jak myślisz, ile to kosztuje?
– Czy to według ciebie do czegoś prowadzi? – zdenerwował się Ignacy.
– No dobra. Przychodzisz, powiedzmy sobie, do spożywczaka. Chcesz kupić, no nie wiem, masło, chleb i mleko. Masz dyszkę w kieszeni. Starczy ci?
Ignacy patrzył na niego ze złością.
– Nie rozumiem, co próbujesz powiedzieć – wycedził.
– Okej. A jak ci w środku miesiąca zostanie ostatnia stówa, przyjdzie wezwanie do zapłaty za wynajem mieszkania i abonament na czaroradio, co zrobisz?
– Przy odpowiednim gospodarowaniu pieniędzmi...
– Boże – przerwał mu Feliks. – Odpowiednie gospodarowanie pieniędzmi. Boże.
Obaj poderwali się nerwowo, gdy drzwi się otworzyły. W progu stanął Niko. Westchnął ciężko na ich widok.
– Znowu się kłócicie? – zgadł.
Feliks z dziką nadzieją wyrwał się ku Finowi i złapał go za ręce. Niko spojrzał na niego z zaskoczeniem.
– Dobrze! – zawołał Feliks. – Ciebie posłucha. Wytłumacz temu burakowi, że sobie zrobi krzywdę.
– Chodzi mu o urodziny mojego ojca – uzupełnił ponurym tonem Ignacy.
– Och – powiedział Niko. – W takim razie wybacz, Feliks, ale uważam, że Ignacy ma rację.
Wołoszyn drgnął raptownie, nim zamarł na kilka sekund.
– Wiesz co – odparł lodowatym tonem – chyba nawet mnie to nie dziwi. Cholerny cyborg i cholerny bankrut, bawcie się dobrze!
Wyszedł, trzaskając za sobą drzwiami.
– Cyborg? – powtórzył Niko.
Ignacy wzruszył ramionami.
– Myślisz, że to była obelga? – zastanowił się na głos Fin.
– Nie mogę tego nie zrobić – odezwał się Ignacy. – Ludzie muszą się dowiedzieć.
– Wiem.
– Ojciec przecież to zrozumie.
– Pewnie tak.
Obaj milczeli przez chwilę.
– A tak poza tym – powiedział Niko – musimy porozmawiać o jeszcze jednej rzeczy.

*

Druella zaczynała czuć się samotnie.
Nie miała zamiaru więcej rozmawiać z tym chłopcem, a ponieważ Emilia spędzała z nim coraz więcej czasu, nawet z nią ograniczyła swoje kontakty do minimum. Uczniowie wydawali jej się zbyt chaotyczni, nauczyciele nudni, mieszkańcy okolicznej wioski wręcz grubiańscy. Oczywiście, pozostawały jeszcze listy od przyjaciół, ale przy czytaniu korespondencji dopadało ją paradoksalne poczucie, że jej wrażenie samotności tylko się od tego pogłębia.
Papa był ciągle zajęty. Druella zaczynała podejrzewać, że nawet gdyby została na wyspach, wcale nie widywałaby go dużo częściej.
Czuła się winna, że nie odpisuje na listy, ale coś ją przed tym blokowało. Nie wydawało jej się, by ktokolwiek z jej znajomych potrafił ją zrozumieć. Przyjaciółki opowiadały jej o nowych kreacjach. O rozterkach miłosnych. O śmiesznych anegdotkach z udziałem ich skrzatów domowych.
Druella przez pewien czas odpowiadała: „och, musisz koniecznie mi się kiedyś w tym zaprezentować!”, „moja droga, zawsze ci mówiłam, że jesteś dla niego zbyt wyrozumiała” i „niemądre stworzenie, dobrze, że nikomu nie stała się krzywda”, mimo że chciała wyjaśnić im dziwne, chroniczne poczucie pustki, jakiej doświadczała.
Druella czuła się nieszczęśliwa. W nocy myślała o Azkabanie i płakała w poduszkę.
Druella przestała też pisać, co właściwie nikogo nie zaskoczyło. Albo raczej, co Druellę dodatkowo smuciło, nikt tego nie zauważył. Pewnego dnia odłożyła swój aparat na półkę i nigdy nie usłyszała pytania: „dlaczego”.
W Hogwarcie rzadko przebywała w bibliotece. Czasem czuła lekki wstyd, gdy o tym myślała, ale nie przywiązywała dużej wagi do nauki. Gdy skończyła szkołę, miała wrażenie, że mogła postarać się lepiej, ale wtedy też żadna przyjaciółka nie potrafiła jej zrozumieć.
Druella lubiła widok z łukowieckiej biblioteki. Zastanawiało ją to, że nikt poza nią nie przychodził tu po prostu popatrzeć na las z tej perspektywy. Raz z ogromnym zaskoczeniem zauważyła sarnę, która wyszła spomiędzy drzew. Nie sądziła, by w Zakazanym Lesie żyły takie miłe stworzenia.
Naszła ją kilkakrotnie refleksja, dlaczego pozwala się, by małe dzieci uczyły się tuż obok puszczy skrywającej dzikie bestie.
„Chyba niełatwo byłoby przenieść cały zamek”, doszła w końcu do wniosku i nie zawracała sobie tym więcej głowy.
Tym razem w bibliotece trafiła na znajomą twarz. Izydor siedział przy jej ulubionym oknie, przygarbiony i smutny.
Rozmawianie z Izydorem nie było łatwe, ale Druella w jakiś sposób to lubiła. Wtedy, gdy udawało jej się zdobyć jego uśmiech, aprobatę albo zrozumienie, czuła się jak po rozwiązaniu naprawdę wymagającej łamigłówki.
– Dzień dobry, Izydorze – przywitała się. Nie zwrócił na nią uwagi, więc dodała nieco głośniej: – Dzień dobry.
Poderwał głowę i przez sekundę przyglądał się jej tak, jakby jej nie rozpoznawał.
– Dzień dobry – odpowiedział w końcu.
– Dawno cię nie widziałam – zagaiła Druella, przysiadając się. – Wiesz, zaczęłam czytać tę książkę, którą mi poleciłeś.
– Tak? I jak wrażenia?
– Główna bohaterka jest szalenie irytująca – wyznała z westchnięciem. – To utrudnia czytanie.
Izydor uśmiechnął się i Druella znowu nie była w stanie zorientować się, czy przypadkiem powiedziała coś zabawnego, czy może raczej niemądrego.
– Wydawało mi się, że będziesz nią raczej... oczarowana – powiedział Izydor.
– Oczarowana! – oburzyła się Druella.
– Nie można jej odmówić uroku osobistego.
– Och, proszę cię – zirytowała się Druella – ładna buzia to tylko połowa uroku osobistego.
– Najwyraźniej jeszcze nie dotarłaś do tej sceny...
– Psst! – syknęła ostrzegawczo.
– Skądinąd dramatycznej...
– Psst, psst!
Izydor uśmiechnął się ponownie, ale zaraz znowu przybrał swój zmartwiony wyraz twarzy. Odwrócił głowę w stronę okna i zapatrzył się w krajobraz.
Druella westchnęła i spojrzała gdzieś w bok. Przez dłuższą chwilę układała w myślach jedno zdanie i wciąż nie brzmiało zbyt dobrze.
– Może nie jesteśmy przyjaciółmi – odezwała się w końcu – ale jeśli masz jakiś problem, zawsze możesz mi o nim opowiedzieć.
Nie odpowiedział.
– Może będę mogła pomóc – dodała mniej pewnie – jednak mimo wszystko... czasami dobrze po prostu zwierzyć się komuś.
Dalej milczał i Druella nie wiedziała, czy ją ignoruje, czy może wcale nie usłyszał tej propozycji. Zrobiło jej się jeszcze smutniej.
„Ma takie szczupłe palce”, pomyślała nagle, „takie palce u chłopców wcale nie wyglądają dobrze”.
Założyła kosmyk włosów za ucho, spojrzała na Izydora i wstała z krzesła.
– Masz rację – powiedział, nie patrząc na nią Izydor. – Wygląd to tylko połowa uroku osobistego.
Druella nie wiedziała, co powinna odpowiedzieć.
– To chyba nie jest nic odkrywczego... – stwierdziła w końcu ostrożnie. – Wydawało mi się, że każdy o tym wie.
Izydor spojrzał na nią z niedowierzaniem, ale ostatecznie tylko uśmiechnął się i pokręcił głową.

*

Harry musiał przemyśleć kilka spraw.
Wciąż doskonale pamiętał rozmowę z tym chłopakiem z „Białego Misia” i wciąż nie miał pojęcia, do czego go ona zaprowadzi. Ten chłopak – jak on się nazywał, Soboń? – właściwie chciał zwrócić uwagę tylko na jedną osobę.
Ari-Pekka Nikodemus Suutari-Jääskö, młodzieniec blisko dziewiętnastoletni, przeciętny i mało ambitny uczeń. Raczej wyizolowany i często znikający ze szkoły, oraz, co zastanawiało Harry'ego najbardziej, zdecydowanie za bardzo zainteresowany ostatnimi wydarzeniami.
Harry przyłapał go kiedyś, gdy wychodził z jednej rudery. Po upewnieniu się, że wraca do szkoły, kazał sprawdzić tamten dom. Aurorzy nie znaleźli tam nic podejrzanego, jednak doświadczenie podpowiadało Potterowi, że coś jednak powinni tam znaleźć. Węszył jakieś zaklęcie zabezpieczające, ale klątwołamacze intensywnie pracowali nad rozsupływaniem pętli. Ostatnio podczas obiadu Hyde po prostu zasnął z twarzą w ziemniakach, a Peggy coraz częściej zdarzało się zapominać, po co wchodziła do konkretnych pomieszczeń. Harry'emu czasem było żal tych dzieciaków, ale musieli sobie radzić we dwójkę. Sprowadzenie większej ilości służb porządkowych do Polski byłoby nazbyt uprzejmym zaproszeniem do wzmożenia działalności dla brytyjskich czarnoksiężników.
Ron uważał, że wizyta tego dzieciaka była jednorazowa. Skoro w jego naturze leżało włóczenie się gdzie popadnie, nikogo nie powinno dziwić, że odwiedzał też lokalne rudery.
Harry uznał, że skoro nie może liczyć na klątwołamaczy, pora na bardziej tradycyjną i dużo żmudniejszą metodę – obserwację.
Dzięki krótkiej rozmowie z Ari-Pekką dowiedział się dwóch rzeczy: po pierwsze, chłopak jest sprytny. A skoro jest sprytny, istnieje duże prawdopodobieństwo, że potrafi tak załatwiać swoje sprawy, by nie zaniepokoić nikogo.
Po drugie, Soboń najpewniej nie był szczery.
Harry wciąż miał w pamięci jego twarz – dzieciak wydawał się całą tą rozmową koszmarnie zestresowany. Czy też konkretnie – wyglądał, jakby coś wiedział, ale próbował sprawiać wrażenie, że tylko się pewnych rzeczy domyśla. Niemal błagał o zachowanie tego spotkania w tajemnicy, ale Harry szczerze wątpił, że bał się Ari-Pekki i jego ewentualnej zemsty.
Problem polegał na tym, że Soboń nie zechce powiedzieć niczego więcej. To była jedna z tych spraw, co do których Harry nie miał żadnych wątpliwości.
Teraz czekało go jedno z trudniejszych zadań, jakie mogło stanąć przed aurorem.
Zdobycie zaufania nastolatków.

*

– Auror? – zapytał sceptycznym tonem Ignacy. – Jesteś pewien?
– Jestem. A on doskonale wie, że ja wiem, że on wie, że wiem – westchnął Niko, po czym spojrzał z zadumą na ścianę. – Co prowadzi do trochę patowej sytuacji.
– Poczekaj. Podejrzewasz go, bo jest Brytyjczykiem?
– Prowokował mnie.
– Prowokował...?
– To znaczy... – Niko zmieszał się trochę. – Zadawał pytania.
Ignacy przez chwilę przyglądał się przyjacielowi, po czym westchnął głęboko.
Niko wstał i podszedł do okna.
– Nie mogę spotkać się z Mirceą – powiedział.
Ignacy poderwał głowę i zerknął na niego zdziwiony.
– Dlaczego?
Niko przez chwilę milczał. Wpatrywał się tylko uparcie w szybę, bębniąc opuszkami palców w parapet.
– W takim razie przyprowadzimy go tutaj – stwierdził i odwrócił się w kierunku drzwi.
Ignacy zrozumiał, że najwyraźniej nie został zaproszony do udziału w dialogu.
Zastąpił drogę przyjacielowi.
– Poczekaj – zażądał. – Mnie to wygląda na bardzo kiepski plan.
– Póki co to tylko pomysł – zauważył Niko. – Plan będziemy mieć za jakieś półtora godziny.