Wszystko wskazywało na to, że
Zośka wcale nie zamierzała wynosić się z domostwa Wołoszynów. Po śniadaniu wraz
z ową zacną familią rozsiadła się przed telewizorem i w skupieniu kontemplowała
poranne wiadomości – o dziwo, nikt z rodziny nie wydawał się zdziwiony, że
dziewczyna po prostu postanowiła spędzić razem z nimi święta i Ignacy zaczął
podejrzewać, że odwiedziny Ranickiej wcale nie były pojedynczym incydentem.
Wbrew swoim postanowieniom,
Twardowski przezimował u Wołoszynów całe święta i ze zdziwieniem stwierdził, że mimo iż Zośka formalnie nie nocowała, widywał ją równie często,
co resztę domowników. Uznał to za dosyć drażliwą sprawę i postanowił o to nie
pytać, chociaż trochę ciekawiły go motywy dziewczyny z przerośniętymi
jedynkami.
Ignacy wraz z Feliksem najczęściej
przesiadywali w kuchni (przebywanie w pokoju Feliksa nie było najbardziej
higienicznym rozwiązaniem). Czasami do środka wpadała Amelka, próbując ściągnąć
na siebie uwagę Ignacego, ale przy kolejnym niepowodzeniu zaprzestała dalszych
starań. Młody czarodziej był nieco za bardzo zaabsorbowany zgłębianiem tajników
mugolskiej technologii, by przejmować się czyhającymi na niego małymi
dziewczynkami.
– A to tam to co? – zapytał,
rzucając podejrzliwe spojrzenie urządzeniu mrugającemu na niego złowrogo.
– Telefon – wyjaśnił Feliks. –
Ignaś, ty jaskiniowcu, już ci kiedyś tłumaczyłem, na jakiej zasadzie to działa.
– W pierwszej klasie – Twardowski
obejrzał dokładnie sprzęt. – A gdzie to ma kable?
– Nie ma.
– Musi mieć.
– Jest bezprzewodowy.
– Mhm…
Podczas gdy Ignacy próbował
rozpracować tajemnicę telefonu, Feliks z pewnym rozdrażnieniem próbował sobie
coś przypomnieć. Intuicja podpowiadała mu, że chodzi o sprawę niepomiernie
ważną i złe rzeczy by się działy, gdyby jednak permanentnie zapomniał. Kiedy w
końcu dotarło do niego, co też tak go dręczyło, z wrażenia omal nie podskoczył
w miejscu.
Twardowski rzucił mu pytające
spojrzenie.
– Ignaś! – zawołał z przejęciem
Feliks. – Ja ci miałem coś powiedzieć!
– To mów – odparł Ignacy,
odkładając telefon na miejsce.
– Chodzi o Sobonia. Widziałem,
jak w nocy próbował z jakimiś typkami zejść do podziemi, tylko że po drodze
chyba zgubili klucz, no a ja stłukłem wazę, więc w końcu nigdzie nie weszli.
Ignacy zawsze był pod wrażeniem
krasomówczego talentu przyjaciela i jego niespotykanej umiejętności zwięzłego
przedstawiania faktów. Odczekał chwilę, licząc na to, że Feliks sam rozwinie
wypowiedź, ale wszystko wskazywało na to, że Wołoszyn uznał relację za pełną.
– Kiedy i gdzie ich widziałeś? –
zapytał w końcu.
– O rany – zmartwił się Feliks. –
To był poniedziałek… albo wtorek… albo… nie, na pewno wtorek.
Coś w spojrzeniu Ignacego
podpowiedziało mu, że lepiej się streszczać.
– No to wtorek. Na korytarzu.
Jakoś w nocy. Podsłuchałem, jak coś tam mówili o tym, że któryś z nich coś nie
bardzo się garnie do zrobienia czegoś, ale co to dokładnie było, to nie wiem.
– Wstrząsające.
– Ale Ignaś, oni coś mówili o
aurorach! Coś w stylu „blabla, szybko, aurorzy z całego świata siedzą nam na
ogonie”.
Wtedy Twardowski pomyślał, że owe
nocne spotkanie mogło mieć trochę głębsze znaczenie, niż by się wydawało.
– I co, dalej myślisz, że nic się
nie dzieje? – dodał zaczepnym tonem Feliks.
– Nie wiem – przyznał ponuro
Ignacy. – Ale nawet jeśli, to nie dowiemy się niczego, dopóki sami nam nie
powiedzą. Mamy za mało wskazówek, by wpaść na jakiś trop.
Feliks uśmiechnął się cwaniacko.
– Może faktycznie będzie
trudniej, skoro mózg naszej grupy odmraża sobie zadek w Laponii – zgodził się
uprzejmie. – Ale mamy twoje goryle łapy i moje liczne talenty, a to dość, by
stworzyć dwuosobową grupę śledczą.
*
„Ciekawe, jak radzą sobie Ignacy
i Feliks, skoro ich mózg odmraża sobie zadek w Laponii”, pomyślał Niko, idąc
wzdłuż jeziora i z jakiegoś powodu ta myśl poprawiła mu humor.
O tej porze roku północ Finlandii
przypominała lodową pustkę i Niko nie miał wątpliwości, dlaczego miejsce to
dzieliło nazwę z krainą umarłych. Pohjola, źródło wszelkiego zła, chorób i
zabójczego mrozu.
Czasem tylko ciemne niebo
rozjarzało się od kolorowych pasm. Niko szczerze wierzył, że zorza polarna to
jedyne, co pozwala jego rodakom przeżyć całą noc polarną. Naprawdę kochał
Bieszczady, ale z chęcią zamieniłby wszystkie gwiazdy nad Łukowcem, by z okna
szkoły móc zobaczyć światła północy.
Westchnął i zatrzymał się
raptownie.
– To bez sensu – powiedział do
siebie. – Naprawdę powinienem wrócić do domu.
Problem polegał na tym, że wcale
nie miał na to ochoty. Nie mógł przestać myśleć o legendzie o czterech braciach
i coś podpowiadało mu, że właśnie w niej kryje się wyjaśnienie wszystkich
dziwnych zdarzeń, jakie ostatnio nawiedziły Łukowiec. W końcu legendy miały to
do siebie, że zawsze zawierają choć ziarno prawdy.
Ale nawet przy założeniu, że na
ziemiach polskich powstał artefakt tak potężny, że jego wykonanie przypisano
samej Śmierci, nie sposób stwierdzić, czym dokładnie był. Do licha, opowieść
nie wyjaśniała nawet, jakie miał właściwości. Równie dobrze Czwarte Insygnium
mogło być tylko bajką, którą tłumaczono cudowne zwycięstwo Polaków nad potężnym
wojskiem Szwedów. Symbol tryumfu o jakim nikt nawet nie śnił.
Niko zmarszczył brwi. Symbol.
Wolno ruszył przed siebie,
wsłuchując się w dźwięk skrzypiącego pod butami śniegu. To, czy czwarty
podarunek śmierci istniał, nie miało większego znaczenia. Liczył się symbol
wyryty w korze drzew, bo to właśnie on wskazywał na to, co miało się wkrótce
wydarzyć…
Albo już się zdarzyło. W końcu w
tym półroczu działo się tyle, że mógł coś przegapić. Coś, co na pierwszy rzut
oka wydawało się błahe, a w rzeczywistości pozwoliłoby rozjaśnić trochę całą tę
sprawę.
Kiedy wyszedł zza niewielkiego
pagórka i dojrzał zarys gór Skandynawskich, przypomniał sobie o czymś, co
faktycznie kiedyś wydawało mu się nieistotne.
*
Okolica, w której mieszkał
Feliks, nie należała do najpiękniejszych. Ignacy z początku przypuszczał, że to
dlatego, że władze miasta zwykle nie przywiązują większej uwagi do przedmieść,
ale jak się wkrótce okazało, centrum również nie zachęcało do dłuższego pobytu.
Małą ojczyzną Wołoszyna była
niewielka, nadmorska miejscowość, położona jednak wystarczająco daleko od
wybrzeża, by nie czerpać z tego tytułu jakichkolwiek profitów. Głównym źródłem
utrzymania wśród przeważającej części mieszkańców (składających się głównie z
emerytów i innych wiekowych tworów, którzy wytrzymywali tu zapewne tylko
dlatego, że nikt ich nie poinformował, iż zasadę przypisującą chłopa do ziemi
zniesiono już dawno temu) stały się renty i zasiłki, co czyniło z tego miasta
jednym z niewielu miast na świecie zdolnych do generowania ujemnego PKB.
Barwny niczym egzotyczna papuga
Feliks pasował do tego szarego i pozbawionego życia miejsca jak pięść do nosa.
Ignacy szedł za nim bez większego przekonania, nawet nie zastanawiając się
zbytnio, gdzie też prowadzi go przyjaciel.
– Hej, Ignaś – zawołał Feliks, idąc
wzdłuż niskiego murku z metalową barierką. – Umiesz śpiewać „Marsyliankę”?
– Dziwnym trafem, nie – mruknął
Ignacy, trochę zamyślony.
– Patrz, a wiesz, że ja też nie?
– Skręcił raptownie. – Tędy, stary, i nie patrz na tę szkołę. Tam się dzieją
złe rzeczy. Jak dyrektorka ujrzy jakiegoś dorodnego młodzieńca, albo nadobną
młódkę, to nie ma ratunku, zaraz werbuje do swojej morderczej armii. Czaisz?
– Nie. To jakiś poligon wojskowy?
– Gorzej. Ogólniak. Wiesz, że
„Finlandia” po fińsku to „Suomi”?
Przez Feliksa Ignacy do końca
życia zmagał się z dość dziwnymi wyobrażeniami na temat mugolskiej edukacji.
Po krótkim marszu ponownie
skręcili i wtedy zza rogu wyłonił się pokaźny budynek o jasnoróżowych ścianach.
Gdyby nie pewien szczegół ulokowany na dachu, Ignacy nie potrafiłby określić
przeznaczenia owego miejsca.
Spojrzał z niedowierzaniem na
Feliksa.
– Tak – potwierdził zbolałym
tonem Feliks. – Machnęliśmy kościół na różowo. Miasto świrów, nie? U was w
Krakowie by to nie przeszło. Ale wy macie cywilizację, a my nie. My niczego nie
mamy. Nawet nam godność zabrali, wstrętne szuje od renowacji zabytków.
– Dobrze gada! – potwierdził
jakiś brodaty przechodzień.
– A jak! – ucieszył się Feliks i
przybił z nim piątkę.
Ignacy westchnął cierpiętniczo.
– Ponoć mieliśmy gdzieś iść –
przypomniał, gdy nieznajomy oddalił się na bezpieczną odległość.
Feliks uśmiechnął się szeroko.
– I jesteśmy na miejscu! –
Przeszedł przez otwartą bramę. Wtem z plebanii wyszła zakonnica, ale na widok
Wołoszyna zrobiła niewyraźną minę i w odruchu niekontrolowanym cofnęła się
gwałtownie.
„Co do licha?” pomyślał Ignacy,
który pod pewnymi względami był tradycjonalistą i nie uznawał nękania
duchownych za rozrywkę godną syna szlachetnego rodu.
– Siostra czeka! – Feliks dopadł
ją, nim zamknęła drzwi. – Ja do księdza Szczepka. Jest ksiądz?
– Jest… – przytaknęła niemrawo
zakonnica. – Ale chory… i nie wolno go denerwować.
– Ale ja księdza nie będę
denerwował! – zapewnił gorączkowo Wołoszyn. – Tu chodzi o bardzo ważną sprawę.
Jak mnie siostra nie wpuści, to pójdę do proboszcza i…
Wypowiedź zakończył pełnym
wdzięku piskiem, gdy Ignacy pochwycił Feliksa i gwałtownie pociągnął go za
siebie.
– Najmocniej siostrę przepraszam
– mruknął Twardowski, łypiąc na Wołoszyna. – Coś mu się musiało pomylić i…
– Wcale nie! – przerwał brutalnie
Feliks, po czym stanął na palcach, próbując wyjrzeć głową znad ignasiowego
karku. – Księęędzu, ksiądz wyjdzie, to ja, Feliks Wołoszyn!
– To ja chyba pójdę po księdza –
zadecydowała zakonnica słabym głosem.
Nie musiała. Rzeczony osobnik
wyrósł za siostrą, strasząc czerwonym nosem, przekrwionymi oczyma i szlafrokiem
w szkocką kratę. Otworzył usta, jakby coś chciał powiedzieć, ale ostatecznie
tylko zakaszlał w rękaw i od siły tego kaszlu aż okulary zsunęły mu się z nosa.
– Och, łał – powiedział z
przejęciem Feliks. – Ksiądz naprawdę jest chory.
– Dlaczego? – zapytał z udręką
duchowny. – Dlaczego to musisz być ty? Dlaczego nie pożar, powódź, choćby i
Armagedon, tylko ty?
Ignacy puścił poły kurtki
Wołoszyna, za które planował przemocą wyciągnąć go poza teren plebanii,
instynktownie czując, że stosowanie siły fizycznej na bliźnim przed obliczem
księdza zwyczajnie nie przystoi. Feliks odskoczył od niego i nonszalancko
poprawił sponiewierane okrycie wierzchnie.
– Wie ksiądz, ja jestem w sprawie
służbowej, dotyczącej… – odchrząknął. – No, sam ksiądz wie, czego.
Zakonnica, słusznie wnioskując,
że nic tu po niej, czmychnęła jak najszybciej do kościoła, dziękując w duchu za
możliwość ucieczki przed destrukcyjną siłą Feliksa Wołoszyna. Tymczasem ksiądz
przyglądał się obu gościom bez większego zainteresowania.
– A to jest mój przyjaciel,
Ignacy Twardowski – zreflektował się Feliks. – Ignaś, poznaj księdza Szczepana
Koszulę.
– Szczęść Boże – bąknął Ignacy.
– Twardowski, co? – Ksiądz
uśmiechnął się tylko kącikami ust. – W porządku, to może być nawet ciekawe.
Wołoszyn, różdżka.
Ignacy omal nie zakrztusił się
śliną. Feliks spojrzał na niego ze zdziwieniem, po czym łypnął na księdza i z
pewnymi oporami oddał mu ukrytą w kieszeni różdżkę.
– Spokojnie, Ignacy, możesz
zachować swoją. – Duchowny odsunął się, robiąc obu młodzieńcom miejsce. – To
tylko ze względów bezpieczeństwa. Raz podpalił mi kanapę.
Ignacy przeniósł wzrok na
Feliksa. Wyglądał na potężnie zdenerwowanego.
– Nie wspominałeś, że księdzu też
się wygadałeś – powiedział przez zaciśnięte zęby. – Może od razu porozdawaj
wszystkim mieszkańcom miasta ulotki z napisem „jestem cholernym czarodziejem”?!
– Wyłącz agresor, jesteś na
święconej ziemi! – pisnął Feliks, robiąc zgrabny unik i chowając się za
duchownym. – Ksiądz to czarodziej jest, to co miał nie wiedzieć?!
Ignacy opuścił ręce i spojrzał ze
zdumieniem na Koszulę, ale ten tylko uśmiechnął się wymijająco.
– Zamknijcie za sobą drzwi, bo
zimno leci – polecił, nim wszedł głębiej w korytarz a później na schody.
Obaj uczniowie Łukowca ruszyli za
nim. Feliks głęboko przeanalizował wszystkie rozmowy, jakie odbył tego dnia z
Ignacym i odkrył, że faktycznie pomiędzy głęboką konwersacją na temat cudów
mugolskiej technologii i rozważań na temat ojczyzny Niko zabrakło wyjaśnień,
dlaczego udają się na wycieczkę do plebanii.
Ksiądz najwyraźniej uznał, że
młodzież jest niegodna, by wpuścić ją dalej, bowiem zaprowadził ich do
niewielkiej kuchni. Postawił czajnik na gazie, troszkę sobie pokaszlał, po czym
usiadł przy stole i gestem nakazał chłopcom, by się dosiedli. Feliks rozłożył
się na krześle niczym król, w przeciwieństwie do Ignacego, który nadal nie
wiedział, do czego zmierza cała ta wizyta.
– Ma ksiądz ten kubek? – odezwał
się nagle Feliks, patrząc w sufit. – Ten, co go księdzu na urodziny kupiłem?
– Nie znam cię, ale nie możesz
być głupszy, niż ten tu, więc pozwól, że z tobą będę rozmawiał – stwierdził
duchowny, patrząc na Ignacego. – W jakiej sprawie przychodzicie?
– O nie, księdzu, ksiądz ze mną
będzie mówił. – Feliks wyprostował się z dumą. – Przyszedłem zasięgnąć rady
historycznej. Bo zanim się ksiądz zksiędzował, to ksiądz studiował historię?
– Nie wiem, czy powinienem się
cieszyć z twojej wiedzy na temat mojej biografii, czy poprosić sąd o zakaz
zbliżania się – mruknął Koszula, pociągając nosem. – Cholerna grypa. O co
dokładnie chodzi?
Feliks przez krótką chwilę
milczał tajemniczo.
– O Czwarte Insygnium –
powiedział w końcu. – Słyszał ksiądz coś może?
Powietrze przeciął gwizd
czajnika. Duchowny westchnął i niechętnie zwlekł się z krzesła, by przyrządzić
herbatę.
Ignacy posłał nieprzyjemne
spojrzenie Feliksowi. Osobiście uważał bajkę podesłaną przez Niko za ślepy
zaułek i trochę denerwowało go to, że jego przyjaciele uznali tę historię za
kluczową w rozwiązaniu łukowieckiej zagadki.
– Mówisz o tej legendzie o
czterech braciach? – zastanowił się na głos Koszula, zalewając zawartość kubków
wrzątkiem. – Pierwszy raz wzmianki o niej pojawiły się podczas potopu
szwedzkiego, chociaż baśnie Beedle’a znano w Polsce już w szesnastym wieku.
Wtedy do Rzeczypospolitej zawitało mrowie szkockich imigrantów, wśród nich
również sporo czarodziejów, rzecz jasna znających twórczość barda.
– No ale ten flakonik. Istniał,
czy nie? – ponaglił Feliks.
– Dziwne pytanie – stwierdził
ksiądz, stawiając kubki z parującą herbatą przed gośćmi. – Nikt nigdy nie
odnalazł tego artefaktu, nie zachowały się żadne informacje na temat jego
wyglądu czy właściwości. Wiadomo tylko, że w tajemniczy sposób wsparł polskie
oddziały w walce. Niemniej, czarodziejscy kronikarze odnotowali kilka starć
wygranych przez Rzeczypospolitą mimo nawet dziesięciokrotnej przewagi wroga i
do dzisiaj między historykami zdarzają się sprzeczki o to, czy były to
faktyczne zdarzenia, czy zwykłe mrzonki. Oczywiście, mugolska historiografia
nie ma dostępu do tych materiałów ze względu na konwencję o tajności czarów.
Mogliby się trochę zdziwić, gdyby przeczytali, że Karol Gustaw zdecydował się
na wystawienie smoka podczas jednej z bitew.
– Czyli że co? – zniecierpliwił
się Wołoszyn.
– Nie da się jednoznacznie
odpowiedzieć na pytanie, czy Czwarte Insygnium istniało. Jeśli tak, to
tłumaczyłoby wiele zdarzeń, których nie potrafimy wyjaśnić. I z całą pewnością
nie szukałbym twórcy tego przedmiotu w samej śmierci. W tamtych czasach nie
brakowało zdolnych czarodziejów, gotowych do poświęceń w polskiej sprawie.
– Rany – zmartwił się Feliks, po
czym spojrzał na Ignacego. – Ale mogło istnieć, tak?
– Przecież o tym ksiądz mówi od
pięciu minut – westchnął Twardowski.
– Mimo wszystko ja na waszym
miejscu nie przejmowałbym się tak bardzo tą legendą – dodał Koszula. – Po co
wam to w ogóle? Do szkoły?
Obaj spojrzeli na siebie.
– Można tak powiedzieć – zgodził
się uprzejmie Feliks.
– To my może już pójdziemy –
zaproponował Ignacy.
– A pewnie – powiedział ksiądz,
zaraz jednak się zreflektował i odchrząknął z godnością. – Chciałem rzec, „z
Bogiem”.
– Właśnie! – Feliks wstał
gwałtownie. – Ksiądz zna łacinę, więc może by mi ksiądz pomógł z taką jedną
pracą…
Duchowny uśmiechnął się i
pokręcił głową.
– Z Bogiem, Feliks.
– Dobra, już idę – burknął
Wołoszyn. – Chodź, Ignaś. W pink hałsie nie ma dla nas miejsca.
*
„Trochę się uspokoiło”, pomyślał
zarządca Łukowca, wchodząc do swojego biura. Ściągnął palto i zawiesił je na
wieszaku, po czym z pewnym zadowoleniem rozsiadł się na fotelu. Kryzys
zażegnany, posada uratowana. „Tak to już jest z tymi ważniakami, lubią czasem
przesadzać.”
Zajął się papierkową robotą.
Naprawdę lubił tę pracę i z ciężkim sercem przyszłoby mu żegnanie się z nią.
Jego spokój przerwało wtargnięcie
jednej z urzędniczek. Zarządca uniósł wzrok i już miał ją wyprosić z gabinetu,
zasłaniając się sporą ilością pracy, kiedy napotkał jej spojrzenie. Nie musiała
mówić, co się stało.
– Nie – szepnął z poruszeniem. –
Nie znowu!
W oczach kobiety pojawiły się
łzy.
– Zaraz porozmawiam z aurorami –
zapewnił, starając się powstrzymać drżenie głosu. – A pani, pani Moniko… niech
pani nie wraca do domu sama.
Pracownica skinęła głową i wyszła
pospiesznie z biura, zapewne nie chcąc się rozpłakać przed przełożonym.
Mężczyzna wstał i spojrzał za
okno. Słońce chyliło się ku zachodowi. Koniec dnia. Może koniec tej ery. I
początek czegoś, co nigdy nie powinno nadejść.
Zarządca Łukowca skulił się nieco
w sobie, po czym odetchnął głęboko i ruszył na spotkanie z aurorami.