czwartek, 29 listopada 2012

01. Nie gonię za złotem, jestem tylko pałkarzem


O Akademii Magicznej imienia Karola Stanisława Radziwiłła w Łukowcu krążyły różne opinie. Ogólnie twierdzono, że to szkoła porządna, posiadająca wiele wartych kultywowania tradycji – pojawiały się jednak głosy, że system nauczania jest skostniały, dyrektor despotyczny, a większość nauczycieli pamięta czasy szanownego założyciela. Z jednej strony chwalono międzynarodowy charakter uczelni, z drugiej narzekano na napływ uczniów obcego pochodzenia; cieszono się z bogatej oferty zajęć i zrzędzono z powodu dużej ilości godzin lekcyjnych. W skrócie, jak to często w Polsce bywa, społeczność czarodziejska nie potrafiła się dogadać w żadnej kwestii, może z drobnym wyjątkiem. Absolutnie nikt nie miał wątpliwości, że dla Akademii nastały ciężkie czasy, odkąd edukację w tej szanownej placówce zaczął Feliks Wołoszyn.

Feliks Wołoszyn był młodzieńcem ufnie wchodzącym w osiemnasty rok życia, co klasyfikowało go jako ucznia jedenastej, ostatniej klasy. Sprawiał raczej nieszkodliwe wrażenie, ponieważ jak na chłopca w swoim wieku odznaczał się niską i cherlawą posturą. Ale gdyby ktoś uważniej przyjrzał się jego twarzy, być może dostrzegłby tam cechy obrazujące prawdziwą naturę tego delikwenta. Problem w tym, że wiecznie rozczochrane włosy w kolorze słomy zasłaniały jego ślepia, przez co nikt nie mógł zauważyć tego, co czaiło się w szarych oczach Feliksa Wołoszyna. A trudno było znaleźć w przepastnych głębiach jego tęczówek cokolwiek więcej niż niepohamowane szaleństwo i czystą energię. 
Piątek w biogramie tegoż osobnika był dniem wyjątkowym z kilku powodów. Po pierwsze, ten właśnie dzień nieodwołalnie rozpoczynał upragniony weekend. Po drugie, kumulował w sobie większość lekcji, których Feliks pomimo najszczerszych chęci nie rozumiał. Po trzecie, zawierał w sobie aż dwie godziny zajęć łaciny, a pomimo dziesięciu lat nauki, chłopak potrafił w tym języku jedynie się przedstawić. Do piątku żywił więc uczucia ambiwalentne i ten dualizm emocjonalny tylko nasilał jego pobudzenie.
Feliks wyżywał się poprzez dźganie ostrą końcówką pióra niejakiego Ignacego Twardowskiego. Ignacy odznaczał się wyjątkową tolerancją i zawyżonym progiem odczuwania bólu, a cechy te znacznie ułatwiały mu przyjaźnienie się z Feliksem. Ale ponieważ każdy ma swoje granice wytrzymałości, nawet on czasem tracił nerwy. A straszny był gniew Ignasia!
Twardowski chwycił swój kajet i bezpardonowo huknął nim w potylicę nieszczęsnego Wołoszyna. Feliks podskoczył w miejscu i spojrzał na przyjaciela z wyrzutem.
– Siedź spokojnie, cholera – warknął groźnie Ignacy. – Chyba że chcesz dostać jeszcze raz.
Feliks nie chciał. A ponieważ Twardowski nie należał do osób, które nie spełniają raz rzuconej groźby, nie pozostawało nic poza zastosowaniem się do polecenia. 
– Przepraszam! – szepnął Feliks. – Ale jak pomyślę, że czeka nas jeszcze jedna godzina z Dziadkiem Paulusem, to dostaję pierdolca!
– Zawsze masz pierdolca, Felek – wtrącił spokojnie Niko, nie oglądając się na nich.
– Nieprawda! – fuknął wojowniczo Wołoszyn, ale dalszą wymianę zdań ucięło groźne spojrzenie Ignacego. Twardowski miał w sobie coś, co sprawiało, że nie chciało się z nim zadzierać. A konkretniej, miał te swoje metr dziewięćdziesiąt i mięśnie wyrobione przez wieloletni staż na pozycji pałkarza w wewnątrzszkolnej drużynie Quidditcha. Wyglądał na raczej poważnego i taki zresztą był. 
Cała trójka zagłębiła się więc w fascynującej zawartości podręczników, ale wtem refleksem popisał się sam wykładowca we własnej osobie.
– Wołoszyn! Wstać proszę!
Dziadek Paulus, a dokładniej, Paweł Koniecpolski, ponad osiemdziesięcioletni nauczyciel łaciny, postrzegał świat z kilkusekundowym opóźnieniem. Trudno powiedzieć, czy to z racji wieku, czy może ze względu na wrodzone defekty – ponoć za młodu był tylko trochę mniej flegmatyczny niż teraz. Większość przewinień uczniów uchodziło jego uwadze przez słaby wzrok i słuch, jednak nie wydawał się świadom tego faktu. Gdyby wiedział, zapewne nie ostrzegałby każdych świeżych pupilków przed swoją sokolą spostrzegawczością. 
Niemniej raz na jaki czas udawało mu się coś zauważyć. Niestety.
Feliks wstał ze skruszoną miną, rzucając błagalne spojrzenie w stronę Ignacego. Dziadek Paulus nie wyglądał na surowego, ale jako nauczyciel pamiętał czasy, gdy profesor urastał do rangi boga żywego, wszelkie przejawy braku dyscypliny tępił więc z całą stanowczością. O ile, rzecz jasna, akurat sam nie drzemał przy biurku. 
Ignacy jednak potrafił obłaskawić żyjącą w Koniecpolskim bestię samym swoim nazwiskiem. Jakby nie patrzeć, jego rodzina liczyła się.
– Już drugi raz zakłóca pan przebieg zajęć, panie Wołoszyn – zagrzmiał Dziadek Paulus.
Feliks przybrał nieszczęśliwą minę.
– Przepraszam, panie profesorze – powiedział nieśmiało.
– „Przepraszam” to za mało – stwierdził bezdusznie Koniecpolski. – Odmaszerować do gabinetu dyrektora.
Tym razem wstał Ignacy.
– Pan dyrektor wyjechał w celach służbowych – odezwał się, zerkając na Feliksa. – Poza tym, to ja uderzyłem kajetem Wołoszyna, więc jeśli ktoś miałby zostać ukarany, to ja.
– Ale ja go sprowokowałem stalówką – uzupełnił zeznania Feliks.
– Też miałem w tym swój udział – dodał cicho Niko, nie chcąc, by ominęła go ta parada solidarności.
Kilka osób wyjrzało zza książek, przysłuchując się uważnie wymianie zdań. Na lekcjach Dziadka Paulusa rzadko działo się cokolwiek wartego uwagi, więc nawet najmniejsze odchylenia od normy powodowały ogromne zainteresowanie.
Koniecpolski przez chwilę analizował usłyszane informacje. Ukaranie trzech uczniów za jednym zamachem, w tym swojego niewątpliwego ulubieńca, nie mieściło się w jego złożonym kodeksie moralnym. W końcu westchnął i machnął ręką.
– Wierzę, że miałeś dobre intencje, Ignacy, więc tym razem puszczę ci to płazem – orzekł, po czym zmarszczył brwi. – Ale pan Wołoszyn będzie musiał napisać pięciostronicowe wypracowanie.  
W Niko odezwały się bliżej nieokreślone uczucia, gdy zorientował się, że został pominięty przez nauczyciela. Dziadek Paulus zazwyczaj ignorował istnienie fińskiego ucznia ze względu na jego dość skomplikowane do zapamiętania nazwisko. Rzecz jasna, miało to swoje plusy. 
– Na za dwa tygodnie, panie profesorze? – spróbował Feliks.
– Na środę, Wołoszyn.
Feliks niemal zachłysnął się powietrzem, czując, jak opuszczają go chęci do życia. Opadł bezwiednie na krzesło i wyciągnął twarz ku niebu, wyczekując rychłego zgonu.
Ignacy zmrużył brązowe ślepia, nie komentując jednak egzaltacji przyjaciela.
„Suutari-Jääskö nie jest wcale najgorszym nazwiskiem”, pomyślał refleksyjnie Niko, bawiąc się piórem, „Szwedzi dopiero się dziwacznie nazywają.”
To była najzwyklejsza w świecie lekcja języka łacińskiego i nikt nawet nie przypuszczał, że tutaj początek będzie brała historia, której echo obije się po całym czarodziejskim świecie.

*

Dziadek Paulus był jedynym nauczycielem, który statut i odgórnie narzucone zasady traktował jako delikatną sugestię dla wykładowców, przez co zajęcia zawsze trwały trochę dłużej lub trochę krócej, niż powinny. Wszystko zależało od jego samopoczucia i chęci krzewienia wiedzy w młodych umysłach. Ostatnio zaczynał wątpić w możliwości uczniów, dzięki czemu piątkowe lekcje kończyły się średnio dziesięć minut wcześniej. 
Ale nawet to nie poprawiło Feliksowi humoru. Zazwyczaj pakował się jak szalony i wybiegał z sali, nie bacząc na nikogo – teraz mozolnie upychał podręcznik do torby, najwyraźniej myśląc o czymś ponurym.
Nie uszło to uwadze Niko.
– Pięć stron to wcale nie tak dużo – stwierdził pogodnie. – Zresztą, nie uściślił, o czym masz pisać. Nawet nie powiedział, że ma to być po łacinie.
Feliks skrzywił się, zarzucając sobie torbę na plecy.
– On mnie nienawidzi – wydał werdykt, ewakuując się ku wyjściu. – Paulus-Sraulus. Dostaję karniaka, bo Ignaś nie panuje nad testosteronem!
– Kretyn z ciebie – mruknął współczująco Ignacy. – I tak sam nie napiszesz tego wypracowania, więc nie wiem, czemu tak się denerwujesz.
Wyszli z pomieszczenia. Lekcje jeszcze trwały, więc korytarze świeciły pustkami.
– Z naszej klasy z łaciną dają radę tylko Niko, ty i Iwona – odpowiedział niezadowolonym tonem Feliks. – Ty się nie dasz zniewolić, Niko jest za leniwy, a Iwona bierze dychę za stronę. Więc mam do wyboru albo zbankrutować, albo oblać łacinę.
Szli w typowej dla siebie konfiguracji, czyli z Ignacym i Felkiem na przedzie i Niko drepczącym trochę w tyle.
– Hej – zaprzeczył Fin. – Po prostu mam inne priorytety.
– Masz czas do środy – przypomniał Ignacy. – A biorąc pod uwagę fakt, że pracę semestralną napisałeś dwa dni przed ostatecznym terminem, to aż nadto.
– Swoją drogą – odezwał się Niko, przyspieszając trochę. – Twojego dziadka naprawdę nie ma w szkole?
– Mhm – przytaknął niechętnie Twardowski. – Od wczoraj.
– Rany – skomentował z poruszeniem Feliks. – Przez dziesięć lat ani na moment nie opuszczał swojego gabinetu, więc chyba musiało stać się coś ważnego?
– Może. Nie wiem – zbagatelizował Ignacy.
Zarówno Niko, jak i Feliks wyczuli, że przyjaciel najpewniej coś podejrzewa, tylko wcale nie ma ochoty dzielić się swoimi domysłami.
Wdrapali się po schodach i skierowali w stronę skrzydła zachodniego.
– Ej – powiedział Feliks, nie znosząc presji ciszy. – Wiecie, że w Hogwarcie mają ruchome schody?
– I wspólne dormitorium z dziewczynami – dodał Niko i chyba sam się zdziwił, że to powiedział, bo trochę się zmieszał.
Ignacy milczał.
Skrzydło zachodnie pełniło rolę części sypialnej. Parter zajmowały dziewczęta, pierwsze piętro chłopcy, jeszcze wyżej były wydzielone pokoje dla kadry nauczycielskiej. Feliks uważał za głęboko niesprawiedliwe, że nauczyciele dzielą wspólną część szkoły z piękną Anną Powiśle, podczas gdy on musiał mieszkać w jednym pomieszczeniu z Niko, który ze swoją burą czupryną, burymi oczami i dokładnie (nieburymi) sześcioma piegami prezentował się raczej nijako.
Dla Niko największym mankamentem mieszkania z Feliksem był fakt, że Wołoszyn straszliwie chrapał. Ignacy czasem żałował, że nie skorzystał z możliwości posiadania własnego pokoju, ale gdy ma się osiem lat, perspektywa posiadania współlokatorów wydaje się czymś niesamowicie emocjonującym. Po dziesięciu latach Twardowski mocno wątpił w postawioną przed dekadą tezę. 
Pierwszy do przodu wyrwał się Feliks. Otworzył ufnie drzwi do sypialni, po czym odskoczył jak oparzony od progu. Ignacy zrozumiał go, gdy przez otwarte wejście na korytarz przedarła się fala paraliżującego chłodu. Tylko Niko wydawał się niewzruszony.
– Niko, bałwanie – jęknął Feliks, wbiegając do środka i pospiesznie zamykając okna. – Ty arktyczny czopie, zimnolubie ty!
– Z góry zakładasz, że to ja zostawiam otwarte okna. – Niko uśmiechnął się niewinnie, po czym padł na swoje łóżko. – Ale tak szczerze, źle ci jest? W maju zawsze narzekasz na upały.
– No dobrze, ale przy minus pięciu stopniach… – Feliks urwał, nie mogąc znaleźć w pamięci czasownika, który oddawałby tragizm sytuacji, więc przeszedł do starej, sprawdzonej taktyki. – Po prostu bulwa jesteś. Co wieczór ci przypominamy, a ty swoje. Za karę odrabiasz za mnie łacinę.
– Mhm – mruknął flegmatycznie Niko. – Ale nie teraz.
Wołoszyn fuknął z dezaprobatą, dobrze wiedząc, że w słowniku Niko „nie teraz”, „później” i „zaraz” oznaczały tyle, co: „hahaha, nie”.
Usiadł więc sobie na łóżku Twardowskiego, patrząc, jak przyjaciel zrzuca szkolne szaty i pospiesznie przywdziewa strój treningowy. 
– Rany, Ignaś – westchnął. – Przecież wy dzisiaj nawet próby nie macie.
– Olaf twierdzi, że te szuje ćwiczą manewry codziennie – wyjaśnił z wyczuwalną nutą złości w głosie Twardowski. – Mówiłem naszym, że też powinniśmy się brać do pracy, jeśli nie chcemy czwarty raz z rzędu przegrać, ale…
– Głupi sport, ten quidditch – przerwał bezlitośnie Feliks. – Piłka nożna to gra dla prawdziwych facetów. Albo koszykówka. Albo golf. 
– Kiedy w zeszłym roku próbowałeś się dostać do drużyny, inaczej śpiewałeś – powiedział Ignacy, wsuwając na nogi długie buty. – Będę za godzinę, jeśli Soboń dostanie tłuczkiem po mordzie, to będzie nieszczęśliwy wypadek, jasne?
I wybiegł pospiesznie z pokoju. Feliks wpatrywał się w miejsce, gdzie stał wcześniej Twardowski, blednąc ze złości. W końcu skoczył ku drzwiom i wyjrzał na korytarz. 
– Błędy młodości, tak?! – krzyknął za nim, po czym obejrzał się z niezadowoleniem na Niko. – Ignaś-Srygnaś. Żeby z miotły spadł. Nie tak, żeby sobie kark skręcił, czy coś, ale żeby go cztery litery zabolały.
Niko westchnął i podniósł się do pozycji półsiedzącej. Wyglądało na to, że coś niemiłego zajmowało jego myśli, a ponieważ Fin nieczęsto dumał nad przykrymi sprawami, wzbudziło to zainteresowanie Wołoszyna.
– A ty co taki przykry dzisiaj? – zapytał, przyglądając się uważnie przyjacielowi.
– Miałeś kiedyś może takie przeczucie… że stanie się coś niedobrego? – zagadnął cicho Niko.
– Nie – wyznał szczerze Feliks. – Zjedz coś, to ci przejdzie.
Fin uśmiechnął się i opadł na poduszkę.
– A czy gracze quidditcha nie mają przypadkiem szatni? – przypomniał sobie, kątem oka patrząc na porzucone przez Ignacego ciuchy. 
– Pewnie mają – zgodził się Feliks. – Ale jeszcze tego brakowało, by Ignaś korzystał z jednej szatni z plebsem.

*


Ignacy przymierzał się do lądowania, kiedy coś przemknęło przed jego oczami. Dopiero po krótkiej chwili zdał sobie sprawę z faktu, że tajemniczym, lśniącym przedmiotem był złoty znicz.
Tłuczek desperacko próbował wyrwać się spod jego kurtki, a Twardowski i tak mocno się natrudził, zanim udało mu się go pochwycić. Najpierw więc zniżył lot, zeskoczył z miotły i zabezpieczył niepokorną piłkę w kufrze. Miejsce przeznaczone na złoty znicz świeciło pustkami, a Ignacy był pewny, że pokrowiec zostawił zamknięty, więc samodzielna ucieczka skrzydlatej kuleczki nie wchodziła w grę.
Usłyszał ciche parsknięcie, tak charakterystyczne, że nie mógłby go pomylić z niczym innym. Nie musiał się nawet odwracać, by zidentyfikować sprawcę.
– Jak zwykle błyszczysz nietuzinkowym poczuciem humoru – warknął. – Nikt cię nie nauczył, że nie drażni się faceta z pałką do quidditcha?
Izydor Soboń, ponieważ tak nazywał się osobnik odpowiedzialny za zwrócenie złotemu zniczowi wolności, uśmiechnął się kpiąco.
– Spójrz na to tak, Twardowski. Może jeśli przekonasz się, jak trudno schwytać złoty znicz, zaczniesz się w końcu starać, żeby tłuczki nie zrzucały co chwilę z miotły waszego szukającego.
Ignacy wstał i spojrzał iście palącym wzrokiem na Izydora. A ponieważ z twarzy tego drugiego nie schodził irytujący uśmiech, Twardowski nie zdzierżył upokorzenia i chwycił za fraki swojego umiłowanego kolegę.
To z reguły powodowało natychmiastową pacyfikację każdego, kto miał ochotę na kłótnię z Ignacym, ale Izydor nie wydawał się wcale przejęty.
– Ej, Twardowski – zawołał, obrzydliwie złośliwym tonem. – Nie wiesz, że twoja taryfa ulgowa już się skończyła?
Ignacy poluźnił trochę uścisk.
– Niedługo wszyscy się dowiedzą, że twój dziadek wyleciał na zbity pysk – kontynuował Soboń. – Nie dziwię się, prawdę mówiąc, umiejętnościami przerastała go byle szlama.
Zaraz po tym zdarzyło się coś, czego Ignacy nie przewidział. Nie wiadomo kiedy i nie wiadomo dlaczego Izydor znalazł się na ziemi, klęcząc i ściskając się za nos. Twardowski uniósł piekącą pięść na wysokość oczu i dopiero teraz dotarło do niego, co się stało. 
Izydor bardzo starał się, by się nie rozpłakać. Pomimo upierdliwego charakteru, miał w sobie stanowczo za dużo dumy.
– P-pożałujesz, Twardowski – syknął, wstając niezgrabnie. A potem zacisnął dłonie w pięści i kopnął z całej siły kufer Ignacego. – Pożałujesz!
Ignacy wpatrywał się w jego coraz bardziej oddalającą się sylwetkę.
– Złamałem mu nos – powiedział w końcu do siebie, jakby niedowierzając. A potem wzruszył ramionami i wsiadł na miotłę.
Bo chociaż po powrocie do szkoły będzie czekało go piekło, istnieją pewne sprawy, które należy dociągnąć do końca.