niedziela, 30 listopada 2014

25. Rozdział o tym, jak Mircea podrywa dziewczynę


Na pierwszy rzut oka Izydor nie zauważył różnicy. W środku było tak samo brudno i nieprzyjemnie jak zwykle, może piętro wzbogaciło się o dwa czy trzy kartony ze śmieciami.
Gdyby Izydor zechciał zastanowić się nad wnętrzem budynku, wyczułby, że coś zdecydowanie się zmieniło. Niestety, Izydor miał się co do tego dopiero przekonać.
Zdziwił się, gdy zastał okno zamknięte, ale nie zdawał sobie jeszcze sprawy z faktu, co to może znaczyć. Szarpnął kilkakrotnie za klamkę – skrzydła zatrzeszczały z wysiłkiem, jednak najwyraźniej nie zamierzały się poddawać. Wtedy Izydor zaczął rozumieć i od ciężaru tej nowej przeciwności losu zakręciło mu się w głowie.

Najpierw odskoczył od ościeżnicy, wpatrując się w dotychczas przyjazne przejście ze szczerym zdumieniem. Potem z rozpaczliwą nadzieją próbował raz jeszcze otworzyć okno, głośno nawołując mieszkańców domostwa do zdrowego rozsądku. Potem wyciągnął różdżkę.
Jak się spodziewał, „alohomora” nie przyniosła żadnego efektu. Rozległ się tylko dziwny dźwięk, jakby coś ostrego przejechało po powierzchni szyby. Izydor, zdesperowany, cofnął się o krok i rzucił znacznie mniej pokojowe zaklęcie. Pamiętał, że kiedyś niechcący zbił nim szklany wazon, a doświadczenie nauczyło go, że prawie nikt nie stosuje zabezpieczeń, które mogłyby uchronić przed efektami ubocznymi czarów. Jeśli Mircea i ten stary charłak wpadliby na to, że ktoś kiedyś zechce się włamać do ich lombardu, stosując zaklęcie przyprawiające niemiłe dziewczęta o czyraki, musieliby być geniuszami.
Izydor nie przewidział tego, że szyba zareaguje w ten sposób. Miał raczej nadzieję, że rozbije się, tak jakby rzucił w nią czymś ciężkim. Zamiast tego po prostu eksplodowała na miliony mikroskopijnych drobinek.
Krzyknął i odruchowo zasłonił oczy rękoma. Szklany pył opadł dość szybko, ale Izydor wciąż bał się ruszyć. Czuł, że resztki szyby są wszędzie – na jego ubraniu, nawet we włosach. W końcu wzdrygnął się gwałtownie i wyprostował. Poza zadrapanymi dłońmi nie odniósł żadnych obrażeń, ale wcale nie poprawiło mu to humoru. Na sztywnych nogach podszedł do parapetu. Pod podeszwami butów chrzęściły drobinki szkła.
Najpierw Izydor wychylił się na zewnątrz i natychmiast się cofnął. Było już dość późno, ale kilka głów wyłoniło się z okien sąsiednich domów, zwabione dźwiękiem tłuczonej szyby. Chłopak odczekał więc chwilę, po czym na próbę wyciągnął rękę, by odszukać pierwszy stopień schodów. Jego dłoń nie napotkała jednak oporu w postaci stabilnej powierzchni.
– Kurwa – mruknął, jakby nie dowierzając. Odszedł o krok od parapetu i splótł dłonie na karku. – Kurwa – powtórzył i jeszcze raz zbliżył się do okna. Uderzył kilka razy wściekle pięścią o ścianę. – Słyszysz mnie?! Otwieraj! Bo jeśli nie, to...
Zamilknął, świadom, że brakuje mu argumentów.
– Pożałujecie – ostrzegł, cichszym tonem.
Chwilę stał jeszcze w miejscu.
Izydor znowu nie został potraktowany poważnie.
 
*
 
– Dvie paczki – złożył zamówienie Mircea, nim szarmancko oparł się o ladę. – I umóv się ze mną, Grażka.
Rzeczona Grażyna nawet nie zaszczyciła go swoim znudzonym spojrzeniem. Polizała koniuszek palca i przewróciła stronę kolorowego magazynu.
– Nie stać cię – odpowiedziała. – I nie stać cię.
Mircea wywrócił oczami.
– Co ci znovu nagadali? Mam śvietny interes na oku. Daj mi z dva tygodnie i stać mnie będzie na cały ten tvój sklepik.
– Och, wow. – Grażka dość niestarannie udała podekscytowanie. – Pozwól, że nie będę przesadzała z entuzjazmem.
Mircea z niezrażonym uśmiechem obserwował, jak Grażyna wypluwa niebieską gumę do żucia, przykleja ją do spodu lady i prosto ze sklepowej półki zgarnia kolejną.
Grażka należała do tych dziewcząt, których uroda nie uznawała kompromisów. Wobec tego jej męscy znajomi dzielili się na chłopców doszczętnie w niej zadurzonych i tych, którzy dziwili się, że komukolwiek może podobać się taka pokraka. Grażyna też się dziwiła. Nie chciało jej się dbać ani o włosy, ani o makijaż, nawet do ubioru nie przykładała specjalnej uwagi, tymczasem nie zaznała dnia bez kolejnej miłosnej propozycji. W świecie Grażki nikt, kto chodzi w porozciąganym T-shircie i strzyże się samodzielnie w domu, nie przejmując się kompletnie tym, że każdy płowy kosmyk ma inną długość, nie powinien zwracać na siebie uwagi samców.
– To dvie paczki. – Mircea postanowił pójść na kompromis. – Później ci oddam.
– Nie oddasz, bo ci nie dam – sprostowała Grażyna cierpliwym głosem. – Jak chcesz palić, to zarabiaj, Mircea.
– Zarabiam – oburzył się Mircea.
– Aha, a dziadek mi mówił, że już przejadłeś swoją wypłatę za następne cztery miesiące.
– Co? – Mircea wyprostował się. – Co za szmaciarz – wymamrotał pod nosem.
Grażka najwidoczniej zainteresowała się jakimś artykułem w gazecie. Wyciągnęła różdżkę i odcięła za pomocą zaklęcia kawałek strony.
– Patrz, mają zniżkowe kupony na kociołki, a ja właśnie potrzebuję nowego. – Schowała kupon do kieszeni fartuszka, po czym podsunęła gazetę pod nos Mircei. – Jak chcesz to sobie weź resztę.
– Viesz co, Grażka... – zaczął z wyrzutem Mircea, ale przerwał mu klient czekający w kolejce:
– Pani, długo jeszcze?
Grażyna uniosła obie ręce do nieba w niemal cierpiętniczym geście, po czym odwróciła się do czekającego.
Mircea mruknął coś pod nosem i wtedy dotarło do niego, że część klientów Grażki wpatruje się w niego dość nachalnie. W takich chwilach walczył z chęcią poklepania się po brzuchu i głośnym oznajmieniu, że nie jadł nic od rana.
Zamiast tego wcisnął ręce do kieszeni i ze zmarszczonymi brwiami obserwował, jak Grażka obsługuje kolejnych czarodziejów.
– Grażka, a... – podjął kolejny temat, ale znów mu przerwano.
Tym razem w słowo mu wszedł wysoki, na pierwszy rzut oka całkiem wysportowany mężczyzna.
– Przepraszam uprzejmie – zwrócił się do Grażyny. – Czy to stworzenie się pani narzuca?
Mircea poczuł, jak gorąco uderza mu do głowy i był już gotów podejść do nieznajomego, ale wcześniej odezwała się sklepikarka.
– Boże, że tam narzuca od razu. – Grażka wzruszyła ramionami. – Już pójść kupić ziemniaków nie można, bo się „narzuca”.
Trudno uznać, kto wydawał się bardziej zdumiony – Mircea, tajemniczy wybawiciel, czy klient.
– A, że on – uzmysłowiła sobie Grażyna. – No, on to trochę, ale się przyzwyczaiłam – uznała po chwili zadumy.
– Mogę go wyprosić – zaoferował się nieznajomy.
– Chcesz, to spróbuj – zachęcił go Mircea, rozkładając ręce. – No dalej, kutasiarzu.
Grażyna poczuła się w obowiązku zainterweniować, gdy dostrzegła, że aspirujący łowca wampirów wyciąga różdżkę.
– Ej, spokój! – Z podziwu godną zgrabnością przeskoczyła nad ladą i stanęła między mężczyznami. Mircea, najeżony i gotowy do skoku, cofnął się o krok. – Dzisiaj myłam podłogę!
Nieznajomy uraczył Grażkę zdumionym spojrzeniem, podczas gdy ona odwróciła się do Mircei i chwyciła go za nadgarstki.
– Ty wariacie – powiedziała, spokojnym, ale niepozbawionym wyższości głosem, jakby mówiła do małego dziecka. – Kogo dopiero co wypuścili z aresztu?
– Mnie – przyznał niechętnym, pełnym złości tonem Mircea.
– Ciebie – potwierdziła Grażka. – Nie było tam przyjemnie, co?
– Nie – zgodził się Mircea.
– A kto już wydał wszystkie swoje i nieswoje pieniążki, awanturował się wczoraj na ulicy, bo nikt nie chciał mu załatwić świstoklika do ministerstwa, a dzisiaj właśnie próbuje wdać się w bójkę z uzbrojonym czarodziejem?
Mircea milczał.
– No właśnie. – Grażka pokiwała poważnie głową. – Kto zachowuje się nieracjonalnie?
– Może vrócę do domu – zaproponował Mircea.
– No i ja jestem za – przytaknęła mu Grażyna, po czym wyciągnęła z kieszeni fartuszka paczkę papierosów i podała ją wyraźnie podniesionemu na duchu Mircei. – Masz. Moja kuzynka pisze artykuł o nietolerancji wobec mniejszości gatunkowych, posiedzisz z nią godzinę i opowiesz, jaki jesteś stygmatyzowany i będziemy kwita.
– A umóvisz się ze mną, Grażka? – spróbował raz jeszcze Mircea.
– Idź już, zanim mnie zdenerwujesz – ostrzegła Grażyna. Poczekała, aż chłopak wyjdzie, ze zmarszczonymi brwiami obserwując, jak klienci przylegają do ścian, gdy ich mija.
Westchnęła i wróciła za ladę. Większość zebranych poczekała, aż Mircea się oddali, po czym pospiesznie wyprysnęła ze sklepu.
– Zgłoszę ten incydent odpowiednim służbom – poinformował w progu niedoszły łowca wampirów, mierząc Grażynę pogardliwym spojrzeniem. – To niedopuszczalne, wpuszczać agresywne zwierzęta do miejsc, gdzie przychodzą małe dzieci!
Dziewczyna wzruszyła ramionami.
– A bo ja wiem, nie każdy ma to wypisane na twarzy – mruknęła do siebie.
Przez chwilę panowała cisza.
– Pani – nieśmiało odezwał się jeden z klientów – powiesz pani po ile te ziemniaki, czy nie?
 
*

– Aha – stwierdził Mircea, spoglądając na szklany pył rozsypany na podłodze. – Czyli już tu był.

*
 
Feliks, nie mówiąc nic Ignacemu, postanowił poobserwować trening quidditcha z nowym szukającym i mimo pewnej niechęci musiał przyznać, że dzieciak był niezły.
Właściwie, jak na czternastolatka grał wręcz wspaniale.
Bardzo możliwe, że radził sobie dużo lepiej niż Feliks.
Wprawiło go w to dziwny humor, jakby zazdrości pomieszanej ze zniechęceniem. Najbardziej irytowało go to, że nigdy nie widział, by ten dzieciak ćwiczył na boisku. Widocznie któregoś ranka obudził się z myślą, że może przyjęliby go do drużyny i okazał się cudownym dzieckiem, wybranym przez boga złotego znicza.
Wobec tego szokującego odkrycia Feliks pozwolił sobie na chwilę nieproduktywnego leżenia na łóżku i ponurego rozmyślania.
Oczywiście, ostatnie wydarzenia przyniosły kilka pozytywów. Na przykład, wzruszająca troska Gerda o zdrowie Feliksa nie mogła ich ze sobą nie pogodzić. Poza tym, zarobił parę całusów od strapionych koleżanek, co również było całkiem miłe.
Niemniej teraz myślał tylko o tym, że nawet gdyby jakimś cudem stawił się na eliminacjach, nic by z tego nie wyszło.
Niko napisał, że na łukowieckie włości wraca w poniedziałek, co ucieszyło wszystkich, ponieważ zwiastowało rychłe uwolnienie od przymusowego intelektualnego wysiłku. Feliks zastanawiał się, czy ich spotkanie nie będzie aby niezręczne. Nie bardzo wiedział, co mówi się ludziom w takiej sytuacji. „Fajnie, że funkcje życiowe twojej mamy jednak nie budzą zastrzeżeń?”.
Poderwał się do pozycji siedzącej, gdy usłyszał szczeknięcie klamki.
– I jak ten młody? – zapytał Ignacego.
– Beznadziejny. Zero wyczucia czy refleksu.
Feliks docenił to kłamstwo i w milczeniu obserwował, jak Ignacy rzuca sportową torbę pod łóżko i siada ciężko na kołdrze.
– Wiesz, nie zastanawia cię, co się stało z Gombrowiczem? – podjął nagle Feliks. – Nie mamy astronomii już nie wiem od kiedy, ale ponoć włóczy się czasem po Łukowcu.
Ignacy wzruszył ramionami.
– Pewnie jest na zwolnieniu – stwierdził, choć bez większego przekonania.
Feliks zmarszczył brwi, ale nie odpowiedział. Odezwał się dopiero po chwili.
– Trzeba będzie coś zrobić z Soboniem. – Zawahał się, nim dodał: – Ignacy, a jak się warzy veritaserum?
– Nielegalnie, jak na nasze warunki – odparł ostrym tonem Twardowski. – Nawet o tym nie myśl. Poza tym, jak byś chciał mu je podać? I gdzie przesłuchać? I to tak, by nikt nie zorientował się, że coś jest nie tak?
– Dobra – skapitulował Feliks, unosząc obie dłonie do góry. – Veritaserum nie, okej. – Przez chwilę milczał, ale podjął na nowo: – Wiesz co, mam takie wrażenie, że my dopiero zaczynamy robić, a tamci są na finiszu.
– Póki co i tak z tym nic nie zrobimy – orzekł Ignacy.
Feliks przeanalizował w myślach wszystkie opcje.
– Nic – zgodził się niechętnie.
Zapadła ponura cisza.
– Chyba że ewakuujemy wszystkich fajnych ludzi i wysadzimy Łukowiec – zaproponował Feliks.
Ignacy spojrzał na niego z politowaniem.
– Ej, co, zły pomysł? – Feliks przysiadł się do Ignacego. – Sztywniakom, frajerom i nadętym kolesiom dziękujemy. – Widząc, że przyjaciel zamierza się odezwać, dodał szybko: – No wiem, że liczysz się aż do dwóch z tych trzech grup, ale co, myślisz że dla ciebie nie zrobię wyjątku?
– I pewnie przypadkiem sala egzaminacyjna wyleci w powietrze jako pierwsza.
– Jasne, przecież to największe siedlisko zła jest.
Ignacy prychnął śmiechem, więc Feliks wyszczerzył się do niego wesoło i już miał rzucić kolejnym genialnym pomysłem, gdy drzwi nagle otworzyły się z impetem. Do środka weszła Gosia, dziwnie blada.
– Pukać nie nauczyli? – mruknął Wołoszyn, czując, jak resztki dobrego humoru z niego mimowolnie uciekają.
Gosia nie odpowiedziała, co zaniepokoiło obu chłopców. Zamiast tego wyciągnęła sztywno rękę przed siebie, ściskając kurczowo w dłoni kopertę. Pytające spojrzenie gospodarzy uświadomiło jej, że prawdopodobnie nie rozumieją celu jej wizyty.
– Ja... – zawahała się, po czym zmieszała się wyraźnie i zaczęła na nowo, starając się, by w jej głosie na nowo zagościła dawna pewność siebie. – Na ulicy zaczepił mnie ten wampir.
– Co? – bąknął Feliks.
– Skąd wiesz, że to on? – zapytał Ignacy.
Gosię zezłościło to pytanie.
– Myślisz, że jestem taka głupia, by nie poznać, jak wygląda wampir? – Potrząsnęła głową, po czym powiedziała, już spokojnym tonem: – Pytał mnie, czy znam takiego i owego. I opisuje mi tego waszego przyjaciela. To ja mu na to, że znam go, a on mi daje ten papier i każe przekazać.
Spojrzenia zebranych skupiły się na kopercie.
– Ludzie – odezwał się martwym tonem Feliks – a jeśli jest zatruta?
Gosia krzyknęła i puściła kopertę, jakby nagle zaczęła ją parzyć w ręce. Jedno spojrzenie na Feliksa przekonało ją, że chłopak wcale nie jest tak zatrwożony jak ona sama, a to z kolei ponownie ją rozgniewało.
– Kpisz sobie ze mnie? – warknęła, podchodząc do Feliksa i pochylając się nad nim. – Ty chyba nie wiesz, jak sobie dobierać wrogów, co?
– To tylko żart – wtrącił Ignacy.
– Ach tak? – Małgosia odwróciła się do Twardowskiego. – To może ja sobie z was pożartuję? Zresztą – Cofnęła się o krok – nie liczcie na to, że wam jeszcze pomogę.
Wyszła, trzaskając drzwiami.
Chłopcy wymienili spojrzenia.
– Rany – powiedział Feliks.
– Pewnie jej przejdzie – uznał Ignacy, wzruszając ramionami. – Wiesz, jakie są dziewczyny.
„Zależy jakie”, pomyślał Feliks, ale nic nie powiedział. Zamiast tego zszedł z łóżka i pochylił się nad kopertą – miał już ją podnieść, kiedy nagle cofnął rękę i spojrzał pytająco na Ignacego.
– A jeśli naprawdę coś z tym zrobił? – powiedział niepewnym tonem. Po minie przyjaciela poznał, że ten również się nad tym zastanawia.
– Możemy sprawdzić.
Ignacy uklęknął obok porzuconej przez Gosię koperty i przyłożył do niej różdżkę, mamrocząc pod nosem kilka formułek. Feliks przypatrywał mu się z ciekawością.
Po krótkiej chwili Ignacy cofnął rękę i potarł podbródek w zadumie.
– Poczekaj – poprosił Feliksa, po czym wstał szybko. – I nie ruszaj tego.
Wołoszyn westchnął i usiadł po turecku, omiatając całe pomieszczenie wzrokiem. Jego spojrzenie, jak i myśli, nieubłaganie wracały jednak do tajemniczej koperty. Co jest w środku? Dlaczego Mircea nagle zechciał się z nimi skontaktować?
Poruszył się niespokojnie, podwinął mankiet bluzy i zerknął na zegarek.
Ignacy wrócił po dobrych dziesięciu minutach, trzymając pipetę z odrobiną mętnego płynu w środku.
– Woda ze sproszkowanym rogiem jednorożca – poinformował, siadając obok Feliksa. – Wykryje każdą truciznę. – Ostrożnie zbliżył końcówkę pipety do krawędzi koperty i ulał na nią kroplę.
Obaj odczekali chwilę.
– I co? – zapytał Feliks.
– I nic – odpowiedział Ignacy. – Powinna być bezpieczna.
– Otwieramy? – Feliks zerknął na przyjaciela spod uniesionych brwi.
– Jest do Niko.
– Rany, Ignaś – zdenerwował się Feliks. – Na pewno się mu zwierza z intymnych problemów.
Ignacy westchnął.
– Otwieramy? – powtórzył Feliks.
– Otwieramy.
Feliks ostrożnie rozerwał kopertę. W środku znajdowała się zwykła kartka w kratki, wyrwana z mugolskiego zeszytu. Chłopak wyprostował ją i zmarszczył brwi na widok koślawych liter.
– Super, wampir z dysleksją. „Przyjdź w następną sobotę”. „Przyjdź” napisał przez „sz”.
– To wszystko? – upewnił się Ignacy.
– Ta, tylko mamy problem – mruknął Feliks. – Niko sobotę spędza w krainie świętego Mikołaja.
– Wiesz – zaczął ostrożnie Ignacy – to nie musi być Niko.
– Aha, przyjdziemy do Mircei i powiemy, że jesteśmy w zastępstwie naszego kolegi? – zadrwił Feliks, ale zaraz zrozumiał, co miał na myśli Ignacy i zachmurzył się wyraźnie. – O nie. Ja już nią nie chcę mieć nic do czynienia. Zresztą, widziałeś, pogadała z nim minutę i już trzęsła portkami.
– A masz inne wyjście? – zapytał Ignacy.
Feliks chwilę milczał.
– Dobra, ale ty z nią gadaj. Mnie jakby skreśliła z listy ludzi, na których nie pluje jadem na dzień dobry.

*
 
– Jak to, do transportu magii? – powtórzył Harry.
– No dobra. – Hyde, młody klątwołamacz, uniósł obie dłonie do góry, jakby chciał powiedzieć „masz pan prawo nie rozumieć. – To może przykładem polecę, co? Załóżmy, że parasz się pan czarną magią i chcesz pan, no nie wiem, stworzyć inferiusy. Masz pan po trupie w każdym zakątku Europy, ale nie nie zamierzasz pan ich wszystkich ściągać do siebie na chatę. To bierzesz pan farbę i robisz pan znaki i wystarczy, że jebniesz pan zaklęcie u siebie w domu, a magia sama poleci tam, gdzie trzeba. Znaki wskażą drogę, no wie pan, nie? Tylko tutaj zrobili na odwrót. Magia od tych znaków leci do jednego miejsca.
Hyde był pieruńsko zdolny, czego wcale nie było po nim widać. Harry westchnął i przyłożył złożone niczym do modlitwy dłonie do ust, przez chwilę analizując słowa chłopaka.
– W takim razie można wyśledzić, gdzie miała trafić ta magia? – upewnił się, czując, jak ten trop napełnia go na nowo nadzieją na rychłe rozwiązanie sprawy.
– No tak... – zgodził się Hyde, zezując w bok, po czym dodał ze skruchą: – ale nie. Raczej nie. Bo widzisz pan, nałożyli pętle. To znaczy – dodał szybko – że pododawali, spryciarze, sporo fałszywych tropów i nam to ciut odczyty zakłóca. Ale to żaden problem na dłuższą metę, to znaczy, naliczyliśmy póki co cztery pętle, ale da się je porozsupływać.
– Ile to zajmie?
– No... – zawahał się Hyde. – Może z tydzień...?
„To nie tak źle”, pomyślał Harry.
– Na jedną? – dokończył niemal przepraszającym tonem Hyde.
– Miesiąc? – uniósł się Harry. – Nie mamy tyle czasu! A co jeśli o zły trop? Jeśli mieli jakąś tymczasową kryjówkę, z której dawno się wynieśli?
Hyde skulił się w ramionach. Ze swoimi śmiesznymi, grubymi niczym denka od butelek szkłami w okrągłych okularach i kręconymi włosami wyglądał niczym skruszony kilkunastolatek. Harry poczuł wyrzuty sumienia, że na niego nakrzyczał.
– W porządku, Hyde, przepraszam – powiedział łagodnie. – Wiem, że robisz, co możesz.
– Tajest, panie Potter. – Hyde trochę się rozweselił, po czym dodał wesoło: – Mama to mi nawet mówi, że za bardzo się staram, jak na tę moją wypłatę.
– Hyde... – westchnął Harry.
– No wiem, wiem! – Chłopak ponownie uniósł w obronnym geście ręce. – Ja sobie tak żartuję.
– To wszystko? – zapytał Potter, a ponieważ chłopak potwierdził skinięciem głowy, powiedział: – Dzięki, Hyde. Jeszcze sporo pracy przed nami, lepiej nie marnować czasu.
Klątwołamacz zasalutował dziarsko i wyszedł. Harry usłyszał, że wpadł na kogoś na korytarzu.
Do środka zaraz wszedł Ron, trzymając dłoń na brzuchu.
– Cholerny dzieciak, włożył mi łokieć prosto w żołądek! – poskarżył się, nim opadł ciężko na fotel. – Przesłuchaliśmy jednego z tych brygadowców, których znaleźliśmy rano. Wiesz. Tego z językiem.
– I co?
– Klasyka. Zamaskowani oprawcy. Z tym, że z tego co mówił, nie działało na nich żadne zaklęcie.
Harry zamrugał, zdumiony, po czym usiadł w fotelu naprzeciwko Rona.
– Mógł bredzić – dodał Weasley z roztargnieniem. – Połowa tego co mówił, nie miała najmniejszego sens.
– Słyszałeś już raport od klątwołamaczy?
– Tak, po drodze spotkałem Peggy.
Przez chwilę obaj milczeli.
– Myślisz o tym co ja, Harry? – zapytał Ron.
– A o czym myślisz?
– Że produkują horkruksy.
Harry westchnął. Nie odpowiedział od razu – przez pewien czas wpatrywał się przed siebie, myśląc. 
– Nie wiem. Horkruksy nie działają w ten sposób. Nie sprawiają, że stajesz się niewrażliwy na zaklęcia.
– To może mają jakiś inny, lepszy sposób? Do stworzenia horkruksa potrzeba kogoś zabić.
– Wiem.
– Mordują, odprawiają jakiś rytuał i dokańczają zaklęcie gdzieś indziej.
– Wiem.
– Co to jeszcze może być?
Harry westchnął i schował twarz w dłoniach. Nagle poczuł się bardzo daleko od domu i jakaś część niego naiwnie pytała, dlaczego do licha nie jest z żoną i z dziećmi.
Nie spodziewał się takiego obrotu sytuacji. Do końca był przekonany, że symbole pozostawione przy ofiarach są jakimś rodzajem manifestacji, podpisu pod dziełem czy czymś w podobnym rodzaju. Raport Hyde'a nie pozostawiał złudzeń co do tego, że przyjdzie im się zmierzyć z czarną magią.
Harry nie był pewien, czy wolałby, by faktycznie chodziło o horkruksy, czy może o coś innego, nieznanego.
– Ci od rekonstrukcji już próbują odtworzyć te zaklęcia, ale zabraliśmy się za to cholernie późno, Harry. Nie sądzę, by coś z tego wyszło – odezwał się Ron.
– Jeśli to horkruksy, to musimy dokładnie wiedzieć, w jaki sposób się je robi – powiedział Harry.
Ron wiedział, co to oznacza.
I wcale mu się to nie podobało.

*
 
Ignacemu udało się zlokalizować Gosię w pokoju Olega. Siedziała po turecku na łóżku, podczas gdy Oleg czytał przy biurku. Na widok Twardowskiego uniosła wyżej podbródek i odwróciła nieznacznie głowę. Oleg zdawał się nie zwracać na nikogo uwagi.
– Mam do ciebie prośbę – zaczął Ignacy. Zauważył, że Gosia uśmiecha się kącikami ust i z miejsca nabrał złych przeczuć.
– Aha? I dlaczego ma mnie to w ogóle obchodzić? – zapytała, krzyżując ręce na piersiach.
Ignacy westchnął.
– Mircea chce się skontaktować z Niko, ale jak wiesz, Niko tu nie ma.
– I co?
– Właściwie są dwie opcje. Albo znowu go poudajesz, albo powiesz Mircei, że go nie znalazłaś i nie przekazałaś wiadomości.
Gosia nie odpowiedziała. Przez chwilę kiwała głową z wydętymi ustami, po czym wyprostowała nogi i przeciągnęła się leniwie. Ignacy czekał jeszcze przez pewien czas, ale gdy dziewczyna przytuliła się do poduszki, stracił cierpliwość.
– Więc? – ponaglił.
– Więc co? – prychnęła Gosia. – Nie mam ochoty się widzieć z nim widzieć, więc żadna z tych opcji mi nie pasuje.
Ignacy spojrzał na nią z niedowierzaniem.
– To ważne – powiedział, starając się, by jego głos nie zdradził zirytowania. – Jeśli nie odpowiemy na tę wiadomość, on może nie chcieć z nami współpracować.
Dziewczyna podniosła się do pozycji siedzącej.
– Kiedy ja nie dam rady. Jestem przecież tylko strachliwą dziewczynką, prawda? Nie mogę rozmawiać z wielkim, strasznym wampirem.
Ignacy zerknął na Olega, ale on tylko pochylił się mocniej nad książką.
– On tylko żartował – powtórzył Twardowski ze zrezygnowaniem. – Feliks żartuje ze wszystkich.
– I co mnie to nie obchodzi? Ja nie żartowałam, mówiąc, że wam nie pomogę. A ty mi jeszcze przychodzisz i prosisz o pomoc, chociaż nie minęła nawet godzina. Nie będę odwalać czarnej roboty dla kogoś, kto mnie tak traktuje.
Ignacy otworzył usta, by odpowiedzieć, ale Oleg spojrzał na niego i pokręcił przecząco głową. Gosia tymczasem odwróciła się do Ignacego plecami, co dość jasno wyznaczyło koniec rozmowy.
Ignacy nabrał powietrze w płuca i odetchnął głęboko, czując głęboką chęć roztrzaskania w pył najbliższego wszystkiego. Zamiast tego pożegnał się z Olegiem i wyszedł.
Na korytarzu odkrył dziwną prawidłowość. Najwidoczniej w ich przypadku jeden problem generuje kilka kolejnych.
 
 
*
 
Czy to bardzo złe, że u każdej postaci mam zdiagnozowane jakieś zaburzenie psychiczne? XD
W ogóle, wczoraj skończyliśmy dwa lata. Sto lat, hurra.
Tak w ogóle. To naprawdę rozdział, w którym Mircea podrywa dziewczynę. Scena z nim i Grażką napisała mi się praktycznie sama, a potem czekało mnie siedzenie i myślenie nad tym, co by tu jeszcze napisać. "Tu były jeszcze jakieś ważne postacie, nie? Może coś o tych, jak im było..."
Pierwszy rozdział bez Niko. : (