Feliks szedł przed siebie z silnym postanowieniem zgubienia się.
Oczywiście, brał pod uwagę fakt, że żył w tak małym mieście, że nie sposób było
nie znać którejś z ulic, ale naprawdę się starał. Chciał im po prostu pokazać,
że jeśli tylko zechce, to może odejść daleko i wcale nie musieć wracać. Bo oni
byli źli i głupi i śmierdzieli, a on przecież nie zrobił nic złego. Prawie na
pewno nie.
Po prostu czasem działy się takie rzeczy i chociaż Feliks wiedział, że
to on jest powodem dziwnych incydentów, nie miał na to żadnego wpływu. Więc
nikt nie miał prawa za to na niego krzyczeć, wyzywać go od dziwaków albo
szarpać czy kopać.
Wtedy kipiał nienawiścią tak silną, na jaką może tylko zdobyć się
siedmioipółlatek. Myślał o tym, jak dobrze byłoby tak nagle urosnąć, stać się
tak dużym i silnym, by pobić wszystkich tych szkolnych łobuzów.
Tak naprawdę wyprawa donikąd znudziła mu się po kwadransie. Nogi bolały
go bardzo, ale on wcale nie chciał wracać do szkoły. Do domu zresztą też nie.
Usiadł więc na niskim murku, z ponurą miną rozpamiętując nieprzyjemne zdarzenia
z tego dnia.
I wtedy pojawił się tamten facet, który powiedział mu coś, czego nie
zapomniał do końca życia. To było wielkie, wspaniałe i tak cudowne, że Feliks,
kładąc się wieczorem do łóżka, bał się straszliwie, że wszystko to okaże się
snem, który w końcu pryśnie jak bańka mydlana.
Feliks się obudził.
Resztki snu uleciały szybko z
jego głowy i wiedział już, że teraz nie tak łatwo będzie mu zasnąć. Wytoczył
się z pościeli, po czym z ubolewaniem stwierdził, że jest głodny. Zajrzał pod
swoje łóżko, gdzie zawsze trzymał Awaryjne Zapasy Środkowonocne, ale wszystko
wskazywało na to, że jego lokatorzy znaleźli tę supertajną kryjówkę, bo znajdował się tam jedynie zakurzony podręcznik do magibotaniki. Niestety, pomimo dużej
zawartości błonnika, książka nie nadawała się do spożycia.
Feliks westchnął, chwycił leżącą
na stoliku nocnym różdżkę i, uważając, by nie obudzić chłopaków, wyszedł na
korytarz. Szepnął: „lumos” i na palcach skierował się do kuchni.
Łukowiec, dbając o lokalne
stworzenia magiczne, nie zatrudniał skrzatów domowych – te były popularne w
niektórych prywatnych domach, w których doceniano kulturę zachodu. W szkole
pracowały ubożęta, istoty trochę niższe od skrzatów, bardziej krępe, porośnięte
krótką, szczeciniastą sierścią. Dużo trudniej było zyskać ich przychylność: w
przeciwieństwie do karłowatych służących z Wielkiej Brytanii, ubożęta
traktowały swoją robotę jako swojego rodzaju przysługę i nie znosiły przejawów
niewdzięczności. Skutkowało to tym, że większość uczniów starało się unikać
tych dziwacznych stworzeń, nie chcąc ich przypadkiem do siebie zrazić.
Ale Feliksa z niewiadomych
powodów lubiły. Na początku roku zawsze przemycał dla nich mugolskie jogurty we
wszystkich możliwych smakach, znał każdego z tych małych dżentelmenów z imienia
i uprzejmie słuchał, gdy któryś chciał mu coś opowiedzieć. W zamian kuchnia
była dla niego otwarta przez całą dobę i zawsze mógł liczyć na coś dobrego w
razie wizyty.
Problem stanowił fakt, że układy
między nim a ubożętami nie przekładały się na szkolny regulamin. Teoretycznie
nie powinien opuszczać pokoju po ciszy nocnej, ale Feliks wyznawał zasadę, że
co z oczu, to z serca i tak długo, jak nikt nie wie o jego nocnych wyprawach,
nikt nie może mieć do niego pretensji. Niemniej na żadne szlabany czy karne
zajęcia nie miał ochoty, więc musiał zachowywać maksimum ostrożności.
Kiedy usłyszał czyjeś kroki,
natychmiast zgasił światełko na końcu różdżki i przylgnął ściśle do ściany. A
potem zorientował się, że dźwięk wydawały trzy, a nie jedna para stóp.
– …zły pomysł!
– Tchórzysz?
Kroki zatrzymały się. Tajemniczy
osobnicy szeptali, więc choć Feliksowi wydawało się, że słyszy znajome głosy,
nie potrafił ich zidentyfikować.
– Po prostu jestem ostrożny. Zresztą, jak chcesz. Ja twierdzę, że powinniśmy zaczekać.
– Na co chcesz czekać? Aż
będziemy mieć na głowie aurorów z całego świata? Teraz jest najlepszy moment na
działanie, póki nikt nie wie, co zamierzamy i gdzie uderzymy.
– …a jeśli nas przyłapią?
– Od początku znałeś ryzyko.
Jeśli chcesz zrezygnować, droga wolna. Ale w takim wypadku nie mogę
zagwarantować ci bezpieczeństwa, kiedy to wszystko się skończy.
Feliks z wrażenia wstrzymał
oddech. Miał nieprzyjemne wrażenie, że najmniejszy ruch jego ciała ściągnie na niego uwagę rozmówców.
– W porządku. Rozumiem. Chodźmy.
Trójka ponownie zaczęła się
przemieszczać. Feliks przekalkulował wszystkie „za” i „przeciw”, ścisnął
mocniej różdżkę w dłoni i powoli ruszył za tajemniczą grupką. Starał się
trzymać w takiej odległości, by nie zgubić ich z pola widzenia, ale również by
nie dać się zauważyć. Czasem podchodził za blisko i któryś z nich rzucał
nerwowe spojrzenie do tyłu – Feliksowi tylko cudem udawało się w porę ukryć.
Tropieni dalej rozmawiali, ale
zbyt cicho, by Wołoszyn mógł cokolwiek usłyszeć. Poczuł się trochę nieswojo,
gdy schodzili coraz niżej. Podziemia Łukowca były tak bardzo zakazane, że
bardziej się nie dało – nawet Feliks bałby się tam chociaż zbliżyć bez
pozwolenia. Wszystko wskazywało na to, że właśnie tam ma zamiar udać się
tajemnicza trójka.
Nie miał ochoty wyłaniać się zza
korytarza. Wydawało mu się, że jest trochę bezpieczniejszy, schowany za tą
paskudnie brzydką wazą. Tak brzydką, że nikt nie chciałby na nią patrzyć, a
skoro nikt nie patrzał na wazę, to prawdopodobieństwo, że dostrzeże Feliksa
było wręcz zerowe.
– Podaj mi klucz.
– …klucz?
– Nie masz go? Soboń, ty…
Feliks strącił wazę ze stolika.
„Tak”, pomyślał z goryczą, „to
było do przewidzenia”. I zaczął szaleńczą ucieczkę korytarzem, naprawdę ciesząc
się, że potrafi szybko biegać. Ledwo wyhamował na zakręcie i wpadł w ukrytą
wnękę, prowadzącą do kuchni.
Zapomniał o stopniu. Wykonał
artystyczny przewrót w przód i przekoziołkował na sam środek pomieszczenia. Ubożęta
na moment przerwały pracę i zmierzyły spojrzeniem gościa, ale gdy zorientowały
się, że to Wołoszyn, z powrotem zajęły się sobą. Koniec końców, to nie było
najdziwniejsze wejście chłopaka, chociaż z całą pewnością najbardziej bolesne.
Feliks z trudem zebrał się z
podłogi, z jękiem rozcierając obolałe wszystko.
Przy stole siedziała Idalia
Wroniewska, z ustami zatopionymi w kanapce i okrągłymi jak koła młyńskie
oczami.
– Przepraszam, pani psor! –
zawołał ze skruchą Feliks. – Ja wiem, że nie powinienem wychodzić z pokoju,
ale…
– Wiesz, ja się wczoraj chwaliłam
tej jędzy Powiśle… znaczy, pani profesor jędzy Powiśle, że świetnie sobie radzę
na diecie – powiedziała Idalia, przełykając kanapkę. – Więc uznajmy, że całe to
spotkanie po prostu było snem.
Wstała, poprawiła z godnością
gorset i wyszła.
*
Feliks ostrożnie zamknął za sobą
drzwi. Teraz miał właściwie dwie możliwości – mógł wrócić do łóżka, spróbować
zasnąć i jutro opowiedzieć spokojnie przyjaciołom o tym, czego był świadkiem.
Mógł też wskoczyć na Ignacego i złożyć chaotyczną relację złożoną z krzyków i
rozpaczliwego machania rękoma.
– Ignaś, wstawaj!
Oczywiście, wybrał tę
rozsądniejszą opcję.
Twardowski w odruchu
bezwarunkowym zwalił Feliksa z łóżka i poderwał się do pozycji półleżącej.
– C-co? – Rozejrzał się, zaspany
i wbił półprzytomne spojrzenie na leżącego na podłodze Wołoszyna. – Z-zacznij
się w końcu leczyć.
– Ale to naprawdę ważne! –
powiedział Felek gorączkowym półgłosem. – Bo widziałem Sobonia, znaczy, nie
widziałem, tylko słyszałem, a tak konkretnie to nie tylko jego słyszałem, tylko
jeszcze takiego jednego i takiego, co się nie odzywał, więc go nie słyszałem,
ale chodził, więc go jednak słyszałem, ale skoro ktoś go nazwał debilem, to to
musiał być Soboń, nie?
Z łóżka przy ścianie dało się
słyszeć ziewnięcie.
– Cześć, już rano? – przywitał
się Niko.
– Jakby było rano, to Soboń
mógłby sobie łazić, gdzie chce, ale tak to nie! – zawołał buntowniczo Feliks.
Ignacy przez moment przypatrywał
się Feliksowi i walczył z chęcią wyrzucenia go przez okno, ale w końcu tylko
westchnął i opadł na łóżko.
– Idź spać – zażądał. – Coś
głupiego ci się przyśniło.
– Gdyby mi się przyśniło, miałbym
piżamę upaćkaną musztardą? – uniósł się Feliks.
– Ta, może.
– Ignacy!
Ale on z powrotem spał. Feliks
odwrócił się w stronę wciąż przytomnego Niko.
– A ty mi wierzysz? – zapytał.
– Nie wiem – wyznał szczerze Fin.
– Jak na razie nic nie rozumiem.
Feliks pokręcił głową i wskoczył
na swoje łóżko.
– Dobra – mruknął ponuro. –
Pogadamy rano.
*
Ale rano nie było okazji,
ponieważ Feliks przy śniadaniu dowiedział się, że na magizoologię zapowiedziana
jest klasówka. Zwinął więc notatki Ignacego (ponieważ Twardowski miał dużo
ładniejszy charakter pisma, niż Niko) i starał się cokolwiek z nich przyswoić.
Magizoologia towarzyszyła mu podczas historii, Zaklęć Praktycznych i
transmutacji, tak więc przed samym sprawdzianem chłopak mógł powiedzieć:
– Umiem już wszystko, czego
człowiek jest w stanie się nauczyć. Dawać tę klasówkę!
Kiedy kartka pojawiła się przed
jego oczami, raptownie zmienił zdanie.
– Ignaś, ja nic nie pamiętam! –
zawołał, ściskając przyjaciela za ramię. – Obleję!
– Pióro do ręki i pisz – rozkazał
twardo Ignacy.
Feliks, pociągając nosem,
spojrzał na pierwsze zadanie. Na rycinie przedstawiono łyse, szare stworzenie o
czterech kończynach, zwieńczonymi ogromnymi stopami. Mrugając wyłupiastymi
oczami, pląsało dziwacznie, jakby próbowało zdeptać pod sobą karalucha. Pod
obrazkiem napisano polecenie.
„Podaj nazwę stworzenia
przedstawionego powyżej. Przedstaw systematykę tego gatunku, opisz zamieszkiwaną
przez niego niszę ekologiczną i styl życia. Odpowiedz, dlaczego jest przydatny
dla czarodziejów”.
Feliks zamrugał i dyskretnie
zajrzał do pracy Niko. W jego grupie pierwsze zadanie było jednokrotnego wyboru;
pod ryciną puchatego stworzonka o długim ryjku znajdowało się pytanie:
„Przedstawiona na rysunku istota
nie jest:
a) mugolem
b) niuchaczem”
Feliks doświadczył
niesprawiedliwości wszechświata. Odetchnął głęboko, policzył do trzech i
przycisnął końcówkę pióra do papieru. Pomyślał chwilę, po czym napisał: „To nie
jest magiczne stworzenie, tylko Izydor Soboń – ale rozumiem pana pomyłkę,
podobieństwo do lunaballi jest wprost uderzające”.
To wyznanie trochę poprawiło mu
humor. Poczuwszy, jak wracają mu chęci do życia, zajął się zadaniem drugim.
*
Ku radości uczniów, piąta lekcja
nie odbyła się. Zamiast tego poproszono młodzież do udania się do auli celem
wysłuchania orędzia nowego dyrektora. Z oczywistych powodów dzieciaki mocno się
niecierpliwiły – tylko kilkoro z nich twierdziło, że widziało już tajemniczego
pana Rosiera i wielce prawdopodobne było, że mijało się to z prawdą. Studenci
akademii już na przejściu toczyli boje o pierwsze rzędy; wszyscy chcieli mieć
jak najlepszy widok na przybysza zza morza.
Feliks chętnie przyłączyłby się
do przepychanki, gdyby Niko go nie przytrzymał.
– Nawet nie próbuj denerwować
Ignacego – powiedział, trzymając go za ramię. – Spójrz tylko na niego.
Feliks zgodnie z poleceniem zerknął na Twardowskiego i aż się wzdrygnął. Przyjaciel patrzył tak, że gdyby
wzrok mógł zabijać, wszyscy w promieniu kilku metrów padliby na miejscu.
W końcu zamieszanie ustało. Na
apelu zgromadzeni byli wszyscy uczniowie i nauczyciele, a obecność tak dużego
tłumu tylko wzmagała nerwowość przybyłych.
Do mównicy podszedł sam dyrektor.
Właściwie uczniowie wydawali się trochę zawiedzeni jego widokiem. Spodziewali
się kogoś trochę bardziej… spektakularnego, tymczasem Rosier wyglądał na
zwyczajnego faceta. Porządnie ubrany, jeszcze wcale niestary, o poważnym
spojrzeniu.
Nie musiał prosić o ciszę.
– Drodzy uczniowie – odezwał się.
W jego głosie słychać było brytyjski akcent, ale mówił poprawną polszczyzną. –
Najpierw chciałbym przeprosić, że nie zdążyłem się wam przedstawić. Nazywam się
Richard Rosier i od poniedziałku pełnię tu funkcję dyrektora. Mam nadzieję, że
nasza współpraca będzie bezproblemowa i owocna.
Zrobił krótką przerwę.
– Jest jednak inny powód
dzisiejszego zebrania. Jak pewnie wiecie, według planu do domów mieliście udać
się w sobotę wieczorem, a przerwa świąteczna miała trwać do pierwszego
stycznia. Niestety, z przyczyn administracyjnych musieliśmy zmienić te terminy.
Pociąg, który miał was zawieść do Krakowa, na stacji Łukowiec stanie już
pojutrze o osiemnastej, zmuszeni zostaliśmy też przedłużyć dni wolne o cały
tydzień.
Ci, którzy zrozumieli z tego
wywodu, że wakacje od nauki potrwają znacznie dłużej, szturchnęli z radością
sąsiadów i podzielili się wesołą nowiną.
– Oczywiście, zdaję sobie sprawę
z faktu, że nie dla każdego jest to komfortowa sytuacja – ciągnął dalej dyrektor.
– Szkoła zapewnia pomoc dla wszystkich uczniów w zorganizowaniu transportu, a
dla usprawnienia organizacji przed wyjazdem, jutrzejsze lekcje zostają
anulowane. Jeśli będzie to konieczne, dla tych studentów, którzy nie będą mieli
gdzie się podziać do dwudziestego drugiego grudnia, zapewnimy zakwaterowanie.
Pozostaje mi tylko przeprosić was za problem i, cóż, życzyć udanych świąt
Bożego Narodzenia.
Ukłonił się sztywno i zszedł z
mównicy, nie czekając na reakcję uczniów. A ta była właściwie jednoznaczna –
większość ucieszyła się z szybszego powrotu do domu. Kilku wydawało się trochę
przygnębionych tą decyzją, a niektórzy wręcz załamani.
– Mam nadzieję, że odrobimy
stracony czas w wakacje – powiedziała smutnym tonem Agnieszka Piechówka.
– Zamknij się, Aga! – zawołał za
nią Feliks, chociaż sam nie wyglądał na zbyt szczęśliwego. Odwrócił się z
irytacją do Niko i Ignacego. – Super, teraz urodziny spędzę na tym zadupiu.
Wielkie dzięki, Rysiek.
– Przyczyny administracyjne, tak?
– mruknął ponuro Ignacy. – Ciekawe, jaki był PRAWDZIWY powód.
– Podsunął mi pewien pomysł –
pomyślał na głos Niko. – Mógłbym napisać tacie, że skrócili przerwę świąteczną
i przyjechać do domu tylko na święta…
– Rany, po prostu tam jedź –
zdenerwował się Feliks. – Jak nie będziesz siedział przez dwa tygodnie w
krzakach, to nic ci się nie stanie.
Niko wzruszył ramionami, a jego
mina jasno wskazywała na to, że on sam nie byłby tego taki pewien.
Wyszli z auli. Na korytarzu
Feliksa olśniło. Zatrzymał się nagle, odwrócił i uściskał serdecznie
najbliższego osobnika. Nieszczęśnikiem tym okazał się Niko.
– Nie muszę pisać pracy z łaciny!
Kocham Ryśka!
Niko tylko uśmiechnął się na ten
wybuch entuzjazmu, Ignacy pokręcił głową z dezaprobatą.
Na moment w jego myślach
zagościła dziewczyna z kuferkiem. Z początku myślał, że przepisała się z innej
szkoły (bądź co bądź transfery, choć rzadkie, zdarzały się) i nawet popytałby o
nią innych, gdyby głowy nie zajęły mu inne sprawy, ale nie widział jej już
później ani wśród uczniów na korytarzu, ani na apelu. Była stanowczo za młoda,
by chociaż rozważać, że mogłaby być nauczycielką. Czy to możliwe, by miała coś
wspólnego z aurorami, o których wspominał Olaf?
Właśnie, aurorzy. Ignacy sam już
nie wiedział, czy ich pojawienie się było faktem, czy zwykłą plotką. Niby kilka
osób o nich wspominało, ale z drugiej strony, nikt nie potrafił podać
jakichkolwiek szczegółów. Nawet sam Olaf przyznał, że nie usłyszał informacji o
gościach z Wielkiej Brytanii od żadnego sprawdzonego źródła, więc pozostawało
założyć, że to tylko matactwa.
– Muszę poszukać Emilki –
przypomniał sobie nagle. – Na razie!
Niko i Feliks popatrzyli za nim.
– A, tak. Przecież przepadła mu
randka – powiedział Feliks, po czym westchnął. – Szkoda. Byłem świetnym
skrzydłowym.
– Wsadziłeś sobie pióro do nosa
na jej oczach – wypomniał Niko. – Jak to niby miało pomóc Ignacemu w zdobyciu
serca Emilii?
– Nie wiem. – Wzruszył ramionami.
– Laski czasem lecą na dziwne rzeczy.