Na pierwszy rzut
oka Izydor nie zauważył różnicy. W środku było tak samo brudno
i nieprzyjemnie jak zwykle, może piętro wzbogaciło się o dwa czy
trzy kartony ze śmieciami.
Gdyby Izydor
zechciał zastanowić się nad wnętrzem budynku, wyczułby, że coś
zdecydowanie się zmieniło. Niestety, Izydor miał się co do tego
dopiero przekonać.
Zdziwił się, gdy
zastał okno zamknięte, ale nie zdawał sobie jeszcze sprawy z
faktu, co to może znaczyć. Szarpnął kilkakrotnie za klamkę –
skrzydła zatrzeszczały z wysiłkiem, jednak najwyraźniej nie
zamierzały się poddawać. Wtedy Izydor zaczął rozumieć i od
ciężaru tej nowej przeciwności losu zakręciło mu się w głowie.
Najpierw odskoczył
od ościeżnicy, wpatrując się w dotychczas przyjazne przejście ze
szczerym zdumieniem. Potem z rozpaczliwą nadzieją próbował raz
jeszcze otworzyć okno, głośno nawołując mieszkańców domostwa
do zdrowego rozsądku. Potem wyciągnął różdżkę.
Jak się
spodziewał, „alohomora” nie przyniosła żadnego efektu. Rozległ
się tylko dziwny dźwięk, jakby coś ostrego przejechało po
powierzchni szyby. Izydor, zdesperowany, cofnął się o krok i
rzucił znacznie mniej pokojowe zaklęcie. Pamiętał, że kiedyś
niechcący zbił nim szklany wazon, a doświadczenie nauczyło go, że
prawie nikt nie stosuje zabezpieczeń, które mogłyby uchronić
przed efektami ubocznymi czarów. Jeśli Mircea i ten stary charłak
wpadliby na to, że ktoś kiedyś zechce się włamać do ich
lombardu, stosując zaklęcie przyprawiające niemiłe dziewczęta o
czyraki, musieliby być geniuszami.
Izydor nie
przewidział tego, że szyba zareaguje w ten sposób. Miał raczej
nadzieję, że rozbije się, tak jakby rzucił w nią czymś ciężkim.
Zamiast tego po prostu eksplodowała na miliony mikroskopijnych
drobinek.
Krzyknął i
odruchowo zasłonił oczy rękoma. Szklany pył opadł dość szybko,
ale Izydor wciąż bał się ruszyć. Czuł, że resztki szyby są
wszędzie – na jego ubraniu, nawet we włosach. W końcu wzdrygnął
się gwałtownie i wyprostował. Poza zadrapanymi dłońmi nie
odniósł żadnych obrażeń, ale wcale nie poprawiło mu to humoru.
Na sztywnych nogach
podszedł do parapetu. Pod podeszwami butów chrzęściły drobinki
szkła.
Najpierw Izydor
wychylił się na zewnątrz i natychmiast się cofnął. Było już
dość późno, ale kilka głów wyłoniło się z okien sąsiednich
domów, zwabione dźwiękiem tłuczonej szyby. Chłopak odczekał
więc chwilę, po czym na próbę wyciągnął rękę, by odszukać
pierwszy stopień schodów. Jego dłoń nie napotkała jednak oporu w
postaci stabilnej powierzchni.
– Kurwa
– mruknął, jakby nie dowierzając. Odszedł o krok od parapetu i
splótł dłonie na karku. – Kurwa – powtórzył i jeszcze raz
zbliżył się do okna. Uderzył kilka razy wściekle pięścią o
ścianę. – Słyszysz mnie?! Otwieraj! Bo jeśli nie, to...
Zamilknął,
świadom, że brakuje mu argumentów.
– Pożałujecie
– ostrzegł, cichszym tonem.
Chwilę
stał jeszcze w miejscu.
Izydor
znowu nie został potraktowany poważnie.
*
– Dvie
paczki – złożył zamówienie Mircea, nim szarmancko oparł się o
ladę. – I umóv się ze mną, Grażka.
Rzeczona
Grażyna nawet nie zaszczyciła go swoim znudzonym spojrzeniem.
Polizała koniuszek palca i przewróciła stronę kolorowego
magazynu.
– Nie
stać cię – odpowiedziała. – I nie stać cię.
Mircea
wywrócił oczami.
– Co
ci znovu nagadali? Mam śvietny interes na oku. Daj mi z dva tygodnie
i stać mnie będzie na cały ten tvój sklepik.
– Och,
wow. – Grażka dość niestarannie udała podekscytowanie. –
Pozwól, że nie będę przesadzała z entuzjazmem.
Mircea
z niezrażonym uśmiechem obserwował, jak Grażyna wypluwa niebieską
gumę do żucia, przykleja ją do spodu lady i prosto ze sklepowej
półki zgarnia kolejną.
Grażka
należała do tych dziewcząt, których uroda nie uznawała
kompromisów. Wobec tego jej męscy znajomi dzielili się na chłopców
doszczętnie w niej zadurzonych i tych, którzy dziwili się, że
komukolwiek może podobać się taka pokraka. Grażyna też się
dziwiła. Nie chciało jej się dbać ani o włosy, ani o makijaż,
nawet do ubioru nie przykładała specjalnej uwagi, tymczasem nie
zaznała dnia bez kolejnej miłosnej propozycji. W świecie Grażki
nikt, kto chodzi w porozciąganym T-shircie i strzyże się
samodzielnie w domu, nie przejmując się kompletnie tym, że każdy
płowy kosmyk ma inną długość, nie powinien zwracać na siebie
uwagi samców.
– To
dvie paczki. – Mircea postanowił pójść na kompromis. –
Później ci oddam.
– Nie
oddasz, bo ci nie dam – sprostowała Grażyna cierpliwym głosem. –
Jak chcesz palić, to zarabiaj, Mircea.
– Zarabiam
– oburzył się Mircea.
– Aha,
a dziadek mi mówił, że już przejadłeś swoją wypłatę za
następne cztery miesiące.
– Co?
– Mircea wyprostował się. – Co za szmaciarz – wymamrotał pod
nosem.
Grażka
najwidoczniej zainteresowała się jakimś artykułem w gazecie.
Wyciągnęła różdżkę i odcięła za pomocą zaklęcia kawałek
strony.
– Patrz,
mają zniżkowe kupony na kociołki, a ja właśnie potrzebuję
nowego. – Schowała kupon do kieszeni fartuszka, po czym podsunęła
gazetę pod nos Mircei. – Jak chcesz to sobie weź resztę.
– Viesz
co, Grażka... – zaczął z wyrzutem Mircea, ale przerwał mu
klient czekający w kolejce:
– Pani,
długo jeszcze?
Grażyna
uniosła obie ręce do nieba w niemal cierpiętniczym geście, po
czym odwróciła się do czekającego.
Mircea
mruknął coś pod nosem i wtedy dotarło do niego, że część
klientów Grażki wpatruje się w niego dość nachalnie. W takich
chwilach walczył z chęcią poklepania się po brzuchu i głośnym
oznajmieniu, że nie jadł nic od rana.
Zamiast
tego wcisnął ręce do kieszeni i ze zmarszczonymi brwiami
obserwował, jak Grażka obsługuje kolejnych czarodziejów.
– Grażka,
a... – podjął kolejny temat, ale znów mu przerwano.
Tym
razem w słowo mu wszedł wysoki, na pierwszy rzut oka całkiem
wysportowany mężczyzna.
– Przepraszam
uprzejmie – zwrócił się do Grażyny. – Czy to stworzenie się
pani narzuca?
Mircea
poczuł, jak gorąco uderza mu do głowy i był już gotów podejść
do nieznajomego, ale wcześniej odezwała się sklepikarka.
– Boże,
że tam narzuca od razu. – Grażka wzruszyła ramionami. – Już
pójść kupić ziemniaków nie można, bo się „narzuca”.
Trudno
uznać, kto wydawał się bardziej zdumiony – Mircea, tajemniczy
wybawiciel, czy klient.
– A,
że on – uzmysłowiła sobie Grażyna. – No, on to trochę, ale
się przyzwyczaiłam – uznała po chwili zadumy.
– Mogę
go wyprosić – zaoferował się nieznajomy.
– Chcesz,
to spróbuj – zachęcił go Mircea, rozkładając ręce. – No
dalej, kutasiarzu.
Grażyna
poczuła się w obowiązku zainterweniować, gdy dostrzegła, że
aspirujący łowca wampirów wyciąga różdżkę.
– Ej,
spokój! – Z podziwu godną zgrabnością przeskoczyła nad ladą i
stanęła między mężczyznami. Mircea, najeżony i gotowy do skoku,
cofnął się o krok. – Dzisiaj myłam podłogę!
Nieznajomy
uraczył Grażkę zdumionym spojrzeniem, podczas gdy ona odwróciła
się do Mircei i chwyciła go za nadgarstki.
– Ty
wariacie – powiedziała, spokojnym, ale niepozbawionym wyższości
głosem, jakby mówiła do małego dziecka. – Kogo dopiero co
wypuścili z aresztu?
– Mnie
– przyznał niechętnym, pełnym złości tonem Mircea.
– Ciebie
– potwierdziła Grażka. – Nie było tam przyjemnie, co?
– Nie
– zgodził się Mircea.
– A
kto już wydał wszystkie swoje i nieswoje pieniążki, awanturował
się wczoraj na ulicy, bo nikt nie chciał mu załatwić świstoklika
do ministerstwa, a dzisiaj właśnie próbuje wdać się w bójkę z
uzbrojonym czarodziejem?
Mircea
milczał.
– No
właśnie. – Grażka pokiwała poważnie głową. – Kto zachowuje
się nieracjonalnie?
– Może
vrócę do domu – zaproponował Mircea.
– No
i ja jestem za – przytaknęła mu Grażyna, po czym wyciągnęła z
kieszeni fartuszka paczkę papierosów i podała ją wyraźnie
podniesionemu na duchu Mircei. – Masz. Moja kuzynka pisze artykuł
o nietolerancji wobec mniejszości gatunkowych, posiedzisz z nią
godzinę i opowiesz, jaki jesteś stygmatyzowany i będziemy kwita.
– A
umóvisz się ze mną, Grażka? – spróbował raz jeszcze Mircea.
– Idź
już, zanim mnie zdenerwujesz – ostrzegła Grażyna. Poczekała, aż
chłopak wyjdzie, ze zmarszczonymi brwiami obserwując, jak klienci
przylegają do ścian, gdy ich mija.
Westchnęła
i wróciła za ladę. Większość zebranych poczekała, aż Mircea
się oddali, po czym pospiesznie wyprysnęła ze sklepu.
– Zgłoszę
ten incydent odpowiednim służbom – poinformował w progu
niedoszły łowca wampirów, mierząc Grażynę pogardliwym
spojrzeniem. – To niedopuszczalne, wpuszczać agresywne zwierzęta
do miejsc, gdzie przychodzą małe dzieci!
Dziewczyna
wzruszyła ramionami.
– A
bo ja wiem, nie każdy ma to wypisane na twarzy – mruknęła do
siebie.
Przez
chwilę panowała cisza.
– Pani
– nieśmiało odezwał się jeden z klientów – powiesz pani po
ile te ziemniaki, czy nie?
*
– Aha
– stwierdził Mircea, spoglądając na szklany pył rozsypany na
podłodze. – Czyli już tu był.
*
Feliks,
nie mówiąc nic Ignacemu, postanowił poobserwować trening
quidditcha z nowym szukającym i mimo pewnej niechęci musiał
przyznać, że dzieciak był niezły.
Właściwie,
jak na czternastolatka grał wręcz wspaniale.
Bardzo
możliwe, że radził sobie dużo lepiej niż Feliks.
Wprawiło
go w to dziwny humor, jakby zazdrości pomieszanej ze zniechęceniem.
Najbardziej irytowało go to, że nigdy nie widział, by ten dzieciak
ćwiczył na boisku. Widocznie któregoś ranka obudził się z
myślą, że może przyjęliby go do drużyny i okazał się cudownym
dzieckiem, wybranym przez boga złotego znicza.
Wobec
tego szokującego odkrycia Feliks pozwolił sobie na chwilę
nieproduktywnego leżenia na łóżku i ponurego rozmyślania.
Oczywiście,
ostatnie wydarzenia przyniosły kilka pozytywów. Na przykład,
wzruszająca troska Gerda o zdrowie Feliksa nie mogła ich ze sobą
nie pogodzić. Poza tym, zarobił parę całusów od strapionych
koleżanek, co również było całkiem miłe.
Niemniej
teraz myślał tylko o tym, że nawet gdyby jakimś cudem stawił się
na eliminacjach, nic by z tego nie wyszło.
Niko
napisał, że na łukowieckie włości wraca w poniedziałek, co
ucieszyło wszystkich, ponieważ zwiastowało rychłe uwolnienie od
przymusowego intelektualnego wysiłku. Feliks zastanawiał się, czy
ich spotkanie nie będzie aby niezręczne. Nie bardzo wiedział, co
mówi się ludziom w takiej sytuacji. „Fajnie, że funkcje życiowe
twojej mamy jednak nie budzą zastrzeżeń?”.
Poderwał
się do pozycji siedzącej, gdy usłyszał szczeknięcie klamki.
– I
jak ten młody? – zapytał Ignacego.
–
Beznadziejny. Zero wyczucia czy
refleksu.
Feliks
docenił to kłamstwo i w milczeniu obserwował, jak Ignacy rzuca
sportową torbę pod łóżko i siada ciężko na kołdrze.
–
Wiesz, nie zastanawia cię, co
się stało z Gombrowiczem? – podjął nagle Feliks. – Nie mamy
astronomii już nie wiem od kiedy, ale ponoć włóczy się czasem po
Łukowcu.
Ignacy
wzruszył ramionami.
–
Pewnie jest na zwolnieniu –
stwierdził, choć bez większego przekonania.
Feliks
zmarszczył brwi, ale nie odpowiedział. Odezwał się dopiero po
chwili.
–
Trzeba będzie coś zrobić z
Soboniem. – Zawahał się, nim dodał: – Ignacy, a jak się warzy
veritaserum?
–
Nielegalnie, jak na nasze warunki
– odparł ostrym tonem Twardowski. – Nawet o tym nie myśl. Poza
tym, jak byś chciał mu je podać? I gdzie przesłuchać? I to tak,
by nikt nie zorientował się, że coś jest nie tak?
–
Dobra – skapitulował Feliks,
unosząc obie dłonie do góry. – Veritaserum nie, okej. – Przez
chwilę milczał, ale podjął na nowo: – Wiesz co, mam takie
wrażenie, że my dopiero zaczynamy robić, a tamci są na finiszu.
– Póki
co i tak z tym nic nie zrobimy – orzekł Ignacy.
Feliks
przeanalizował w myślach wszystkie opcje.
– Nic
– zgodził się niechętnie.
Zapadła
ponura cisza.
–
Chyba że ewakuujemy wszystkich
fajnych ludzi i wysadzimy Łukowiec – zaproponował Feliks.
Ignacy
spojrzał na niego z politowaniem.
– Ej,
co, zły pomysł? – Feliks przysiadł się do Ignacego. –
Sztywniakom, frajerom i nadętym kolesiom dziękujemy. – Widząc,
że przyjaciel zamierza się odezwać, dodał szybko: – No wiem, że
liczysz się aż do dwóch z tych trzech grup, ale co, myślisz że
dla ciebie nie zrobię wyjątku?
– I
pewnie przypadkiem sala egzaminacyjna wyleci w powietrze jako
pierwsza.
– Jasne, przecież
to największe siedlisko zła jest.
Ignacy
prychnął śmiechem, więc Feliks wyszczerzył się do niego wesoło
i już miał rzucić kolejnym genialnym pomysłem, gdy drzwi nagle
otworzyły się z impetem. Do środka weszła Gosia, dziwnie blada.
–
Pukać nie nauczyli? – mruknął
Wołoszyn, czując, jak resztki dobrego humoru z niego mimowolnie
uciekają.
Gosia
nie odpowiedziała, co zaniepokoiło obu chłopców. Zamiast tego
wyciągnęła sztywno rękę przed siebie, ściskając kurczowo w
dłoni kopertę. Pytające spojrzenie gospodarzy uświadomiło jej,
że prawdopodobnie nie rozumieją celu jej wizyty.
–
Ja... – zawahała się, po czym
zmieszała się wyraźnie i zaczęła na nowo, starając się, by w
jej głosie na nowo zagościła dawna pewność siebie. – Na ulicy
zaczepił mnie ten wampir.
– Co?
– bąknął Feliks.
– Skąd
wiesz, że to on? – zapytał Ignacy.
Gosię
zezłościło to pytanie.
–
Myślisz, że jestem taka głupia,
by nie poznać, jak wygląda wampir? – Potrząsnęła głową, po
czym powiedziała, już spokojnym tonem: – Pytał mnie, czy znam
takiego i owego. I opisuje mi tego waszego przyjaciela. To ja mu na
to, że znam go, a on mi daje ten papier i każe przekazać.
Spojrzenia
zebranych skupiły się na kopercie.
–
Ludzie – odezwał się martwym
tonem Feliks – a jeśli jest zatruta?
Gosia
krzyknęła i puściła kopertę, jakby nagle zaczęła ją parzyć w
ręce. Jedno spojrzenie na Feliksa przekonało ją, że chłopak
wcale nie jest tak zatrwożony jak ona sama, a to z kolei ponownie ją
rozgniewało.
–
Kpisz sobie ze mnie? –
warknęła, podchodząc do Feliksa i pochylając się nad nim. – Ty
chyba nie wiesz, jak sobie dobierać wrogów, co?
– To
tylko żart – wtrącił Ignacy.
– Ach
tak? – Małgosia odwróciła się do Twardowskiego. – To może ja
sobie z was pożartuję? Zresztą – Cofnęła się o krok – nie
liczcie na to, że wam jeszcze pomogę.
Wyszła,
trzaskając drzwiami.
Chłopcy
wymienili spojrzenia.
– Rany
– powiedział Feliks.
–
Pewnie jej przejdzie – uznał
Ignacy, wzruszając ramionami. – Wiesz, jakie są dziewczyny.
„Zależy
jakie”, pomyślał Feliks, ale nic nie powiedział. Zamiast tego
zszedł z łóżka i pochylił się nad kopertą – miał już ją
podnieść, kiedy nagle cofnął rękę i spojrzał pytająco na
Ignacego.
– A
jeśli naprawdę coś z tym zrobił? – powiedział niepewnym tonem.
Po minie przyjaciela poznał, że ten również się nad tym
zastanawia.
–
Możemy sprawdzić.
Ignacy
uklęknął obok porzuconej przez Gosię koperty i przyłożył do
niej różdżkę, mamrocząc pod nosem kilka formułek. Feliks
przypatrywał mu się z ciekawością.
Po
krótkiej chwili Ignacy cofnął rękę i potarł podbródek w
zadumie.
–
Poczekaj – poprosił Feliksa,
po czym wstał szybko. – I nie ruszaj tego.
Wołoszyn
westchnął i usiadł po turecku, omiatając całe pomieszczenie
wzrokiem. Jego spojrzenie, jak i myśli, nieubłaganie wracały
jednak do tajemniczej koperty. Co jest w środku? Dlaczego Mircea
nagle zechciał się z nimi skontaktować?
Poruszył
się niespokojnie, podwinął mankiet bluzy i zerknął na zegarek.
Ignacy
wrócił po dobrych dziesięciu minutach, trzymając pipetę z
odrobiną mętnego płynu w środku.
– Woda
ze sproszkowanym rogiem jednorożca – poinformował, siadając obok
Feliksa. – Wykryje każdą truciznę. – Ostrożnie zbliżył
końcówkę pipety do krawędzi koperty i ulał na nią kroplę.
Obaj
odczekali chwilę.
– I
co? – zapytał Feliks.
– I
nic – odpowiedział Ignacy. – Powinna być bezpieczna.
–
Otwieramy? – Feliks zerknął
na przyjaciela spod uniesionych brwi.
– Jest
do Niko.
–
Rany, Ignaś – zdenerwował się
Feliks. – Na pewno się mu zwierza z intymnych problemów.
Ignacy
westchnął.
–
Otwieramy? – powtórzył
Feliks.
–
Otwieramy.
Feliks
ostrożnie rozerwał kopertę. W środku znajdowała się zwykła
kartka w kratki, wyrwana z mugolskiego zeszytu. Chłopak wyprostował
ją i zmarszczył brwi na widok koślawych liter.
–
Super, wampir z dysleksją.
„Przyjdź w następną sobotę”. „Przyjdź” napisał przez
„sz”.
– To
wszystko? – upewnił się Ignacy.
– Ta,
tylko mamy problem – mruknął Feliks. – Niko sobotę spędza w
krainie świętego Mikołaja.
–
Wiesz – zaczął ostrożnie
Ignacy – to nie musi być Niko.
– Aha,
przyjdziemy do Mircei i powiemy, że jesteśmy w zastępstwie naszego
kolegi? – zadrwił Feliks, ale zaraz zrozumiał, co miał na myśli
Ignacy i zachmurzył się wyraźnie. – O nie. Ja już nią nie chcę
mieć nic do czynienia. Zresztą, widziałeś, pogadała z nim minutę
i już trzęsła portkami.
– A
masz inne wyjście? – zapytał Ignacy.
Feliks
chwilę milczał.
–
Dobra, ale ty z nią gadaj. Mnie
jakby skreśliła z listy ludzi, na których nie pluje jadem na dzień
dobry.
*
– Jak
to, do transportu
magii?
– powtórzył Harry.
– No
dobra. – Hyde, młody klątwołamacz, uniósł obie dłonie do
góry, jakby chciał powiedzieć „masz pan prawo nie rozumieć. –
To może przykładem polecę, co? Załóżmy, że parasz się pan
czarną magią i chcesz pan, no nie wiem, stworzyć inferiusy. Masz
pan po trupie w każdym zakątku Europy, ale nie nie zamierzasz pan
ich wszystkich ściągać do siebie na chatę. To bierzesz pan farbę
i robisz pan znaki i wystarczy, że jebniesz pan zaklęcie u siebie w
domu, a magia sama poleci tam, gdzie trzeba. Znaki wskażą drogę,
no wie pan, nie? Tylko tutaj zrobili na odwrót. Magia od tych
znaków leci do jednego miejsca.
Hyde
był pieruńsko zdolny, czego wcale nie było po nim widać. Harry
westchnął i przyłożył złożone niczym do modlitwy dłonie do
ust, przez chwilę analizując słowa chłopaka.
– W
takim razie można wyśledzić, gdzie miała trafić ta magia? –
upewnił się, czując, jak ten trop napełnia go na nowo nadzieją
na rychłe rozwiązanie sprawy.
– No
tak... – zgodził się Hyde, zezując w bok, po czym dodał ze
skruchą: – ale nie. Raczej nie. Bo widzisz pan, nałożyli pętle.
To znaczy – dodał szybko – że pododawali, spryciarze, sporo
fałszywych tropów i nam to ciut odczyty zakłóca. Ale to żaden
problem na dłuższą metę, to znaczy, naliczyliśmy póki co cztery
pętle, ale da się je porozsupływać.
– Ile
to zajmie?
–
No...
– zawahał się Hyde. – Może z tydzień...?
„To
nie tak źle”, pomyślał Harry.
– Na
jedną? – dokończył niemal przepraszającym tonem Hyde.
–
Miesiąc?
– uniósł się Harry. – Nie mamy tyle czasu! A co jeśli o zły
trop? Jeśli mieli jakąś tymczasową kryjówkę, z której dawno
się wynieśli?
Hyde
skulił się w ramionach. Ze swoimi śmiesznymi, grubymi niczym denka
od butelek szkłami w okrągłych okularach i kręconymi włosami
wyglądał niczym skruszony kilkunastolatek. Harry poczuł wyrzuty
sumienia, że na niego nakrzyczał.
– W
porządku, Hyde, przepraszam – powiedział łagodnie. – Wiem, że
robisz, co możesz.
– Tajest, panie
Potter. – Hyde trochę się rozweselił, po czym dodał wesoło: –
Mama to mi nawet mówi, że za bardzo się staram, jak na tę moją
wypłatę.
– Hyde... –
westchnął Harry.
– No wiem, wiem!
– Chłopak ponownie uniósł w obronnym geście ręce. – Ja sobie
tak żartuję.
– To wszystko? –
zapytał Potter, a ponieważ chłopak potwierdził skinięciem głowy,
powiedział: – Dzięki, Hyde. Jeszcze sporo pracy przed nami,
lepiej nie marnować czasu.
Klątwołamacz
zasalutował dziarsko i wyszedł. Harry usłyszał, że wpadł na
kogoś na korytarzu.
Do środka zaraz
wszedł Ron, trzymając dłoń na brzuchu.
– Cholerny
dzieciak, włożył mi łokieć prosto w żołądek! – poskarżył
się, nim opadł ciężko na fotel. – Przesłuchaliśmy jednego z
tych brygadowców, których znaleźliśmy rano. Wiesz. Tego z
językiem.
– I co?
– Klasyka.
Zamaskowani oprawcy. Z tym, że z tego co mówił, nie działało na
nich żadne zaklęcie.
Harry zamrugał,
zdumiony, po czym usiadł w fotelu naprzeciwko Rona.
– Mógł
bredzić – dodał Weasley z roztargnieniem. – Połowa tego co
mówił, nie miała najmniejszego sens.
–
Słyszałeś już raport od
klątwołamaczy?
– Tak,
po drodze spotkałem Peggy.
Przez
chwilę obaj milczeli.
–
Myślisz o tym co ja, Harry? –
zapytał Ron.
– A
o czym myślisz?
– Że
produkują horkruksy.
Harry
westchnął. Nie odpowiedział od razu – przez pewien czas
wpatrywał się przed siebie, myśląc.
– Nie
wiem. Horkruksy nie działają w ten sposób. Nie sprawiają, że
stajesz się niewrażliwy na zaklęcia.
– To
może mają jakiś inny, lepszy sposób? Do stworzenia horkruksa
potrzeba kogoś zabić.
–
Wiem.
–
Mordują, odprawiają jakiś
rytuał i dokańczają zaklęcie gdzieś indziej.
–
Wiem.
– Co
to jeszcze może być?
Harry
westchnął i schował twarz w dłoniach. Nagle poczuł się bardzo
daleko od domu i jakaś część niego naiwnie pytała, dlaczego do
licha nie jest z żoną i z dziećmi.
Nie
spodziewał się takiego obrotu sytuacji. Do końca był przekonany,
że symbole pozostawione przy ofiarach są jakimś rodzajem
manifestacji, podpisu pod dziełem czy czymś w podobnym rodzaju.
Raport Hyde'a nie pozostawiał złudzeń co do tego, że przyjdzie im
się zmierzyć z czarną magią.
Harry
nie był pewien, czy wolałby, by faktycznie chodziło o horkruksy,
czy może o coś innego, nieznanego.
– Ci
od rekonstrukcji już próbują odtworzyć te zaklęcia, ale
zabraliśmy się za to cholernie późno, Harry. Nie sądzę, by coś
z tego wyszło – odezwał się Ron.
–
Jeśli to horkruksy, to musimy
dokładnie wiedzieć,
w jaki sposób się je robi – powiedział Harry.
Ron
wiedział, co to oznacza.
I
wcale mu się to nie podobało.
*
Ignacemu
udało się zlokalizować Gosię w pokoju Olega. Siedziała po
turecku na łóżku, podczas gdy Oleg czytał przy biurku. Na widok
Twardowskiego uniosła wyżej podbródek i odwróciła nieznacznie
głowę. Oleg zdawał się nie zwracać na nikogo uwagi.
– Mam
do ciebie prośbę – zaczął Ignacy. Zauważył, że Gosia
uśmiecha się kącikami ust i z miejsca nabrał złych przeczuć.
– Aha?
I dlaczego ma mnie to w ogóle obchodzić? – zapytała, krzyżując
ręce na piersiach.
Ignacy
westchnął.
–
Mircea
chce się skontaktować z Niko, ale jak wiesz, Niko tu nie ma.
– I
co?
–
Właściwie
są dwie opcje. Albo znowu go poudajesz, albo powiesz Mircei, że go
nie znalazłaś i nie przekazałaś wiadomości.
Gosia
nie odpowiedziała. Przez chwilę kiwała głową z wydętymi ustami,
po czym wyprostowała nogi i przeciągnęła się leniwie. Ignacy
czekał jeszcze przez pewien czas, ale gdy dziewczyna przytuliła się
do poduszki, stracił cierpliwość.
–
Więc?
– ponaglił.
– Więc
co? – prychnęła Gosia. – Nie mam ochoty się widzieć z nim
widzieć, więc żadna z tych opcji mi nie pasuje.
Ignacy
spojrzał na nią z niedowierzaniem.
– To
ważne – powiedział, starając się, by jego głos nie zdradził
zirytowania. – Jeśli nie odpowiemy na tę wiadomość, on może
nie chcieć z nami współpracować.
Dziewczyna
podniosła się do pozycji siedzącej.
–
Kiedy
ja nie dam rady. Jestem przecież tylko strachliwą dziewczynką,
prawda? Nie mogę rozmawiać z wielkim, strasznym wampirem.
Ignacy
zerknął na Olega, ale on tylko pochylił się mocniej nad książką.
– On
tylko żartował – powtórzył Twardowski ze zrezygnowaniem. –
Feliks żartuje ze wszystkich.
– I
co mnie to nie obchodzi? Ja nie żartowałam, mówiąc, że wam nie
pomogę. A ty mi jeszcze przychodzisz i prosisz o pomoc, chociaż nie
minęła nawet godzina. Nie będę odwalać czarnej roboty dla kogoś,
kto mnie tak traktuje.
Ignacy
otworzył usta, by odpowiedzieć, ale Oleg spojrzał na niego i
pokręcił przecząco głową. Gosia tymczasem odwróciła się do
Ignacego plecami, co dość jasno wyznaczyło koniec rozmowy.
Ignacy
nabrał powietrze w płuca i odetchnął głęboko, czując głęboką
chęć roztrzaskania w pył najbliższego wszystkiego. Zamiast tego
pożegnał się z Olegiem i wyszedł.
Na
korytarzu odkrył dziwną prawidłowość. Najwidoczniej w ich
przypadku jeden problem generuje kilka kolejnych.
*
Czy to bardzo złe, że u każdej postaci mam zdiagnozowane jakieś zaburzenie psychiczne? XD
W ogóle, wczoraj skończyliśmy dwa lata. Sto lat, hurra.
Tak w ogóle. To naprawdę rozdział, w którym Mircea podrywa dziewczynę. Scena z nim i Grażką napisała mi się praktycznie sama, a potem czekało mnie siedzenie i myślenie nad tym, co by tu jeszcze napisać. "Tu były jeszcze jakieś ważne postacie, nie? Może coś o tych, jak im było..."
Pierwszy rozdział bez Niko. : (