O Akademii Magicznej imienia
Karola Stanisława Radziwiłła w Łukowcu krążyły różne opinie. Ogólnie
twierdzono, że to szkoła porządna, posiadająca wiele wartych kultywowania
tradycji – pojawiały się jednak głosy, że system nauczania jest skostniały,
dyrektor despotyczny, a większość nauczycieli pamięta czasy szanownego
założyciela. Z jednej strony chwalono międzynarodowy charakter uczelni, z
drugiej narzekano na napływ uczniów obcego pochodzenia; cieszono się z bogatej
oferty zajęć i zrzędzono z powodu dużej ilości godzin lekcyjnych. W skrócie,
jak to często w Polsce bywa, społeczność czarodziejska nie potrafiła się
dogadać w żadnej kwestii, może z drobnym wyjątkiem. Absolutnie nikt nie miał
wątpliwości, że dla Akademii nastały ciężkie czasy, odkąd edukację w tej
szanownej placówce zaczął Feliks Wołoszyn.
Feliks Wołoszyn był młodzieńcem
ufnie wchodzącym w osiemnasty rok życia, co klasyfikowało go jako ucznia
jedenastej, ostatniej klasy. Sprawiał raczej nieszkodliwe wrażenie,
ponieważ jak na chłopca w swoim wieku odznaczał się niską i cherlawą posturą.
Ale gdyby ktoś uważniej przyjrzał się jego twarzy, być może dostrzegłby tam
cechy obrazujące prawdziwą naturę tego delikwenta. Problem w tym, że wiecznie rozczochrane
włosy w kolorze słomy zasłaniały jego ślepia, przez co nikt nie mógł zauważyć
tego, co czaiło się w szarych oczach Feliksa Wołoszyna. A trudno było znaleźć w
przepastnych głębiach jego tęczówek cokolwiek więcej niż niepohamowane
szaleństwo i czystą energię.
Piątek w biogramie tegoż osobnika
był dniem wyjątkowym z kilku powodów. Po pierwsze, ten właśnie dzień
nieodwołalnie rozpoczynał upragniony weekend. Po drugie, kumulował w sobie
większość lekcji, których Feliks pomimo najszczerszych chęci nie rozumiał. Po
trzecie, zawierał w sobie aż dwie godziny zajęć łaciny, a pomimo dziesięciu lat
nauki, chłopak potrafił w tym języku jedynie się przedstawić. Do piątku żywił
więc uczucia ambiwalentne i ten dualizm emocjonalny tylko nasilał jego
pobudzenie.
Feliks wyżywał się poprzez dźganie ostrą
końcówką pióra niejakiego Ignacego Twardowskiego. Ignacy odznaczał się
wyjątkową tolerancją i zawyżonym progiem odczuwania bólu, a cechy te znacznie
ułatwiały mu przyjaźnienie się z Feliksem. Ale ponieważ każdy ma swoje granice
wytrzymałości, nawet on czasem tracił nerwy. A straszny był gniew Ignasia!
Twardowski chwycił swój kajet i
bezpardonowo huknął nim w potylicę nieszczęsnego Wołoszyna. Feliks podskoczył w
miejscu i spojrzał na przyjaciela z wyrzutem.
– Siedź spokojnie, cholera –
warknął groźnie Ignacy. – Chyba że chcesz dostać jeszcze raz.
Feliks nie chciał. A ponieważ
Twardowski nie należał do osób, które nie spełniają raz rzuconej groźby, nie pozostawało
nic poza zastosowaniem się do polecenia.
– Przepraszam! – szepnął Feliks.
– Ale jak pomyślę, że czeka nas jeszcze jedna godzina z Dziadkiem Paulusem, to
dostaję pierdolca!
– Zawsze masz pierdolca, Felek –
wtrącił spokojnie Niko, nie oglądając się na nich.
– Nieprawda! – fuknął wojowniczo
Wołoszyn, ale dalszą wymianę zdań ucięło groźne spojrzenie Ignacego. Twardowski
miał w sobie coś, co sprawiało, że nie chciało się z nim zadzierać. A
konkretniej, miał te swoje metr dziewięćdziesiąt i mięśnie wyrobione przez
wieloletni staż na pozycji pałkarza w wewnątrzszkolnej drużynie Quidditcha. Wyglądał
na raczej poważnego i taki zresztą był.
Cała trójka zagłębiła się więc w
fascynującej zawartości podręczników, ale wtem refleksem popisał się sam
wykładowca we własnej osobie.
– Wołoszyn! Wstać proszę!
Dziadek Paulus, a dokładniej,
Paweł Koniecpolski, ponad osiemdziesięcioletni nauczyciel łaciny, postrzegał świat
z kilkusekundowym opóźnieniem. Trudno powiedzieć, czy to z racji wieku, czy
może ze względu na wrodzone defekty – ponoć za młodu był tylko trochę mniej
flegmatyczny niż teraz. Większość przewinień uczniów uchodziło jego uwadze
przez słaby wzrok i słuch, jednak nie wydawał się świadom tego faktu. Gdyby
wiedział, zapewne nie ostrzegałby każdych świeżych pupilków przed swoją sokolą
spostrzegawczością.
Niemniej raz na jaki czas udawało
mu się coś zauważyć. Niestety.
Feliks wstał ze skruszoną miną,
rzucając błagalne spojrzenie w stronę Ignacego. Dziadek Paulus nie wyglądał na
surowego, ale jako nauczyciel pamiętał czasy, gdy profesor urastał do rangi
boga żywego, wszelkie przejawy braku dyscypliny tępił więc z całą
stanowczością. O ile, rzecz jasna, akurat sam nie drzemał przy biurku.
Ignacy jednak potrafił obłaskawić
żyjącą w Koniecpolskim bestię samym swoim nazwiskiem. Jakby nie patrzeć, jego
rodzina liczyła się.
– Już drugi raz zakłóca pan
przebieg zajęć, panie Wołoszyn – zagrzmiał Dziadek Paulus.
Feliks przybrał nieszczęśliwą
minę.
– Przepraszam, panie profesorze –
powiedział nieśmiało.
– „Przepraszam” to za mało –
stwierdził bezdusznie Koniecpolski. – Odmaszerować do gabinetu dyrektora.
Tym razem wstał Ignacy.
– Pan dyrektor wyjechał w celach
służbowych – odezwał się, zerkając na Feliksa. – Poza tym, to ja uderzyłem
kajetem Wołoszyna, więc jeśli ktoś miałby zostać ukarany, to ja.
– Ale ja go sprowokowałem
stalówką – uzupełnił zeznania Feliks.
– Też miałem w tym swój udział –
dodał cicho Niko, nie chcąc, by ominęła go ta parada solidarności.
Kilka osób wyjrzało zza książek,
przysłuchując się uważnie wymianie zdań. Na lekcjach Dziadka Paulusa rzadko
działo się cokolwiek wartego uwagi, więc nawet najmniejsze odchylenia od normy
powodowały ogromne zainteresowanie.
Koniecpolski przez chwilę
analizował usłyszane informacje. Ukaranie trzech uczniów za jednym zamachem, w
tym swojego niewątpliwego ulubieńca, nie mieściło się w jego złożonym kodeksie
moralnym. W końcu westchnął i machnął ręką.
– Wierzę, że miałeś dobre
intencje, Ignacy, więc tym razem puszczę ci to płazem – orzekł, po czym
zmarszczył brwi. – Ale pan Wołoszyn będzie musiał napisać pięciostronicowe
wypracowanie.
W Niko odezwały się bliżej
nieokreślone uczucia, gdy zorientował się, że został pominięty przez
nauczyciela. Dziadek Paulus zazwyczaj ignorował istnienie fińskiego ucznia ze
względu na jego dość skomplikowane do zapamiętania nazwisko. Rzecz
jasna, miało to swoje plusy.
– Na za dwa tygodnie, panie
profesorze? – spróbował Feliks.
– Na środę, Wołoszyn.
Feliks niemal zachłysnął się
powietrzem, czując, jak opuszczają go chęci do życia. Opadł bezwiednie na
krzesło i wyciągnął twarz ku niebu, wyczekując rychłego zgonu.
Ignacy zmrużył brązowe ślepia,
nie komentując jednak egzaltacji przyjaciela.
„Suutari-Jääskö nie jest wcale
najgorszym nazwiskiem”, pomyślał refleksyjnie Niko, bawiąc się piórem, „Szwedzi
dopiero się dziwacznie nazywają.”
To była najzwyklejsza w świecie
lekcja języka łacińskiego i nikt nawet nie przypuszczał, że tutaj początek
będzie brała historia, której echo obije się po całym czarodziejskim świecie.
*
Dziadek Paulus był jedynym
nauczycielem, który statut i odgórnie narzucone zasady traktował jako delikatną
sugestię dla wykładowców, przez co zajęcia zawsze trwały trochę dłużej lub
trochę krócej, niż powinny. Wszystko zależało od jego samopoczucia i chęci
krzewienia wiedzy w młodych umysłach. Ostatnio zaczynał wątpić w możliwości
uczniów, dzięki czemu piątkowe lekcje kończyły się średnio dziesięć minut
wcześniej.
Ale nawet to nie poprawiło
Feliksowi humoru. Zazwyczaj pakował się jak szalony i wybiegał z sali, nie
bacząc na nikogo – teraz mozolnie upychał podręcznik do torby, najwyraźniej
myśląc o czymś ponurym.
Nie uszło to uwadze Niko.
– Pięć stron to wcale nie tak
dużo – stwierdził pogodnie. – Zresztą, nie uściślił, o czym masz pisać. Nawet
nie powiedział, że ma to być po łacinie.
Feliks skrzywił się, zarzucając
sobie torbę na plecy.
– On mnie nienawidzi – wydał
werdykt, ewakuując się ku wyjściu. – Paulus-Sraulus. Dostaję karniaka, bo Ignaś
nie panuje nad testosteronem!
– Kretyn z ciebie – mruknął
współczująco Ignacy. – I tak sam nie napiszesz tego wypracowania, więc nie
wiem, czemu tak się denerwujesz.
Wyszli z pomieszczenia. Lekcje
jeszcze trwały, więc korytarze świeciły pustkami.
– Z naszej klasy z łaciną dają
radę tylko Niko, ty i Iwona – odpowiedział niezadowolonym tonem Feliks. – Ty
się nie dasz zniewolić, Niko jest za leniwy, a Iwona bierze dychę za stronę.
Więc mam do wyboru albo zbankrutować, albo oblać łacinę.
Szli w typowej dla siebie
konfiguracji, czyli z Ignacym i Felkiem na przedzie i Niko drepczącym trochę w
tyle.
– Hej – zaprzeczył Fin. – Po
prostu mam inne priorytety.
– Masz czas do środy –
przypomniał Ignacy. – A biorąc pod uwagę fakt, że pracę semestralną napisałeś
dwa dni przed ostatecznym terminem, to aż nadto.
– Swoją drogą – odezwał się Niko,
przyspieszając trochę. – Twojego dziadka naprawdę nie ma w szkole?
– Mhm – przytaknął niechętnie
Twardowski. – Od wczoraj.
– Rany – skomentował z
poruszeniem Feliks. – Przez dziesięć lat ani na moment nie opuszczał swojego
gabinetu, więc chyba musiało stać się coś ważnego?
– Może. Nie wiem – zbagatelizował
Ignacy.
Zarówno Niko, jak i Feliks
wyczuli, że przyjaciel najpewniej coś podejrzewa, tylko wcale nie ma ochoty
dzielić się swoimi domysłami.
Wdrapali się po schodach i
skierowali w stronę skrzydła zachodniego.
– Ej – powiedział Feliks, nie
znosząc presji ciszy. – Wiecie, że w Hogwarcie mają ruchome schody?
– I wspólne dormitorium z dziewczynami
– dodał Niko i chyba sam się zdziwił, że to powiedział, bo trochę się zmieszał.
Ignacy milczał.
Skrzydło zachodnie pełniło rolę
części sypialnej. Parter zajmowały dziewczęta, pierwsze piętro chłopcy, jeszcze
wyżej były wydzielone pokoje dla kadry nauczycielskiej. Feliks uważał za
głęboko niesprawiedliwe, że nauczyciele dzielą wspólną część szkoły z piękną
Anną Powiśle, podczas gdy on musiał mieszkać w jednym pomieszczeniu z Niko,
który ze swoją burą czupryną, burymi oczami i dokładnie (nieburymi) sześcioma
piegami prezentował się raczej nijako.
Dla Niko największym mankamentem
mieszkania z Feliksem był fakt, że Wołoszyn straszliwie chrapał. Ignacy czasem
żałował, że nie skorzystał z możliwości posiadania własnego pokoju, ale gdy ma
się osiem lat, perspektywa posiadania współlokatorów wydaje się czymś
niesamowicie emocjonującym. Po dziesięciu latach Twardowski mocno wątpił w
postawioną przed dekadą tezę.
Pierwszy do przodu wyrwał się
Feliks. Otworzył ufnie drzwi do sypialni, po czym odskoczył jak oparzony od
progu. Ignacy zrozumiał go, gdy przez otwarte wejście na korytarz przedarła się
fala paraliżującego chłodu. Tylko Niko wydawał się niewzruszony.
– Niko, bałwanie – jęknął Feliks,
wbiegając do środka i pospiesznie zamykając okna. – Ty arktyczny czopie,
zimnolubie ty!
– Z góry zakładasz, że to ja
zostawiam otwarte okna. – Niko uśmiechnął się niewinnie, po czym padł na swoje
łóżko. – Ale tak szczerze, źle ci jest? W maju zawsze narzekasz na upały.
– No dobrze, ale przy minus
pięciu stopniach… – Feliks urwał, nie mogąc znaleźć w pamięci czasownika, który
oddawałby tragizm sytuacji, więc przeszedł do starej, sprawdzonej taktyki. – Po
prostu bulwa jesteś. Co wieczór ci przypominamy, a ty swoje. Za karę odrabiasz
za mnie łacinę.
– Mhm – mruknął flegmatycznie
Niko. – Ale nie teraz.
Wołoszyn fuknął z dezaprobatą,
dobrze wiedząc, że w słowniku Niko „nie teraz”, „później” i „zaraz” oznaczały
tyle, co: „hahaha, nie”.
Usiadł więc sobie na łóżku
Twardowskiego, patrząc, jak przyjaciel zrzuca szkolne szaty i pospiesznie
przywdziewa strój treningowy.
– Rany, Ignaś – westchnął. –
Przecież wy dzisiaj nawet próby nie macie.
– Olaf twierdzi, że te szuje
ćwiczą manewry codziennie – wyjaśnił z wyczuwalną nutą złości w głosie
Twardowski. – Mówiłem naszym, że też powinniśmy się brać do pracy, jeśli nie
chcemy czwarty raz z rzędu przegrać, ale…
– Głupi sport, ten quidditch –
przerwał bezlitośnie Feliks. – Piłka nożna to gra dla prawdziwych facetów. Albo
koszykówka. Albo golf.
– Kiedy w zeszłym roku próbowałeś
się dostać do drużyny, inaczej śpiewałeś – powiedział Ignacy, wsuwając na nogi długie
buty. – Będę za godzinę, jeśli Soboń dostanie tłuczkiem po mordzie, to będzie
nieszczęśliwy wypadek, jasne?
I wybiegł pospiesznie z pokoju.
Feliks wpatrywał się w miejsce, gdzie stał wcześniej Twardowski, blednąc ze złości. W
końcu skoczył ku drzwiom i wyjrzał na korytarz.
– Błędy młodości, tak?! –
krzyknął za nim, po czym obejrzał się z niezadowoleniem na Niko. –
Ignaś-Srygnaś. Żeby z miotły spadł. Nie tak, żeby sobie kark skręcił, czy coś,
ale żeby go cztery litery zabolały.
Niko westchnął i podniósł się do
pozycji półsiedzącej. Wyglądało na to, że coś niemiłego zajmowało jego myśli, a
ponieważ Fin nieczęsto dumał nad przykrymi sprawami, wzbudziło to
zainteresowanie Wołoszyna.
– A ty co taki przykry dzisiaj? –
zapytał, przyglądając się uważnie przyjacielowi.
– Miałeś kiedyś może takie
przeczucie… że stanie się coś niedobrego? – zagadnął cicho Niko.
– Nie – wyznał szczerze Feliks. –
Zjedz coś, to ci przejdzie.
Fin uśmiechnął się i opadł na
poduszkę.
– A czy gracze quidditcha nie
mają przypadkiem szatni? – przypomniał sobie, kątem oka patrząc na porzucone
przez Ignacego ciuchy.
– Pewnie mają – zgodził się
Feliks. – Ale jeszcze tego brakowało, by Ignaś korzystał z jednej szatni z
plebsem.
*
Ignacy przymierzał się do
lądowania, kiedy coś przemknęło przed jego oczami. Dopiero po krótkiej chwili
zdał sobie sprawę z faktu, że tajemniczym, lśniącym przedmiotem był złoty
znicz.
Tłuczek desperacko próbował
wyrwać się spod jego kurtki, a Twardowski i tak mocno się natrudził, zanim
udało mu się go pochwycić. Najpierw więc zniżył lot, zeskoczył z miotły i
zabezpieczył niepokorną piłkę w kufrze. Miejsce przeznaczone na złoty znicz
świeciło pustkami, a Ignacy był pewny, że pokrowiec zostawił zamknięty, więc
samodzielna ucieczka skrzydlatej kuleczki nie wchodziła w grę.
Usłyszał ciche parsknięcie, tak
charakterystyczne, że nie mógłby go pomylić z niczym innym. Nie musiał się
nawet odwracać, by zidentyfikować sprawcę.
– Jak zwykle błyszczysz nietuzinkowym
poczuciem humoru – warknął. – Nikt cię nie nauczył, że nie drażni się faceta z
pałką do quidditcha?
Izydor Soboń, ponieważ tak
nazywał się osobnik odpowiedzialny za zwrócenie złotemu zniczowi wolności,
uśmiechnął się kpiąco.
– Spójrz na to tak, Twardowski.
Może jeśli przekonasz się, jak trudno schwytać złoty znicz, zaczniesz się w
końcu starać, żeby tłuczki nie zrzucały co chwilę z miotły waszego szukającego.
Ignacy wstał i spojrzał iście
palącym wzrokiem na Izydora. A ponieważ z twarzy tego drugiego nie schodził
irytujący uśmiech, Twardowski nie zdzierżył upokorzenia i chwycił za fraki
swojego umiłowanego kolegę.
To z reguły powodowało
natychmiastową pacyfikację każdego, kto miał ochotę na kłótnię z Ignacym, ale
Izydor nie wydawał się wcale przejęty.
– Ej, Twardowski – zawołał,
obrzydliwie złośliwym tonem. – Nie wiesz, że twoja taryfa ulgowa już się
skończyła?
Ignacy poluźnił trochę uścisk.
– Niedługo wszyscy się dowiedzą,
że twój dziadek wyleciał na zbity pysk – kontynuował Soboń. – Nie dziwię się,
prawdę mówiąc, umiejętnościami przerastała go byle szlama.
Zaraz po tym zdarzyło się coś,
czego Ignacy nie przewidział. Nie wiadomo kiedy i nie wiadomo dlaczego
Izydor znalazł się na ziemi, klęcząc i ściskając się za nos. Twardowski uniósł piekącą
pięść na wysokość oczu i dopiero teraz dotarło do niego, co się stało.
Izydor bardzo starał się, by się
nie rozpłakać. Pomimo upierdliwego charakteru, miał w sobie stanowczo za dużo
dumy.
– P-pożałujesz, Twardowski –
syknął, wstając niezgrabnie. A potem zacisnął dłonie w pięści i kopnął z całej
siły kufer Ignacego. – Pożałujesz!
Ignacy wpatrywał się w jego coraz
bardziej oddalającą się sylwetkę.
– Złamałem mu nos – powiedział w
końcu do siebie, jakby niedowierzając. A potem wzruszył ramionami i wsiadł na
miotłę.
Bo chociaż po powrocie do szkoły
będzie czekało go piekło, istnieją pewne sprawy, które należy dociągnąć do
końca.